Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jolanta Fedak, prezes lubuskich ludowców, była wicewojewodą i wicemarszałkiem lubuskim. Od 2019 r. jest posłanką PSL.

Rozmowa z Jolantą Fedak

Artur Łukasiewicz: Na kogo pani zagłosuje w drugiej turze?

Jolanta Fedak: Wiem, na kogo, ale najpierw chciałabym swoją decyzję uzasadnić. Po pierwsze – każda władza, która jest władzą totalną, jednolitą i autorytarną, wyradza się, czyli degeneruje. A zatem musi istnieć równowaga sił. Z jednej strony władza rządu, a z drugiej dobrze by było, aby inne instytucje, takie jak urząd prezydenta RP czy NIK sprawowała opozycja. To po prostu zdrowsze dla obywateli. I to niezależnie, czy będzie rządził PiS, czy anty-PiS.

Po drugie, jeżeli jeden z kandydatów deklaruje poparcie programu Władysława Kosiniaka-Kamysza – emerytura bez podatku, obecność przedstawicieli wszystkich sił parlamentarnych w Kancelarii Prezydenta RP czy rozwiązań demokratyzujących życie polityczne, to wiadomo, na kogo zagłosuję.

Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.pl

Wtedy usłyszy pani, że prezydent z opozycji będzie rzucał kłody pod nogi rządowi. Stanie się prezydentem hamulcowym.

- Historia pokazuje, że żaden z prezydentów tak nie postępował. Każdy z nich starał się brać pod uwagę dobro obywateli. Natomiast z natury i kompetencji nie powinien autoryzować wszystkiego jak leci, tylko dlatego, że to program jego obozu politycznego.

Mija pięć lat. Jakim prezydentem był Andrzej Duda?

- Bardzo silnie związanym z obozem PiS, ale pięć lat temu rodził duże nadzieje. Młody, energiczny, mnóstwo ludzi tym uwiódł. Wydawało się, że reprezentuje pokolenie, dla którego ważna jest przyszłość. Dziś po tym nie ma śladu. Na wiecach widać, że Dudę popiera pokolenie będące na zasłużonych emeryturach, mocno obawiające się o swoją przyszłość.

Łamał konstytucję?

- Ewidentnie łamał. Wiele razy też naciągał ją dla doraźnych interesów swojej partii. I to jest najbardziej bulwersujące, bo najważniejszą rzeczą dla prezydenta jest stać na straży konstytucji. Sądzę, że dlatego sporo ludzi już na niego nie zagłosuje.

Ma większe szanse na wygraną niż Rafał Trzaskowski?

- Wszystko w rękach wyborców. Kampania trwa, a polityka jest nieprzewidywalna. Kto parę miesięcy temu przewidziałby, że będzie pandemia i zmienią się kandydaci.

Który z prezydentów, tych w wolnej Polsce po 1989 r., był najlepszy?

- Próbowałam robić taki ranking. Wyszło mi, nawet z pewnym zaskoczeniem, że nie ma tego jednego najlepszego. Każdy z zaletami i wadami. Aleksander Kwaśniewski miał doskonałą zdolność komunikowania się z elektoratem i nie tylko swoim. Miał dobry wizerunek, wsparty przez małżonkę. Bronisław Komorowski był prezydentem rozwagi i spokoju, którego teraz brakuje. Lech Wałęsa potrafił przyciągnąć nawet bardzo radykalny elektorat, ale nie umiał już go przy sobie zatrzymać. Lech Kaczyński miał interesujące plany polityczne, zwłaszcza jeśli chodzi o politykę międzynarodową, ale tragiczny zbieg okoliczności spowodował, że cała jego prezydentura jest obecnie postrzegana przez pryzmat katastrofy smoleńskiej.

Na tle tych prezydentów obecny nie wyróżnia się dobrze.

W czym tkwi zagadka kandydatów ludowców? W wyborach prezydenckich ponoszą ciężkie porażki. Dostają dużo mniej głosów niż PSL w wyborach do Sejmu. Niby Kosiniak-Kamysz miał wszystko, by odwrócić kartę, a skończyło się jak zwykle.

– Decydujący okazał się znów podział Polski na PiS i anty-PiS. To powoduje, że innym kandydatom brakuje miejsca. Tak jak dla Kosiniaka-Kamysza ze środka sceny politycznej. W wyborach zero-jedynkowych trudno o powodzenie tzw. trzeciej drogi. Ona przyniesie efekt w kampanii parlamentarnej. W prezydenckiej kampanii jednoznacznych postaw, w ostrym sporze, już nie.

Kiedy łagodniejsza Kidawa-Błońska nie rozpalała sporu między PO a PiS, notowania Kosiniaka były wyższe. Przyszedł nowy kandydat, poleciały w dół. Ta historia uczy też jeszcze, że w polityce nie wszystko zależy od tego, jak bardzo się napracujesz. Bo Kosiniak był bardzo pracowity, wysoko plasował się w rankingach zaufania, miał dobry program. Tyle że splot okoliczności mu nie sprzyjał.

Czy wyniki wyborów prezydenckich będą miały przełożenie na sejmik lubuski?

– Bezpośrednio nie.

Bo w sejmiku dużo się dzieje. Z radnych KO i klubu PSL powstał klub Samorządowe Lubuskie. Matematyka sejmiku się zmienia. Chudnie koalicja KO-PSL-SLD.

