Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dlaczego żużel? Dlaczego w Gorzowie? - Żużel to jedyny sport, który działa na trzy zmysły: wzroku, słuchu i węchu. Wzrok to walka na torze, słuch - ryk silników, a węch to cudowny zapach mieszanki etyliny i eteru. Tej samej od dziesięcioleci. Ta mieszanka odurza, ale jak ktoś raz powącha na stadionie, to od razu staje się fanem - tłumaczył Jerzy Synowiec, adwokat, wielbiciel żużla, wieloletni prezes Stali.

Ten zapach unosi się nad Gorzowem już 75 lat. Odurza, uzależnia kolejne pokolenia gorzowian. Stal za chwilę będzie obchodzić swój kolejny jubileusz. 30 lat temu tragicznie zginęła jedna z legend gorzowskiego klubu - Edward Jancarz.

Na starcie. Każdy chciał być Migosiem

Inni mogą być skądinąd wielcy, lecz być królem

To jest sam szczyt. Nie patrz dalej.

Obyś przez swój czas kroczył ku wyżynie,

Obym zawsze był przy zwycięzcach, kiedy są wieńczeni, (Pindar - Pierwsza oda olimpijska)

W jednej z gorzowskich witryn zdjęcia żużlowca, trochę gadżetów, puchary. Dwóch malców, jeden z pierwszej klasy, drugi o rok starszy przylepiają nosy do szyby. - Kim był Jancarz? To żużlowiec, z dawnych czasów. Mistrz. Ja też chcę być mistrzem - mówił jeden z chłopaków.

O tym samym pewnie myślał w ich wieku i Edek Jancarz. Tata Antoni pracował w Zakładach Mechanicznych, był zagorzałym kibicem Stali. Syn też szybko połknął bakcyla i do wizyt na stadionie, który kilkadziesiąt lat później będzie nosił jego imię, nie trzeba było młodego Jancarza namawiać.

- Ten stadion zresztą budowali sami gorzowianie, pracownicy Ursusa, jak to się mówiło w czynie społecznym. Ale przez to, pewnie co dziesiąta gorzowska rodzina była już z żużlem związana - tłumaczył Krzysztof Hołyński, nieżyjący już dziennikarz i sprawozdawca sportowy.

To zdjęcie zrobił przed laty Mirosław Wieczorkiewicz. 1984 rok. Przed meczem Polska - Włochy w Gorzowie obok siebie Bolesław Proch (drugi z lewej) i Edward JancarzTo zdjęcie zrobił przed laty Mirosław Wieczorkiewicz. 1984 rok. Przed meczem Polska - Włochy w Gorzowie obok siebie Bolesław Proch (drugi z lewej) i Edward Jancarz Fot. Mirosław Wieczorkiewicz

Żużel był jednak w Gorzowie już wcześniej, zanim powstały Zakłady Mechaniczne. - Zaraz po wojnie na Ziemiach Zachodnich w wielu miastach powstawały kluby motorowe. Tu było dużo różnego sprzętu, najczęściej wojskowego. Dużo więcej niż w środkowej czy wschodniej Polsce. Gorzów, to była zbieranina przybyszów z różnych zakątków Polski, kresów. Oni poszukiwali tożsamości. Co ich łączyło? Jedno to kościół, drugie żużel. Tak więc po niedzielnej mszy rodziny szły na stadion - opowiadał o początkach żużla Jerzy Synowiec.

Ta fascynacja rosła wraz z sukcesami, awansem do drugiej, a potem do pierwszej ligi. A sukcesy były dziełem mistrzów, idoli.

- Przecież tu każdy chłopak jak jeździł na rowerze, to udawał że jest Migosiem, albo ścigał się z drugim, co był Pogorzelskim. Nawet jak toczyli fajerkę po ulicy, to naśladowało się żużlowe wyścigi - wspominał  Synowiec.

Edek Jancarz z rowerem i motocyklem nie rozstawał się od najmłodszych lat. W dzisiejszym żużlu 19-latkowie to już ukształtowani zawodnicy. Niektórzy z nich otoczeni wianuszkiem sponsorów, mechaników, menedżerów zarabiają krocie, zdobywają tytuły mistrzów świata. Gdy 19-letni Edek Jancarz przywędrował na gorzowski stadion zapisać się na żużel, wszystko w tym sporcie wyglądało zupełnie inaczej.

