Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rodzina pani Krystyny pochodzi z Kołomyi. Jej dziadek pracował na kolei. Jej ojciec był kolejarzem, kierownikiem pociągu. To symboliczne, bo w swoją pierwszą podróż wyruszyła, jeszcze pod sercem matki, właśnie pociągiem, w bydlęcym wagonie. Z Kołomyi rodzina wyjechała w styczniu 1945, a w Gorzowie wysiedli 8 maja. To był koniec wojny, a niedługo potem, 27 maja początek nowego życia: na świat przyszła Krysia Chmurzanka, pierwsza gorzowianka urodzona w polskim Gorzowie. Do dziś ma tę metrykę urodzenia. Metrykę chrztu można zaś odnaleźć w jeszcze niemieckich księgach parafialnych „czerwonego” kościoła.

Chmurowie zamieszkali w domku na Osiedlu przy Stadionie. Tam pani Krystyna spędziła swoją młodość. Pozostała wierna miastu, w którym się urodziła, pracowała. Obecnie jest na emeryturze.

W najbliższą niedzielę w klubie Sejf będzie niecodzienna okazja posłuchać opowieści o mieście, którego powojenna historia tak splotła się z jej życiem. To spotkanie to będzie dwugłos pokoleń. Poprowadzi je bowiem Robert Piotrowski, historyk znakomity znawca historii Landsberga i Gorzowa. A przede wszystkim… sąsiad pani Krystyny.

Dwójka sąsiadów z dwóch pokoleń porozmawia o ostatnich niemal 75 latach w rodzinnym mieście – o jego ludziach, domach, ulicach, szkołach. Poprzez historię rodzin poznamy klimat Osiedla przy Stadionie, ul. Sportowej, osiedlowej podstawówki w przedwojennym budynku.

Sąsiadka z domków, sąsiad ze Sportowej. Rozmowa z Robertem Piotrowskim

Pierwsza urodzona w Gorzowie gorzowianka. To pierwszeństwo ma znaczenie?

Robert Piotrowski: - Pani Krystyna jest ważną, symboliczną wręcz figurą nowego porządku świata. Oto w Gorzowie wreszcie rodzą się Polacy, już nie landsberczanie.

Poczęła się jednak daleko, w Kołomyi.

Tak, właśnie tak wyglądały te drogi ludzi do Gorzowa. Większość przecież wzięła swój początek, czasem ten biologiczny daleko stąd. Tyle że to nie jest odnotowywane w księgach metrykalnych, lecz fakt tego pierwszego krzyku na tym świecie. I w przypadku pani Krystyny nastąpił on w Gorzowie 27 maja 1945 r. Pewnie ktoś mógł się urodzić tutaj wcześniej, będąc Polakiem, bo ludzie wędrowali we wszystkich możliwych kierunkach, nie wszyscy traktowali przecież Gorzów jako swój cel. Byli tu na przykład robotnicy przymusowi. Ale takich narodzin nie odnotowano, bo rejestrowano gdzieś indziej. Pamiętajmy, że na początku 1945 r. wszystko było jeszcze dość chaotyczne. To właśnie pani Chmura ma ten pierwszy akt urodzenia odnotowany w polskich aktach USC.

Jej życie, szkoła, wychowanie, mieszkanie w Gorzowie jest reprezentatywne dla tego pokolenia powojennych gorzowian?

Z pewnością tak. Będziemy mogli tego nieco więcej dowiedzieć się też podczas spotkania. Okazji jest wiele - w końcu  to rok jubileuszów. 75 lat dla samej pani Krystyny, ale też pokolenia, które się od wtedy urodziło, i dla samego polskiego Gorzowa. Takie typowe koleje losów, ta wędrówka ludów, kiedy przybysze zdążali w nieznanych sobie kierunkach, nie wiedząc, co ich czeka. Gdzieś musieli zamieszkać, gdzieś rodziły się dzieci, i - co naturalne – umierali też właśnie w tych stronach, choć całe swoje życie spędzili gdzieś indziej. O tym mówią czasem też księgi metrykalne. Ale ich paradoks polega właśnie na tym, że możemy gdzieś żyć nawet sto lat, a gdy zdarzy się nam urodzić lub umrzeć w innym miejscu, to nie będzie o tym śladu w miejscowych metrykach. Między narodzinami a odejściem nie ma tam całego ludzkiego życia. Może ewentualnie poza ślubem. Dokumenty są trochę ślepe na to życie i dlatego z ostrożnością trzeba podchodzić do wszelkich „kwitów”. Niemniej ta właśnie metryka pani Krystyny jest niezwykle ważna. To symboliczna osoba dla Gorzowa, tym bardziej, że i się tu urodziła i cały czas mieszka tutaj.

Od niej zaczął bić ten gorzowski licznik. W pewnym momencie pokazał nam 100 tysięcy. I też była wtedy kobieta!

