Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

O złej sytuacji w oddziale zakaźnym napisał portal Gorzowianin.com. Cytował krytyczne głosy pacjentów i ich rodzin, którzy określali sytuację jako koszmarną. Według ich relacji na oddziale zakaźnym ma brakować pielęgniarek, pacjenci więc nie są myci, karmieni, nie mogą doprosić się wody. A zwłoki zmarłych nie są zabierane z sali przez wiele godzin.

Szpital wszystkiemu zaprzecza. Zarząd wydał oświadczenie, w którym stwierdza, że takie rzeczy nigdy nie miały miejsca. A lecznica jest gotowa poddać się każdej kontroli uprawnionych do tego instytucji.

W czwartek na konferencji z dziennikarzami – pod nieobecność prezesów, którzy chorują na COVID-19 - mówiły o tych zarzutach również lekarki pracujące na oddziale oraz dyrektor ds. pielęgniarstwa.

- Doniesienia medialne to zupełna nieprawda i oszczerstwo. Personel pielęgniarski, lekarski i pomocniczy, który jest bezpośrednio na pierwszej linii frontu, zaangażowany w ciężką pracę przy pacjentach, jest rozżalony i psychicznie obciążony. Obecnie mamy ogromne braki kadrowe. Personel też choruje na COVID-19, 120 osób jest wykluczonych. Pozostali wkładają całe serce, ciągną dyżury dodatkowe, aby zapewnić właściwą opiekę. Padające ze strony niektórych pacjentów oskarżenia są poniżej godności, niemoralne. Ludziom, którzy tam pracują, należą się słowa wsparcia. Takie szykanowanie nie spowoduje, że będzie lepiej, bo ludzie tracą motywację – mówiła Katarzyna Barna, dyrektor ds. pielęgniarstwa.

Katarzxyna Barna, dyr. ds pielęgniarstwa w WSzW w GorzowieKatarzxyna Barna, dyr. ds pielęgniarstwa w WSzW w Gorzowie Fot. DARIUSZ BARAŃSKI

Przyznaje, że rozmawiała z pacjentem, który wysłał do portalu zdjęcie swojego współpacjenta z oddziału. - To młoda osoba, w dobrym stanie. Trafił z niewydolnością oddechową, został otoczony opieką, miał kurację remdisivrem. Dziś dobrze się czuje. Wykazałby się większą empatią, gdyby pomógł przy tym pacjencie, podał łyżkę zupy, skoro personel był zajęty. Gdyby zrobił coś dobrego, zamiast szykanować ludzi w mediach – dodaje.

Skoro szpital zaprzecza relacjom kilku pacjentów o koszmarnej sytuacji na oddziale, skąd takie odczucia i opowieści chorych i ich rodzin?

Dr n. med. Olga Pazdan, psychiatra, koordynatorka Centrum Zdrowia Psychicznego, sama zgłosiła się od października do pracy na oddziale zakaźnym. - Widziałam braki kadrowe na tym oddziale, który ma największy poziom zakaźności, o dużym ryzyku własnego zachorowania. Uznałam, że pacjenci muszą mieć zapewnioną opiekę. I widziałam pacjentów różnie chorujących, różnie znoszących objawy tej choroby – mówi.

I tym właśnie – ogromnym stresem - tłumaczy opowieści kilku pacjentów i ich odczucia dotyczące opieki na oddziale. – Pacjenci, którzy chorują na COVID-19, są zwykle obciążeni innymi chorobami współistniejącymi, także chorobami płuc. Mają niewydolność oddechową, są w panice i dzwonią do rodziny. My nie przeszczepimy płuc temu pacjentowi, a zanim podczas tlenoterapii zacznie aspirować tlen w odpowiedniej ilości, co zredukuje jego lęki, potrzeba czasu. Dlatego nie należy się dziwić pacjentom i rodzinom, że są w panice. Na dodatek nie znamy jeszcze tego patogenu na tyle, aby wiedzieć, jakie powikłania mogą mieć pacjenci w przyszłości. Tak więc oskarżeń będziemy mieli za chwilę coraz więcej. Ale to nie znaczy, że personel nie chce pomagać. Jednak każdy może różnie przechorować COVID-19. Choroba może wywołać panikę, lęk, wyzwalać różne relacje, czasami nawet demoniczne – tłumaczy dr Pazdan.