Przyszły mistrz zaczynał bardzo późno. Szczupły, niski chłopak najpierw nie wzbudził u nieżyjącego już trenera Kazimierza Wiśniewskiego zaufania. Żużlowy kombinezon, który dostaje na pierwsze zajęcia jest na niego za duży. Motocykl za ciężki i za wielki. Na torze, gdzie Jancarz przez całe życie czuł się i radził sobie najlepiej, tych niedociągnięć już jednak nie widać. Po kilku okrążeniach Wiśniewski przecierał oczy ze zdumienia. Na kolejne zajęcia zaprosił Edmunda Migosia, który prowadził pierwszą drużynę Stali. - Dawniej nie było czasu na długie treningi, bo do żużla garnęło się wielu młodych chłopaków, zostawali ci, którzy ten sport mieli we krwi. Edek w miesiąc nauczył się tyle, co inni w pół roku - wspominał również już nieżyjący Migoś, pierwszy gorzowski mistrz Polski. On także doczekał się w Gorzowie swojego pomnika.

Dwa miesiące po zapisaniu się do szkółki, Jancarz wystartował w pierwszym meczu ligowym w Gdańsku. Już nie jest tylko kibicem, ale spełnia swoje marzenie, sam zakłada plastron Stali.

Na szczycie. Narodziny legendy

Któż inny z przybyszów,

Zarówno wyćwiczony do pięknych zawodów,

Jak i najbardziej pański w sile,

Z wszystkich, co żyją dziś, godniejszy jest,

Żeby go czcić zwojami hymnów kunsztownymi?

- Żużel jest czymś osobliwym. To połączenie cyrku ze sportem. Kiedyś były tzw. beczki śmierci, gdzie ludzie tłumnie walili, aby przeżyć chwile grozy? Aby zobaczyć, jak motocyklista ryzykuje. W żużlu też tak jest: każdy wyścig na torze to zagadka. Jak się skończy. Czy szczęśliwie? To jest też pewien magnes, który przyciąga publiczność - mówił Hołyński.

Gdy w 1968 r. - właśnie zaczynał się dopiero czwarty rok startów Jancarza na żużlowych torach - do gorzowskiego klubu przyszła nominacja dla niego do reprezentacji Polski, "Eddy" myślał, że to jakaś pomyłka. Przecież nie miał na koncie żadnych wielkich sukcesów. Dobre występy w lidze przeplatał niezbyt udanymi. Ktoś jednak w żużlowej centrali postanowił dać młodemu szansę. Nikt nie przypuszczał, że Jancarz odpłaci się w tak wyjątkowy sposób.

Legenda gorzowianina narodziła się we wrześniu w Goeteborgu, na słynnym stadionie Ullevi. Od wielkich nazwisk w finale mistrzostw świata mogło zakręcić się w głowie. Jancarz zapłacił frycowe w pierwszym starcie. Przegrał z wielkimi Ivanem Maugerem i Barry Briggsem. Potem jednak, tak jak żużla, tak i znoszenia presji, uczył się błyskawicznie. 11 punktów i brązowy medal. "Polska sensacja" - tak pisały o jego wyczynie wszystkie gazety. Potem Jancarz jeszcze dziewięć razy docierał do finałowej rozgrywki. Tak wielkiego indywidualnego sukcesu już jednak nigdy nie odniósł. Rok później w Rybniku wywalczył jedyny złoty medal na imprezie światowej rangi. Wygrał z kolegami z reprezentacji Polski w drużynie.

Pożegnalny turniej w 1986 na stadionie w Gorzowie. Po tych zawodach Edward Jancarz zakończył karierę żużlowcaPożegnalny turniej w 1986 na stadionie w Gorzowie. Po tych zawodach Edward Jancarz zakończył karierę żużlowca Fot. Mirosław Wieczorkiewicz

12 medali mistrzostw świata, dwa złote medale indywidualnych mistrzostw Polski, siedem tytułów drużynowego mistrza kraju ze Stalą Gorzów... Lista zwycięstw, tytułów i wyróżnień wywalczonych przez Jancarza jest ogromna. Jego legenda to jednak nie tylko wygrane i medale. - Tylko ja wiem ile Edwardowi zawdzięczam - opowiadał Jerzy Rembas, jeden z najlepszych zawodników w historii gorzowskiego żużla, młodszy od Jancarza o 10 lat. - Przez kilka lat jeździłem z nim w parze. Na torze i w parkingu był mi jak ojciec. Do dziś nie mogę się pogodzić, że nie ma go z nami - wspomina. Nie byłoby bez Jancarza złotej gorzowskiej drużyny, która w latach 70. zdominowała polskie stadiony. - To był pierwszy zawodowiec wśród amatorów. Swoją dbałością o każdy szczegół zaraził nas wszystkich - mówił kolejny przyjaciel z toru Bogusław Nowak.

