Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Trwało to trzy lata i zrobili to we trzech: Tadeusz Żygański, mechanik samochodowy, a więc spec od mechaniki i elektryki, Ryszard Andrzejewski, wilk rzeczny z papierami bosmańskimi i szyperskimi i Andrzej Moskaluk, rzeźbiarz.

Gorzowski artysta jak najbardziej pasuje do tej szkutniczej ferajny, bo pamiętamy przecież, jak sześć lat temu wspólnie z Adamem Garnkiem wzięli udział w projekcie „Genius Fluminis” i stworzyli niesamowite obiekty pływające. To wtedy rzeka wciągnęła go na dobre. Tym razem miał okazję wspólnie stworzyć prawdziwy statek.

Ryszard Andrzejewski, który po kilkuletniej budowie stanął wreszcie za sterem swojej łodzi, ma spore doświadczenie. Poprzednio pracował już przy remontach i odbudowie trzech innych jednostek, w tym także słynnej gorzowskiej „Kuny”

I póki się dało, to „Kuna” pływała. Ten dawny lodołamacz ma jednak spore zanurzenie. A Warta nie jest już taka jak dawniej. Być może już nigdy nie będzie odpowiedniego poziomu wody.

- Postanowiliśmy więc zbudować łódź płaskodenną, czyli barkę. Nie chcieliśmy jednak takiej zwykłej, prostej barki. Chcieliśmy, żeby była ładna i fajna. Dlatego wystylizowaliśmy ją na jednostkę, która mogła pływać np. w XIX-wiecznym Landsbergu – mówi Andrzej Moskaluk.

Zbudowali swój statek od zera. Nie było żadnego starego kadłuba, szkieletu czy starego poszycia. - Oryginalne są jedynie okna, lampy, elementy wyposażenia. Resztę robiliśmy sami. Łódź jest w klimacie okolic roku 1900, ale nie jest to dokładnie jakiś cytat, replika czegoś pływającego. Czerpaliśmy z wielu rzeczy - dodaje Moskaluk. Wszystko powstawało w gościnnym gospodarstwie znajomych z Borka pod Gorzowem. Kupili mnóstwo blachy, wszystkie niezbędne materiały i po trzech latach pracy – hobbystycznej, bo poświęcali na to swój wolny czas – łódź została zwodowana. Czeka jeszcze na klasyfikację w Urzędzie Żeglugi Śródlądowej. - Wszystko jest już na dobrej drodze, dostaliśmy ostatnie dokumenty do wypełnienia, aby uzyskać klasę – mówi Ryszard Andrzejewski.

Jednostka waży prawie 7 ton. Ma 14 metrów długości, 3 metry szerokości i – to chyba najważniejsze na Warcie - zaledwie 20 cm zanurzenia. Na rufie nieco więcej, bo tam są zbiorniki z paliwem. - Ze względu na śrubę potrzebuje pół metra wody, ale tyle na szlaku zawsze się znajdzie – mówi Andrzej Moskaluk.

Jak się łódź nazywa? - Nazwa jest już wybrana, ale na razie jej nie zdradzimy. Dopiero, jak już będą za nami wszelkie formalności i rejestracja, będzie też chrzest. A matką chrzestną będzie nasza znajoma z Borka. Oni nas przygarnęli na ładnych parę lat, udostępnili warsztat, stodołę i inne rzeczy – mówi Ryszard Andrzejewski.

Wiadomo też, że macierzystym portem dla jednostki będzie santocka marina. Statek był już na uroczystym otwarciu nowej przystani przed dwoma tygodniami. Skromnie przycumował wtedy przy promenadzie nad Notecią, aby nie zajmować miejsca innym mniejszym łódkom w basenie mariny. Z Santokiem, nowo otwartą mariną, nową ekspozycją w muzeum i ścieżką turystyczną po grodzisku wiąże się najbliższa przyszłość statku.

- W tym roku mija 20 lat od chwili, gdy zaczęliśmy remontować „Kunę”. I ja jestem od 20 lat związany z rzeką i wiem, jakie jest zainteresowanie ludzi, aby pływać. Tymczasem w Gorzowie nie ma dziś nic, żadnej możliwości – stwierdza pan Ryszard.

Łódź teraz jeszcze będzie przechodzić testy, ale już od przyszłego roku, również we współpracy z gminą Santok, podejmie rejsy turystyczne. Na pokład może wziąć 12 osób, nie licząc kilkuosobowej załogi.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.