Lekarka uważa, że w takich sytuacjach potrzebna jest psychoedukacja. - Ktoś eskalujący swoje zachowanie, bo ma lęk, potrzebuje wsparcia, rozmowy ze specjalistą – mówi. A ich odczucia z pobytu na oddziale wyjaśnia reakcją obronną na przewlekły ostry stres. - Pandemia wywołała w społeczeństwie psychozę. To powoduje, że wszyscy bardzo boimy się zachorowania na COVID-19. Jeśli pacjent cierpi też na choroby współistniejące, to często myśli sobie: ja umrę. Jest w bezpośredniej sytuacji zagrożenia życia, czyli ostrego zespołu stresu, a potem przychodzą objawy stresu pourazowego. To są naturalne objawy, które obserwujemy u pacjentów i ich rodzin – wyjaśnia dr Pazdan. Kiedy ten stres mija, personel szpitala często spotyka się z wdzięcznością za opiekę i ratowanie życia. Dr Pazdan przytacza list, który kilka dni temu dostała od pacjenta, w którym dziękuje całemu personelowi za troskę.

Małgorzata Dobryniewska, pulmonolog, od września jest kierowniczką oddziału zakaźnego. Wcześniej sama ciężko przeszła COVID-19 w izolacji domowej.

Małgorzata Dobryniewska, kierownik oddziału zakaźnego, pulmunologMałgorzata Dobryniewska, kierownik oddziału zakaźnego, pulmunolog Fot. DARIUSZ BARAŃSKI

- Jestem po całodobowym dyżurze. W nocy ubrałam się w kombinezon, poszłam sprawdzić te opisywane krzyki, jęki. Wszędzie spokojnie, wszyscy śpią, zaopatrzeni wcześniej w leki. Tylko jeden pacjent, który nam ubliża, rzucił niecenzuralnym słowem, ale zapewne to taka choroba. Rano, o godz. 5  byłam stwierdzić zgon, pacjentka miała 91 lat, rodzina była uprzedzona, że jej stan jest bardzo ciężki. Niestety nie przeżyła, odeszła spokojnie - relacjonuje swój dyżur. - Narażamy się, a słyszymy oszczerstwa. Nie powinniśmy tego słuchać. Pracuję już 30 lat w zawodzie i uważam, że każdy chory, nieważne czy ma lat 100 lat czy 20, to nasz kochany pacjent – dodaje.

Odpiera też zarzuty, że na oddziale są jedynie dwie pielęgniarki, które nie radzą sobie z sytuacją. - Na każdym oddziale jest stale jeden lekarz na 24-godzinnym dyżurze, co najmniej dwie pielęgniarki, personel pomocniczy – wylicza dyr. Barna.

W szpitalu przy Walczaka są cztery pawilony covidowe, w każdym przebywa stale średnio 30 pacjentów. Stan personelu jest taki sam w dni powszednie, jak też w weekendy. Na polecenie wojewody szpital przygotował też 30 łóżek Intensywnej Opieki Medycznej na oddziale covidowym, gdzie obecnie przebywa 16 pacjentów. Tu na jednego pacjenta zgodnie ze standardami przypada jedna pielęgniarka. Ponieważ 9 pielęgniarek anestezjologicznych jest w tej chwili w izolacji, pozostałe pracują w nadgodzinach, aby zapewnić opiekę na oddziale. - Nasz personel wypracowuje średnio 240-260 godzin w miesiącu - informuje dyr. Barna.

Stanowczo dementuje też informacje, jakoby pacjenci mieli leżeć godzinami w jednej sali z ciałami zmarłych. - Postępowanie ze zwłokami odbywa się z zachowaniem procedur. Nie było takiej sytuacji, żeby osoba zmarła leżała i nikt się tym nie interesował. Miasto miało swego czasu miało problemy z miejscami w chłodni, dlatego przystosowaliśmy odpowiednie pomieszczenie, aby zachowywać procedury – oświadcza.

Nie rozumie, dlaczego pacjent przekazał mediom takie informacje. Być może szpital tego nie tak zostawi. - Jesteśmy w kontakcie z naszymi radcami prawnymi. Nie możemy pozwolić na takie zachowania. Personel daje z siebie wszystko, pracuje w warunkach niestandardowych, godzinami chodzi w kombinezonach, tracąc siły. Musimy dbać o dobre imię placówki i personelu, bo ten personel się wycofa i wtedy już nie będzie kim tych chorych leczyć. I powtarzam: jesteśmy gotowi poddać się każdej kontroli, nasze działania są transparentne i prowadzone według procedur – kończy dyr. Barna.

Jaka sytuacja? Szpital informuje

Władze szpitala przygotowały oświadczenie-informację o stanie opieki nad chorymi na COVID-19 i działaniach podejmowanych przez placówkę. Oto pełen tekst.

W związku z doniesieniami na temat opieki nad pacjentami hospitalizowanymi w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie oświadczamy, że przypadki sygnalizowanych nieprawidłowości nie miały miejsca.