– Póki co, radni nowego klubu skarżą się, że nie są podmiotowo traktowani. Chcą decydować o rozwoju regionu i inwestycjach. Być może potrzeba w sejmiku nowych rozwiązań. Mogłaby np. powstać komisja ds. współpracy samorządu terytorialnego.

Nietrudno spostrzec, że ci radni są sterowani przez prezydentów Zielonej Góry i Nowej Soli. Jacka Milewskiego i Janusza Kubickiego. Sytuacja jest zupełnie nowa. Nigdy jeszcze nie było tak, by dwaj prezydenci trzymali w szachu koalicję i sejmik. Milewski mówi: moją partią jest Nowa Sól, Kubicki gra na identycznej melodii. Strategie rozwoju województwa ich nie interesują za bardzo. Mówią: chcemy na te drogi, basen, wieżę widokową i inne sprawy. Groźba jest czytelna: nie dacie nam pieniędzy na to i tamto, nasi radni razem z PiS was obalą.

– Nowa Sól nie leży na jakiejś bezludnej wyspie. Jej rozwój, tak jak Zielonej Góry zależy od rozwoju innych miast. Strategia jest na tyle pojemna, że sporo zmieści. Chodzi o ustalenie, jakie inwestycje mają ją wypełniać. Możliwe, że zabrakło konsultacji i to doprowadziło do wstrząsów w sejmiku. Powinniśmy reagować szybciej, choć z drugiej strony to był czas z nieprzewidzianymi sytuacjami, jak epidemia koronawirusa. Pieniądze trzeba było skierować w trybie nadzwyczajnym do szpitali i służby zdrowia.

Dlaczego tak łatwo radnemu w sejmiku przychodzi zmiana barw? Robi to bez żenady.

– Nie wiem, ale jest i inny problem. Są w sejmiku lubuskim radni, którzy startują z okręgu w tzw. terenie, a mieszkają i reprezentują interesy dużego miasta. Być może należy to w ordynacji zmienić. Start tylko z okręgu, w którym się mieszka.

A te rejterady to nie wina was, szefów partii? Wpuszczacie na listy ludzi nielojalnych, którzy odchodzą i żegnają się na pierwszym lepszym zakręcie, bo akurat mają inne interesy. Układanie list się kłania.

– Nie wchodziłabym na grząski grunt zachowań moralnych i niemoralnych.

Po ludzku, to trudno przewidzieć szefowi partii, czy ktoś się złamie dla pieniędzy, czy nie. Dużo łatwiej o lojalność w partiach o długim stażu, gdzie bardziej się znamy.

Zapraszanie różnych ludzi na listy to normalna rzecz, tyle że polegająca na zaufaniu. Można się pomylić, wiem to z własnego doświadczenia.

Czy klub Samorządowe Lubuskie zagraża koalicji KO-PSL-SLD?

– To zależy, jak się określi, jako opozycyjny czy popierający koalicję rządzącą. Taki jest wymóg prawny. Jeśli przystanie do opozycji, mamy duży problem. Koalicja traci większość.

Przejmą z PiS-em władzę w woj. lubuskim?

– W polityce trzeba dopuszczać różne warianty, choć wydaje mi się, że w tej chwili takiego zagrożenia nie ma. Co nie oznacza, że w przyszłości może być inaczej.

Czy takie bezpartyjne formacje są zagrożeniem dla partii?

– Silną konkurencją, zwłaszcza w wyborach. Gdy kampania mija, to tym formacjom trudniej trzymać jednolitą linię. Mają głównie doraźne interesy. Po jakimś czasie rozpływają się, kończą żywot lub zakładają inną formację. W tym sensie nie są zagrożeniem. Natomiast wyborczą konkurencją tak, i trzeba to brać pod uwagę.

Ludzi z bezpartyjnych ruchów niewiele łączy oprócz jednego: opowieści o złych partiach, w których króluje partyjniactwo, a oni szlachetni, reprezentują dobrych mieszkańców.

– Gdyby przyjrzeć się dobrze tym ruchom, zobaczymy tam wielu długoletnich działaczy partyjnych. Niektórzy mają nawet dłuższy staż niż ja, a to będzie ze 30 lat (śmiech).

Te ruchy powstają zwykle po konfliktach w partiach i koalicjach. Grupa niezadowolonych wychodzi, zamiast walczyć z otwartą przyłbicą o to przywództwo w partii.

Ci odchodzący z dużym wyobrażeniem o sobie bardziej nadawaliby się na wójta, burmistrza i prezydenta. Bliżej im do samorządowego jednowładztwa w miastach i gminach.

Po 30 latach samorządu jego badacze odkrywają, że najwięcej demokracji jest w powiatach. Tych krytykowanych, umieszczanych na liście „do likwidacji”. Bo tam trudno o rządy w stylu szeryfa, trzeba się dogadywać, budować koalicje i porozumienia. Zaskakujące?

– Prawdę mówiąc nie. Co ciekawe, choć starostów wybiera rada powiatu, to oni są bardzo rzadko zmieniani. Tam została demokracja po staremu, a nie ta ukształtowana przez wybory bezpośrednie burmistrza, wójta i prezydenta. Już 20 lat temu przestrzegaliśmy przed wyborami bezpośrednimi. Wybierany przez radę burmistrz jest przez nią kontrolowany, wtedy władza nie staje się „mafijna”. Dziś praktycznie włodarze gmin i miast w ogóle nie są kontrolowani. Owszem, można założyć, że cała rada podejmuje złe decyzje. Jednak to bardzo rzadki przypadek.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.