Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– To nie jest grypa. Na nią mamy szczepionki i leki, a tutaj kompletnie nic. Jesteśmy zupełnie bezbronni. I dopóki nie będzie szczepionki, to będzie dramat. A jeszcze nie wiemy, co się dzieje po wielu latach czy miesiącach. Są opracowania, które mówią, że mogą pojawić się zaburzenia pracy narządów. Sprawa jest otwarta. To książka o koronawirusie, do której za chwilę będzie trzeba dopisać kolejny rozdział – wyjaśnia dr Jacek Smykał, kierownik oddziału zakaźnego Szpitala Uniwersyteckiego w Zielonej Górze.

W marcu na oddziale potwierdzono koronawirusa u pierwszego pacjenta w Polsce. Co się działo do sierpnia?

– Personel jest wyczerpany i zmęczony psychicznie. Tak naprawdę od marca robimy za wielki SOR. Nie tylko dla całego miasta i regionu. Każdy pacjent, który gorączkuje, ląduje u nas. Diagnozujemy zawały i udary, a nawet choroby onkologiczne – wylicza dr Smykał.

Druga fala przyjdzie jesienią

W ostatnich tygodniach rośnie w Lubuskiem liczba zakażonych koronawirusem. To nawet kilkanaście przypadków dziennie. Wczoraj licznik zatrzymał się na 524 od początku pandemii. W związku z COVID-19 zmarło 12 osób (stan na 9 sierpnia).

Czy to już początek drugiej fali?

– Spodziewamy się jej bardziej jesienią – mówi dr Smykał.

Czy jesteśmy gotowi na kolejne, mocniejsze uderzenie?

– Żaden kraj sobie do końca nie poradzi, nawet najbogatszy. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Inna rzecz, że ciężko dziś cokolwiek przewidzieć. Wiele zależy od tego, czy wirus będzie się wzmacniał, w jakich kierunkach będzie mutował.

Otwarcie Oddziału Chorób Zakaźnych Wojewódzkiego Szpitala Klinicznego w Zielonej GórzeOtwarcie Oddziału Chorób Zakaźnych Wojewódzkiego Szpitala Klinicznego w Zielonej Górze Fot. Anna Krasko/Agencja Gazeta

Smykał zaobserwował, że nowi pacjenci przechodzą chorobę trudniej niż ci, którzy trafiali do szpitala na początku pandemii. Na oddział trafia więcej osób po 60. roku życia.

– Druga fala? Trudno powiedzieć. To chyba w gruncie rzeczy pojęcie polityczne – uśmiecha się dr Tomasz Więckowski, kierownik szpitalnego oddziału ratunkowego i szef zespołu kryzysowego ds. koronawirusa w szpitalu w Gorzowie.

W utworzonym wiosną szpitalu jednoimiennym na 220 łóżek można raczej mówić o pierwszej fali. Zachorowania na COVID-19 szczęśliwie omijały Gorzów przez pierwsze miesiące. Wyraźny wzrost odnotowano w lipcu. W ostatnich dniach w szpitalu zakaźnym przy ul. Walczaka było ok. 40 pacjentów, z tego trzech na intensywnej terapii.

– Chorych jest zdecydowanie więcej. W szczycie tego, co się działo wcześniej w Polsce, my mieliśmy maksymalnie pięciu pacjentów na oddziale – mówi Robert Surowiec, wiceprezes Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie. – Największe ogniska koronawirusa to dziś Jordanowo i Wschowa. I początkowo ten przyrost pacjentów pochodził stamtąd. Natomiast, co bardzo niepokoi i jest niebezpieczne, mamy dużo pacjentów już spoza tych miejsc. Niemal każdego dnia dochodzą nowi, pojedynczy pacjenci, w tym z Gorzowa – tłumaczy Surowiec.

Nie brakuje respiratorów

Dziś na gorzowskim oddziale 10 proc. pacjentów z koronawirusem leży pod respiratorami.

W szpitalu zakaźnym początkowo 20 miejsc przeznaczono do intensywnej terapii. Decyzją wojewody ich liczbę zmniejszono do 10 i tyle dziś funkcjonuje. – Jeśli jednak zajdzie potrzeba, jesteśmy w stanie właściwie natychmiast przystosować dodatkowe 10. Część z respiratorów jest wypożyczona z Agencji Rezerw Materiałowych. Dlatego czekamy na te własne, już zamówione – wyjaśnia Surowiec.

Szpital w Gorzowie zaczyna testy na koronawirusa dla pracowników miejskich żłobków i przedszkoliSzpital w Gorzowie zaczyna testy na koronawirusa dla pracowników miejskich żłobków i przedszkoli Fot. Materiały prasowe WSzW w Gorzowie

W zielonogórskim szpitalu normalnie na oddziale zakaźnym jest 35 miejsc, ale trzy z nich wykorzystywane są obecnie jako stanowiska dializacyjne, a jedno jako stanowisko intensywnej terapii. Osobno działa jeszcze tzw. covidowy OIOM. Z koronawirusem leżało tu łącznie 80 pacjentów.