Jancarz był też zawodowcem jeśli chodzi o sprzęt. - Nie był dżokejem w białych rękawiczkach, co to tylko dosiada konia na wyścigu. Skończył szkołę, znał się na silnikach - wspominał Witold Głowania, były wicedyrektor Zakładów Mechanicznych, niegdyś też prezes Stali.

21 lat startów w jednym zespole. Ani przez chwilę nie przeszła mu przez głowę myśl, aby opuścić Gorzów. Za to kochali go kibice. Żużel to nie tylko laury, zaszczyty, medale. Ciemna strona tego sportu to wypadki, kontuzje. Zaraz na początku kariery Jancarz nabawił się urazu barku, który przypominał o sobie właściwie przez wszystkie lata startów. W 1984 r., już 38-letni Jancarz ani myślał o zakończeniu kariery. Wciąż był w znakomitej formie, zdobywa kolejne medale. Po raz 11. kwalifikuje się do finału mistrzostw świata. Miesiąc wcześniej Polacy podejmują w towarzyskim spotkaniu w Gorzowie drużynę Włoch. Niektórzy wściekają się na ten start, bo właściwie nie wiadomo, co rywalizacja z włoską, niedoświadczoną młodzieżą ma dać naszej drużynie. 10. wyścig kończy się tragicznie. Jancarz na wyjeździe z wirażu tuż przy ul. Śląskiej zostaje staranowany przez jednego z rywali. Jancarz przez kilka dni walczy o życie w klinice w Poznaniu. Potem przez kilka miesięcy przechodzi rehabilitację. I wraca do sportu. W 1986 r. musi jednak pożegnać się z torem.

Meta. Legenda trwa

A zwycięzca po kres swego życia

Zaznaje słodyczy szczęścia

Nagrody za zwycięstwo. Szczęście zaś na co dzień

Każdy człowiek najwyżej sobie ceni.(...)

Dla Eddy'ego nie spełniły się słowa greckiego poety Pindara.

- Edek na torze był z nas największy - podsumował Bogusław Nowak. - W życiu był jednak samotny i chyba nieszczęśliwy. Brakowało wokół niego ludzi, którzy podaliby rękę, pomogli w kłopotach. Wszedł w zakręt, z którego nie potrafił już wyjechać. Żal jest ogromny. Jego miejsce jest w parkingu, wśród zawodników, którym mógłby przekazać swoją ogromną wiedzę. Niestety musimy sobie radzić bez niego. Niech pozostanie w naszej pamięci jako wielki żużlowiec, którego styl jazdy, kultura na torze i przywiązanie do barw klubowych będzie na zawsze wzorem dla młodych garnących się do tego trudnego i niebezpiecznego sportu.

Poza torem, poza żużlem Eddy już sobie nie poradził. Z życiem, z alkoholem. 11 stycznia 1992 r. zginął tragicznie, ugodzony śmiertelnie nożem przez drugą żonę podczas kolejnej awantury domowej.

- Ja go oceniam jako sportowca. W życiu może sobie nie potrafił poradzić, ale takie są ludzkie losy. Do każdego z wielkich można by mieć jakieś zastrzeżenia. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: jest w Gorzowie pomnik Mickiewicza. A przecież i jemu można zarzucić, a to, że o dzieci nie dbał, a to, że związał się z jakimś podejrzanym towarzystwem. Dla mnie Jancarz był bohaterem, za to postawiliśmy mu pomnik - mówił Synowiec.

Oto pomnik legendy gorzowskiego żużla. Jancarz jak żywy.Oto pomnik legendy gorzowskiego żużla. Jancarz jak żywy. Fot. Daniel Adamski / AG

O tym, jak ważny jest dla gorzowian żużel, jak uwielbiają jego bohaterów, niech świadczą tłumy na ostatnim spotkaniu, gdy kończył karierę w 1986 r. - Przyszło kilkanaście tysięcy osób, choć Jancarz jeździł wtedy symbolicznie, jeden bieg. Nikt ich przecież nie zganiał. Oni przyszli wtedy tylko dla niego, żeby go zobaczyć, pożegnać, popatrzeć jak ostatni raz jedzie - opowiadał mec. Synowiec. - Tak samo było na jego pogrzebie. Jako władze klubu w ogóle nie przewidzieliśmy, że na cmentarzu może się pojawić 10 tys. ludzi, stali nawet na dachu kaplicy.

Ma Jancarz w Gorzowie swoją ulicę, jego imieniem nazwany jest gorzowski stadion, na którym rozgrywany jest jego memoriał z udziałem najlepszych zawodników świata. Jan Delijewski napisał o wielkim mistrzu żużla książkę. W końcu stanął w rodzinnym mieście jego pomnik. Żużlowej legendy ze Stali Gorzów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.