Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- To nie był pacjent zerowy, jestem tego pewien, ale faktycznie u nas zdiagnozowano go pierwszego – mówi Jacek Smykał, szef kliniki chorób zakaźnych Szpitala Uniwersyteckiego w Zielonej Górze. I wspomina dzień, w którym ogłoszono pierwszy przypadek koronawirusa w Polsce. Było to 6 marca.

– Dostaliśmy telefon nad ranem, ale mieliśmy siedzieć cicho do 9, bo będzie konferencja – wspomina Jacek Smykał.

Dziś, mimo że wchodzimy w szczyt pandemii, sytuacja wygląda dobrze. Na zielonogórskim oddziale jest 35 miejsc, są stanowiska do dializy chorych, łóżka OIOM-owe.

– To przykład dobrze wyremontowanego oddziału, gdzie są śluzy, osobne miejsce do administracji, dobrze wyposażone laboratorium, wszystko dzięki samorządowi – wylicza Smykał. I przyznaje, że bakteria New Delhi pojawiła się w szpitalu latem 2019 r. – Myśmy się na tej bakterii wyłożyli, ale szybko wdrożyliśmy, przećwiczyliśmy procedury, które teraz zaprocentowały – mówi doktor Smykał. I chwalił personel za reżim sanitarny. – Nikt się nie zaraził, nie było żadnych wpadek – mówił Smykał. Choć przyznaje dziś, że zdarzają się ofiary śmiertelne. Oddział przyjął pensjonariuszy dwóch domów pomocy społecznej. – Mieliśmy pacjentów bardzo chorych, którzy u nas życie zakończyli – mówi Smykał.

Sam, mimo skończonej sześćdziesiątki, pracuje na pierwszej linii frontu. Lekarze wykonali ponad 6 tys. konsultacji. Większość przypadków to osoby w dobrym stanie.

Cały czas badamy, siedzimy w namiocie, sali konsyliów. Wiele przypadków nie powinno do nas trafić, ale tak właśnie działają przychodnie. Wystarczy gorączka, a to my musimy diagnozować pacjenta. Tak nie powinno być, bo większość osób nie wymaga hospitalizacji.

Smykał twierdzi, że problem dotyczy także pracy sanepidów. Osoby zbierające wywiad nie są wykształcone medycznie, nie potrafią dobrze ocenić sytuacji.

Jak szpital przygotowuje się na drugą falę pandemii? Za chwilę do laboratorium przyjedzie urządzenie, którym będzie można wykonywać dodatkowe testy molekularne. Dziś testy genetyczne wykonuje się m.in. na amerykańskim aparacie GeneExpert. Urządzenie w ciągu 45 minut jest w stanie określić wynik. Kolejny aparat spowoduje, że szpital będzie samowystarczalny.

– Moim marzeniem jest, żeby robić badanie za darmo osobom, które mają wątpliwości, że mogą być chore – mówi Smykał.

Problemem nadal pozostaje leczenie dzieci chorych na COVID-19. A to może być problemem, gdy jesienią wrócą do szkół. W Lubuskiem przed wybuchem epidemii działał tylko jeden oddział zakaźny i był dedykowany tylko dorosłym. Dzieci miały być leczone w klinice w Poznaniu. Koronawirus zweryfikował jednak te potrzeby zdrowotne.

– Pediatrzy wykręcają się z leczenia dzieci, bo tłumaczą, że chorobę zakaźną powinni leczyć zakaźnicy. My natomiast nie leczymy dzieci – mówi Smykał. I poleca, by najlepiej zrobić jednoimienny szpital zakaźny dla dzieci.

Czego boi się doktor Smykał?

– Boję się o nas, że my zostaniemy zakażeni, a za nas nikt nie będzie mógł pracować – ucina.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.