Ten artyku czytasz w ramach bezp豉tnego limitu

Czasem porównuje się czas pandemii, zwłaszcza te pierwsze miesiące od marca, kiedy wszyscy Polacy zostali skazani na siedzenie w domach, pełni obaw o zdrowie, przyszłość, pracę, do sytuacji stanu wojennego na początku lat 80. Przy wszystkich różnicach to był także czas izolacji, niepewności, obaw. Okazało się, że Polacy oddali się... uczuciom i właśnie wtedy nastąpił największy jak dotąd przyrost urodzeń. Czy również teraz czeka nas jakiś „baby boom”?

- Nie możemy w tej chwili jeszcze jednoznacznie stwierdzić, czy następuje wzrost liczby ciąż. Rzeczywiście, ja też stawiałbym hipotezę, że ta liczba ciąż może być większa. Choćby ze względu na to, że dłużej ze sobą przebywamy, nie spieszymy się, mamy czas na te działania o charakterze prokreacyjnym, planowane lub nieplanowane. Jednak odpowiedzi ze strony lekarzy, czy nastąpił jakiś wzrost liczby pacjentek, które przyszłyby do nich w pierwszych tygodniach ciąży, nie mamy. Dlaczego? Poradnie dopiero zaczynają się otwierać, wiele prywatnych gabinetów ginekologicznych jest zamkniętych ze względu na pewne obostrzenia epidemiologiczne. Trudno więc stwierdzić jeszcze, czy nastąpił wyraźny wzrost w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Jest po prostu tak, że kiedy dłużej ze sobą przebywamy, mamy więcej czasu na wzajemne relacje, nie spieszymy się, to może wówczas częściej dochodzić do współżycia. Wiele osób też ze względu na charakter swojej pracy bardzo często odsuwało te decyzje prokreacyjne na później. Teraz możemy o tym pomyśleć – tłumaczy prof. Zbigniew Izdebski, znany seksuolog i pedagog.

Wskazuje jednak na pewną różnicę w porównaniu np. z czasem stanu wojennego w latach 80.

- Stan wojenny ograniczył nasze wolności obywatelskie, teraz też w jakimś stopniu mieliśmy, jednak stan zagrożenia epidemicznego to sytuacja, kiedy każdy z nas martwi się o swoje zdrowie, zdrowie bliskich. A to może być argument, który powstrzyma wiele osób przed decyzją. Powiedzą: OK, dojrzeliśmy do decyzji o ciąży, ale ten lęk spowodowany troską o bliskich spowoduje, że jednak nie teraz. To może wynikać z lęku o o siebie i bliskich, ale też ze względu na ograniczenia w kontaktach z lekarzem – dodaje prof. Izdebski.

Wskazuje też na to, że kobiety, które są w ciąży, spodziewają się rozwiązania za dwa trzy miesiące, przeżywają duży stres, czy ta ciąża rozwija się prawidłowo, czy wszystko jest w porządku. A większość konsultacji z lekarzem ginekologiem czy z położną w czasie wiosennego „lockoutu” odbywało się jednak w formie porad na telefon. Ograniczony był dostęp do badań diagnostycznych, np. USG.

Na początku epidemii powiedziałem, że możliwy jest wzrost liczby ciąż i się z tego nie wycofuję. Musimy jednak jeszcze odczekać kilka tygodni, żeby rzeczywiście się przekonać, czy ta hipoteza się sprawdzi

– mówi prof. Izdebski.

Na decyzję o dziecku wpływa też wiele innych czynników. Polacy w ostatnich latach bardzo ciężko pracują i to wpływa z pewnością na działania prokreacyjne. Rząd wprowadza różne zachęty, jak np. 500 Plus, ale efekt nie jest taki, jak by oczekiwano. Mamy wyższe aspiracje w zakresie kształcenia, na początek myślimy o swojej pracy. Przyszli rodzice rozważają to, czy zachowają pracę, czy będą mieli za co utrzymać rodzinę, co będzie z systemem edukacji, jak wygląda system opieki w żłobkach czy przedszkolach. To dla wielu ludzi czynniki ograniczające. Poza tym w czasie pandemii niektórzy ludzie już otrzymali informacje, że tracą pracę. A utrata pracy, nawet samo takie zagrożenie, dla wielu może być hamulcem.

- Cała ta sytuacja pandemii przewartościowuje nasz sposób myślenia: o świecie, o relacjach, o sprawach zdrowotnych. Na pewno te pierwsze tygodnie, kiedy była izolacja, nie wpływały dobrze na ludzi. Z drugiej strony to jest też dobry czas do tego, aby niektórzy zastanowili się nad posiadaniem dzieci. Te pary, które odsuwały tę decyzję na nie wiadomo kiedy, mogą chcieć szybciej finalizować swoje plany. Nawet jeśli nie już teraz, to w bliskiej przyszłości, kiedy okaże się, że wychodzimy jakoś z tej pandemii obronna ręką – mówi prof. Zbigniew Izdebski.