– Do dyspozycji mamy cztery respiratory. Na szczęście dotąd wykorzystywane były tylko dwa razy – mówi dr Smykał.

W razie problemów szpital może wygospodarować ich więcej lub wysyłać chorych do tzw. szpitali jednoimiennych (oddziały zakaźne powstałe na cito), z których największy działa w Gorzowie. O możliwości relokacji personelu i sprzętu wielokrotnie zapewniał lubuski NFZ.

Smykał zapewnia, że w zielonogórskim szpitalu niczego nie brakuje. – Nie mamy dodatkowych potrzeb zakupowych. Mamy sprzęt, mamy środki ochrony, wszystko jest na bieżąco wypełniane. Przeraża nas jedynie liczba konsultacji, których musimy udzielać.

Testowanie koronawirusa

Prezes Surowiec nie ukrywa, że ostatnio w gorzowskim szpitalu pojawiły się problemy z testami. Szpital kupił dwa aparaty, do których nie ma testów. – Producent już od kilku tygodni nas ostrzegał, że będzie wydzielał nam testy i materiały. Wirus rozwija się w Europie i musi tak gospodarować testami, aby wystarczyło dla wszystkich. A to z kolei duży problem dla naszego szpitala – tłumaczy.

Szpital w Gorzowie zaczyna testy na koronawirusa dla pracowników miejskich żłobków i przedszkoliSzpital w Gorzowie zaczyna testy na koronawirusa dla pracowników miejskich żłobków i przedszkoli Fot. Materiały prasowe WSzW w Gorzowie

– Dużo testów zużywamy na ochronę szpitala. Trzeba pamiętać, że to duży szpital, który zaopatruje północną część woj. lubuskiego i niestety spory fragment woj. zachodniopomorskiego – dodaje dr Więckowski.

W gorzowskim szpitalu testowanych jest grubo ponad 100 osób dziennie. Testy przechodzą wszystkie osoby, które są przyjmowane do szpitala, i te zgłaszające się z objawami.

– Z testowaniem będzie coraz lepiej. Na szczęście w kilku szpitalach będzie możliwość szybkiego testowania – zakłada dr Smykał. – Mówię o Nowej Soli, Żarach i pracowni molekularnej w Gorzowie, gdzie mają szybki GeneXpert, taki jak u nas. Dzięki temu będziemy mogli łatwo opanować ogniska wirusa. Bo mamy już często zachorowania w ogniskach: zakład fryzjerski, restauracja, domy pomocy. Możemy więc szybko badać i izolować. Bez badań będziemy działać po omacku i na pewno sobie nie poradzimy – tłumaczy lekarz.

Jego zdaniem w Polsce testów powinniśmy robić więcej. – Przydałoby się, żeby każdy mógł podejść do punktu testowania, np. w centrum miasta przy zielonogórskim Bachusie. Jeśli źle się czujesz, to podchodzisz, podajesz dane i pobierasz wymaz. To pozwoliłoby nam kontrolować pandemię – twierdzi Smykał.

Jak na froncie

– Z początku wydawało się, że koronawirus będzie szczególnie groźny jedynie dla ludzi mających więcej niż 80 lat. Jest trochę inaczej. Obecnie mamy więcej średnio ciężkich i ciężkich przypadków niż na początku. Pacjenci wymagają dłuższego leczenia, przechodzą ciężkie zapalenia płuc – zauważa dr Smykał.

Co jeszcze wiemy po paru miesiącach o epidemii w Lubuskiem?

– Nadal jest jak na froncie. Jeśli brakuje miejsc w szpitalach polowych, to robimy nowe. I tak też będziemy robić z koronawirusem. Wszystko jest do zrobienia. Nikt z nas nie myślał, że teraz będziemy mieli w kraju po 600 stwierdzonych przypadków dziennie. Pamiętajmy jednak, że większość osób nie wymaga hospitalizacji. 60 osób siedzi w izolatorium, w tym żołnierze z Afganistanu. Musimy się zająć przede wszystkimi tymi najbliższymi – uspokaja Smykał.

Podkreśla, że najważniejszy jest jednak rozsądek ludzi. Przerażają go obrazki z dużych marketów. – Ochrona wpuszcza bez masek, kasjerki obsługują ludzi bez masek. Porażka. Coś trzeba z tym zrobić. Ludzie powinni zobaczyć pacjentów z koronawirusem, jak oni cierpią – podkreśla Smykał.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.