Wychodzimy więc od pewnej symbolicznej dla miasta metryki, aby porozmawiać o Gorzowie.

Takim moim zadaniem, pewną misją jest, żeby co jakiś czas zatrzymać się i zadumać, zapraszając do tego innych. A jest i ciekawa okazja, bo po pierwsze wspomniane 75-lecie przypadające w tym roku, pierwsze „urodziny” Biura Tłumaczeń Historii, które od roku prowadzę w Sejfie. I tak się składa, że to spotkanie zbiegło się z Europejskim Dniem Dziedzictwa obchodzonym we wrześniu. Tym razem odbywa się ogólnopolsko pod hasłem „Nasze drogi”. Aż się prosiło, aby to wykorzystać.

Pomysł, aby zaprosić panią Krystynę był oczywisty?

Zastanawiałem się, co można na tę okazję zrobić wyjątkowego. I olśniło mnie, że przecież pani Krystyna była moją sąsiadką. Sąsiadką w dość specyficzny sposób, o czym opowiem szerzej w niedzielę. Jest też koleżanką mojej mamy, sąsiadów. Jej dom rodzinny znajdował się na Osiedlu przy Stadionie. Kiedy budowano w latach 70.  os. Sobieskiego, dziś umownie nazywane osiedlem przy Sportowej, zabrano właścicielom domków posiadane przez nich tereny: ogrody, łąki, które wychodziły poza zajmowane przez nich posesje. Po to, aby postawić nowe, gierkowskie, socjalistyczne osiedle. Mój blok stanął więc też na terenie państwa Chmurów.

Wtedy staliście się sąsiadami?

I to jakimi wyjątkowymi sąsiadami! Ja oczywiście, wtedy jako dziecko, nie mogłem wiedzieć, jak to się stało. Moi dziadkowie sami postradali taki domek na Zawarciu, bo się Gozamet rozbudowywał, więc też byli poszkodowani. A tu niechcący „poszkodowali” kogoś innego. Takie były te lata 70. w Gorzowie, że ktoś coś posiadł, gdzieś się osiedlił, a już ktoś im w tym zamieszał. Nasz blok stanął więc – czego w błogiej nieświadomości pozostawałem - z czyjąś krzywdą.

Jak więc wyglądało to sąsiedztwo?

Nasz blok był jeszcze niezbyt wysoki, czteropiętrowy, ale tuż obok na Sportowej postawiono gigantyczny wręcz wieżowiec. Taka dominanta pojawiła się więc nad poniemieckimi domkami. Był to pewien brutalizm w architekturze. A my? Patrzyliśmy sobie wysoko z okna na te domki sielskie-anielskie, z kurami, świnkami. Nawet lisy ktoś hodował, były tam konie. W latach 80. świnki w kryzysie były jeszcze milej widziane, więc jako dziecko byłem świadkiem na przykład świniobicia, patrzyłem balkonu na tę świnkę uciekającą po podwórku przed swym losem. Były i psy, i piejące koguty. Mieliśmy w tym bloku za oknami wieś, a przynajmniej przedmieścia.

Ale był też stadion, który dostarczał dodatkowych atrakcji. Gdy były mecze, wszystko było zastawione, przyjeżdżały chyba wszystkie samochody z miasta. Będziemy więc sobie rozmawiać o tym. Dwie osoby z różnych pokoleń, które coś połączyło.

Gierkowski blok i poniemieckie domki na przedmieściu. W rodzinnych opowieściach pani Krystyny pojawiają się też poprzedni mieszkańcy. Niemka, która przychodziła jeszcze w maju 1945, aby doglądać swój ogródek, a po narodzinach pierwszej gorzowianki przyniosła wyprawkę; właściciel Niemiec, który zjawił się z bombonierką i koniakiem.

- Oczywiście była też i ta „trzecia” strona. Zresztą, gdy ja patrzyłem na to osiedle w latach 80., nawet 90., to było jakby żywcem przeniesione z jakiegoś filmu. Hans Kloss mógłby się spokojnie tamtą uliczką przechadzać. Domy z płotami, zachowane jak sprzed wojny. A powstały w latach 30., więc po wojnie były świeżutkie wręcz. Może nie ekskluzywne, dość małe, ale jakiś standard trzymały. Ta okolica miała więc swój jakiś wymiar, charakter.

A co z już tego charakteru powojennego mogło pozostać w zbiorowej pamięci pokolenia pani Krystyny, ale też twoich rówieśników?