Przewartościowanie życia

Świat nie będzie taki sam, ale nikt nie może dać jasnej odpowiedzi, jaki będzie. Prof. Izdebski odnosi wrażenie, jakbyśmy żyli w jakimś eksperymencie psychologicznym, w którym obserwujemy wpływ izolacji na ludzkie zachowania. Tyle że ten eksperyment nie dotyczy tylko grupy, nawet nie kraju, ale wielu krajów. Jego zdaniem nastąpią zmiany w podejściu do relacji w związkach. - Niektórzy ludzie będą chcieli dokonywać pewnego przewartościowania w swoim życiu. Poszukają odpowiedzi na pytania: co jest naprawdę dla mnie ważne. Nie jestem do końca przekonany, czy rzeczywiście rodzina wyjdzie z tego jako ta najważniejsza. Tego nie wiemy. Z pewnością te przewartościowania będą jednak miały miejsce w podejściu do pracy – mówi seksuolog.

Praca dla wszystkich jest niewątpliwie ważna ze względu na to, że daje poczucie bezpieczeństwa finansowego. Natomiast wiele osób nie wyobrażało sobie wcześniej funkcjonowania bez codziennego wyjścia i bycia w pracy. Tymczasem pandemia pokazała, że możliwa jest praca zdalna, z domu. Niektórzy mogli też w tej nowej sytuacji zastanawiać się, czy ich dotychczasowe zajęcie to jest właśnie to, co zawsze chcieli robić.

- Rozmawiając z pacjentami o sprawach życia seksualnego, zaburzeń, braku libido, analizowaliśmy te sprawy i mnie się często wydawało, że te relacje nie są wcale złe, a czynniki utrudniające życie seksualne muszą być gdzieś obok. Wskazywałem często, że to może wynikać np. z pracy. Pacjenci mówili: ależ nie, ja mam superpracę, to jest to, czego ja chcę. Gdy zwracałem uwagę na ogrom stresu, jakiego doświadczają, to mówili, że bez tego nie potrafią funkcjonować, że to jest taka adrenalina potrzebna do życia. Teraz okazało się, że w momencie, kiedy znaleźli się w domu, to ich samopoczucie także uległo zmianie. Niektórzy przekonają się, że to miejsce pracy, ten zespół, charakter pracy, nie były najlepsze. Mamy dziś dystans, szansę zobaczenia, jak to było męczące.

Żyjemy w czasach, kiedy ludzie mogą dokonywać często zmiany swojej pracy i robią to szczególnie ludzie młodzi. W osobach w późniejszej fazie życia nie było już takiej odwagi. Ten czas może więc wpłynąć na decyzje, aby w fazie aktywności zawodowej poszukać innej pracy, mniej stresującej. Mam wrażenie, że jeśli nie będzie poczucia zagrożenia utraty pracy, to możemy inaczej spojrzeć na tę kwestię – mówi prof. Izdebski.

Jako przykład, kiedy sytuacja pandemii skłoniła do przewartościowania swoich życiowych priorytetów, seksuolog podaje rozmowę z 19-letnim chłopakiem, tegorocznym maturzystą. W nowej sytuacji stał się nie do wytrzymania w domu, drażliwy, agresywny. - Chłopak ma w szkole dobre wyniki, ma wysokie aspiracje w zakresie kształcenia. To, że on w domu zaczął niezbyt dobrze funkcjonować, rodzice składali na karb matury, niepewności, czy egzamin będzie, kiedy będzie itp. Tym tłumaczyli sobie, że stał się agresywny, niemiły dla otoczenia. Długo z nim rozmawiałem i zapytałem m.in., co jest dla niego w tej chwili najtrudniejsze. A on mówi do mnie, płacząc: proszę pana, ja się boje, że mi się coś stanie, że się zakażę i mogę umrzeć. Odpowiedziałem, że to przecież dotyczy nas wszystkich. On na to: tak, ale ja nigdy nie współżyłem. Nie wiem, co to seks, zawsze się dobrze uczyłem, nie miałem większych kontaktów z rówieśnikami, nie chodziłem na domówki, na imprezy. Ja mam swój określony cel w życiu.

Ale pan nie wie, co to znaczy umierać i nawet nie wiedzieć, jak ten seks wygląda?

Okazuje się, że koledzy, z którymi rozmawiał w czasie epidemii, wcale nie rozmawiali najwięcej o nauce czy maturze, a o filmach porno, jakie obejrzeli, o tym, że spotkali się z kimś mimo rygorów sanitarnych, albo wspominali, która dziewczyna jaka była w seksie. A on mówi: ja nie mam co wspominać.

Tłumaczyłem mu, że przecież wielu w jego wieku rozpoczęło już życie seksualne, ale przecież nie wszyscy. Stwierdził, że wszyscy go nie interesują, ale on sam i jego sytuacja.