W szpitalu w sposób ciągły, przez 24 godziny, na każdym z 7 oddziałów jest lekarz, co najmniej 2 pielęgniarki i personel pomocniczy. Na bieżąco prowadzona jest dokumentacja medyczna. Dzięki zamianie i rozszerzaniu funkcji dotychczasowych oddziałów, a także okresowemu oddelegowywaniu do pracy przy chorych na COVID lekarzy wszystkich specjalizacji, rezydentów oraz lekarzy przed rezydenturą szpital nie tylko realizuje zadania szpitala koordynującego, ale nie zaprzestał swojej dotychczasowej działalności; pacjentów przyjmuje oddział onkologii, radiologii, chirurgii, urologii i hematologii, okulistyka, SOR i większość poradni. Ograniczenie funkcjonowania szpitala przyniosłoby niewyobrażalne straty zdrowotne mieszkańcom północnej części województwa lubuskiego, którzy są pod opieką lecznicy.

Szpital pracuje w warunkach wyjątkowych ze względu na pandemię, ale i warunkach narzuconych przez system opieki zdrowotnej.

Dlatego przypomnijmy początki walki z koronawirusem.

Decyzją administracyjną ministra zdrowia lecznica 13 marca br. została wskazana na szpital jednoimienny zakaźny. Mimo braku lekarzy specjalizacji chorób zakaźnych. Nadto w kilka dni musiała przygotować obiekt i personel do nowych zadań.

W trybie natychmiastowym trzeba było zmodernizować budynki, w których mieściły się do tej pory: Oddział Reumatologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych, a także zakłady opiekuńczo-lecznicze. Od 13 marca w ciągu dwóch dni przekazano dotychczasowych 130 pacjentów do innych szpitali.

Przygotowano 4 zbiorniki tlenowe.

Powiększono liczbę tzw. łóżek tlenowych ze stałym dostępem do tlenu o 170.

Zwiększono liczbę łóżek intensywnej terapii z 12 do 30 (w tym 20 przeznaczonych dla pacjentów zakażonych koronawirusem).

Zwiększono liczbę respiratorów z 30 do 73.

Stworzono własną bazę laboratoryjną, uniezależniając się od zlecania badań PCR zewnętrznym podmiotom; w województwie lubuskim szpital jest największym ośrodkiem, w którym wykonuje się tego typu badania.

Równolegle rozpoczęły się szkolenia personel w zakresie opieki nad pacjentami z CoViD, a także w zakresie stosowania środków ochrony osobistej

Personel szpitala miał i ma stały, nieograniczony dostęp do środków ochrony osobistej.

Nie brakuje większości leków, ale są problemy w dostępności leku istotnego w procesie leczenia - Remdesiwir.

Mimo szeregu działań informacyjnych - nie udało się pozyskać lekarzy chorób zakaźnych. Decyzją wojewody z dnia 19 października br. zmniejszono liczbę łóżek covidowych z 350 na 250.

Pierwszy chory do szpitala trafił 25 marca br.

Drugiego kwietnia szpital puścił pierwszy ozdrowieniec.

Do dziś (19 bm.) Wielospecjalistyczny Szpital Wojewódzki w Gorzowie Wlkp. przyjął 1213 pacjentów z COVID-19. Średnia wieku chorego to 61 lat. Nie udało się uratować 116 osób; szpital ze względu na swoją rolę koordynującego przyjmuje najtrudniejsze przypadki.

W tym samym okresie na OIOM przebywało 79 pacjentów, z których 22 wyzdrowiało.

Aktualnie na OIOM przebywa 16 chorych.

Ryzyko śmierci jest wpisane w proces leczenia, szczególnie gdy ma się do czynienia z bardzo ostrymi i powikłanymi chorobami. Na przechowywanie ciał zmarłych lecznica uruchomiła dodatkową chłodnię i powiększa tzw. pomieszczenia post mortem.

Współczujemy rodzinom zmarłych, rozumiemy pacjentów, którzy są świadkami odejść i ich zaczyna dotykać niepewność i lęk.

Dokładne analizy – w kontekście szpitali w Polsce – jednak wyraźnie pokazują jakość leczenia pacjentów i zaangażowanie personelu w procesie opieki nad chorym. Zgony pacjentów w liczbach bezwzględnych są na poziomie niższym niż średnia krajowa.

W przestrzeni publicznej – ze względu na pandemię – toczy się wojna o nasze zdrowie. Służą temu reguły zachowania, decyzje dotyczące gospodarki czy szkolnictwa.

W szpitalu wojna ma wymiar walki o życie. W sytuacji, gdy w trybie doraźnym szpital zmuszony jest przygotowywać personel i obiekty do walki z pandemią, nie ma lekarzy, pielęgniarek, brakuje personelu medycznego pomocniczego, gdy nie ma wszystkich leków, gdy strach i niepewność o jutro swoje i swoich bliskich dominuje. Jednak robimy wszystko co możemy w warunkach narzuconych przez system opieki zdrowotnej. Apelujemy do wszystkich – nie utrudniajcie nam pracy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.