No też jestem tego ciekaw. Ja powiem o wspomnieniach z moich czasów. Do tego należy też SP nr 5. Nadmienię, że imienia Bohaterów 12. Kołobrzeskiego Pułku Piechoty. Szkoła, osiedla leżały między dwoma kompleksami koszarowymi. To byli maszerujący tam i z powrotem żołnierze, sklep Wiarus w tzw. Alejkach, gdzie można było kupić różne mundurowe akcesoria. Jakby wojna w ogóle nie minęła. Mało tego. Oprócz odgłosów sportowych ze stadionu dochodziły też strzały z poligonu. Wieczorami aż czasami błyskało. A że widok miałem z trzeciego piętra, nic nie zasłaniało, żadne dzisiejsze os. Europejskie, to manewry widać było jak na dłoni. Obok, na Sportowej 1 był blok wojskowy, to wojskowych widywaliśmy na co dzień. 13 grudnia widzieliśmy tych, którzy mieli bronić mieszkańców resortowego bloku, a żołnierze przychodzili do przedszkola na Sportową w roli choćby Mikołaja, grali nam jako zespoły muzyczne i odwiedzali jako goście SP 5, a my chodziliśmy do koszar, na zawody sportowe na poligon. Jednostka to był nasz, jak to się nazywało wtedy, „zakład opiekuńczy”.

Co jeszcze tworzyło wtedy klimat osiedla?

Na przykład sklep Dorotka, taki nasz „Kaczorek”. Nie musieliśmy jechać do centrum po zabawki. Mieliśmy też społemowski market: Jadwigę, jak to się mówiło: „kaufhalle”, potem dołączył Interior, czyli sklep patronacki Silwany. Był pawilon osiedlowy, z klubem Gong, gdzie była np. sławna pracownia modelarska. Były największe i najlepsze na świecie place zabaw – drewniane domy, samoloty, pociąg, a nawet basen z mostami wiszącymi.

To, co wyróżniało też nasze osiedle od innych, to były jednak Górki Gazowe. Kraina nieograniczonych możliwości.

Królików, jaszczurek, podpalania trawy, okopów wojennych, wykopów archeologicznych, konkursu czterech skoczni i ze sławną Saharą, czyli boiskiem z dwiema bramkami w dolinie. Nam ze Sportowej można było też pozazdrościć Peweksu. Był po drugiej stronie ul. Armii Czerwonej, ale latało się tam na długiej przerwie popatrzeć. No i ta słynna historia, kiedy starsi koledzy dali się w sklepie zamknąć na noc. I szaleli po tym Peweksie.

Znaliście się? Ci ze Sportowej i ci z domków?

Może nie było jakichś wyjątkowych relacji towarzyskich, ale znaliśmy się. Syn pani Krystyny był kolegą moich kolegów, sąsiadów. Jeśli nawet nie bezpośrednio się zżywaliśmy, to ktoś był znajomym kogoś. Żyło się trochę jak na wsi. Przy Stadionie to była ślepa uliczka, dalej nie było nic więcej, a to, co znamy dziś, ul. Olimpijska na przykład, to już późniejsze czasy, mijaliśmy się więc choćby na przystankach, czy w obu szkołach – SP5 i SP7.

U nas pod blokiem była piaskownica, karuzela, więc integracja następowała siłą rzeczy. Chodziliśmy do tej samej szkoły, dorośli stali w tej samej kolejce w czasach reglamentacji, czasem całą noc pod mięsnym. Takie same losy. Oni w naszym mniemaniu może mieli nieco lepiej, bo mieli własne ogródki, domki ze strychami. Ale za to nie mieli ogrzewania, więc dymili nam z kominów.

Czego oczekujesz po spotkaniu z sąsiadką?

To będzie okazja do opowieści o miejscu. Jestem zaś ciekaw opowieści o tym, co było, zanim powstał nasz blok. Jak poszła do szkoły i do której. Mam zresztą małą niespodziankę, bo wpadła mi w ręce kronika żeńskiej drużyny harcerskiej, w której ona jest wymieniona. Myślę, że pani Krystyna to dobry świadek tych czasów sprzed urbanizacji tej części miasta. Już w latach 50. pojawiły się pierwsze plany, żeby tam budować, że będzie to rezerwuar mieszkaniowy dla Gorzowa. A pani Krystyna daleko się zresztą potem nie przeprowadziła. Mieszka też przy ul. Sportowej.

Między nami jest 30 lat różnicy, ale okazuje się, że dziś możemy razem mówić o rzeczach, które dla dzisiejszych młodych są już jakimś kosmosem. To ważny świadek, w pewnym sensie „VIP-owski”. No i ma oryginalną „legitymację”, nie do podrobienia. Obiecała, że przyniesie na spotkanie swoją metrykę i inne pamiątki.

Biuro Tłumaczeń Historii – Spotkanie z Krystyną Chmurą, pierwszą gorzowianką urodzoną w polskim Gorzowie, oraz historykiem Robertem Piotrowskim. Niedziela, 27 września godz. 18 w klubie Sejf (Łaźnia Miejska). „Kapeluszowe” 10 zł.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.