To tylko przykład, z jednej dziedziny, aktywności seksualnej. Ale chcę powiedzieć, że u niektórych ludzi nastąpi przewartościowanie podejścia do życia. Dojdą do wniosku, że czegoś nie zrealizowali wcześniej, choć mogli, nie tylko w obszarze seksu. Ludzie mogą podejmować wiele ryzykownych działań, których nie podejmowali wcześniej, bo się bali czy odkładali na później. Przeżywaliśmy lęk, stres, ale gdy go pokonamy, niektórzy zapewne będą mieli więcej odwagi na realizowanie siebie – opowiada prof. Izdebski.

Docierają do niego też sygnały, że młodzi ludzie, którzy nie ujawniali swojej orientacji, przebywając teraz w domach, mieli okazję do rozmowy i zdecydowali się np. powiedzieć swojej rodzinie, że są osobami transseksualnymi. A wcześniej nie planowali tego wyjawić, a przynajmniej w najbliższej przyszłości.

- Myślę, że dla niektórych to będzie taki czas przewartościowania, realizacji swoich planów, choć nie tak odległych. Czy to będzie trwałe? Mieliśmy wiele różnych sytuacji, kiedy myśleliśmy, że świat się zmieni. Mówiło się np. o pokoleniu JP II, że będziemy znacznie lepsi, mówiliśmy tak po kolejnych kryzysach. Ale z naszą pamięcią jest tak, że zacierają się pewne rzeczy, wchodzimy na dawne tory. I co najwyżej ktoś coś zmieni we własnym życiu - dodaje.

Koronawirus i relacje w związkach

Jak pandemia wpłynie na relacje między partnerami, małżonkami? Prof. Izdebski przypuszcza, że wiele osób w tym czasie dojrzeje do tego, żeby się... rozwieść. Ale dla niego to zarówno pesymistyczna informacja, jak też optymistyczna. Po prostu wiele osób żyje w swoich związkach i niezbyt często miało okazję zastanawiać się nad jakością tych relacji. Narzekali, że to nie to, że nie są szczęśliwi, ale trwali w tym. Może mieli poczucie, że powinni się pewnie rozstać, ale cały czas dawali sobie szansę. - Obecna sytuacja doprowadziła do tego, że wiele par jest już świadomych swoich decyzji. Obserwujemy takie decyzje u swoich pacjentów np. po Bożym Narodzeniu. W styczniu w kancelariach adwokackich, w gabinetach seksuologów, doradców rodzinnych jest więcej ludzi, którzy mówią, że chcą się rozwieść. Ten okres świąteczny to czas, kiedy dawali sobie jeszcze szansę. A to, jak dobrze policzyć, to często 10 dni wolnego, kiedy jest się ze sobą. Myślą: może się ułoży. A gdy to się nie stanie, podejmują decyzję. I podobnie teraz. Niektórzy widzą, że nie wytrzymują ze sobą, nie chcą być ze sobą, a to, że muszą na siebie patrzeć, nie sprawia im przyjemności. Zdarza się, że spokojnie rozmawiają i to wspólna decyzja, nieraz to decyzja tylko jednej ze stron – mówi seksuolog. Ale też mówi o grupie pacjentów, którzy opowiadają, że im się nie układa, że może libido spadło, że w zasadzie związek jest nieudany. Ale chcieliby dostać taką tabletkę, niekoniecznie tylko na erekcję, ale na poprawę całej relacji. Okazuje się potem, że często nie mieli czasu, aby trudne sytuacje przedyskutować, mieć czas na siebie. Zapytać nawet, jak się czujesz, jak jest w twojej pracy. Czas pandemii wpłynął więc dość pozytywnie na niektóre związki. Mając więcej czasu stwierdzili, że wcześniejsze problemy to dziś rzeczy błahe. Po prostu nie mieli czasu, sił i determinacji, aby ze sobą o sobie porozmawiać.

A niektórzy, nie ma ich wielu, choć się zdarzają, dzwonią do mnie, czy aby nie są erotomanami, bo bardzo dużo czasu spędzają na uprawianiu seksu. Nie wychodzą z łóżka, skoncentrowani na sobie i jest im ze sobą dobrze. To ludzie, którzy potrafią szczęśliwie wykorzystać ten czas dla siebie i sobą się cieszyć

– mówi prof. Zbigniew Izdebski.

Seksuolog kończy właśnie przygotowania do nowych badań na temat seksu i relacji w związkach w okresie pandemii. - Na koniec czerwca planowane jest wydanie mojej nowej książki o życiu seksualnym Polaków. Skończyłem ją w lutym i mam poczucie, że mogłaby być niezbyt aktualna. Chcę więc przebadać 3 tys. Polaków i zobaczymy, co te badania wykażą – mówi.

Na podstawie zapisu wideokonferencji z udziałem prof. Zbigniewa Izdebskiego zorganizowanej przez Wielospecjalistyczny Szpital Wojewódzki w Gorzowie dnia 20 czerwca 2020 r.

Artyku otwarty w ramach bezp豉tnego limitu

Wypr鏏uj prenumerat cyfrow Wyborczej

Nieograniczony dost瘼 do serwis闚 informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazyn闚 Wyborczej.