Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W onkologii urologicznej właśnie wczesne rozpoznanie, zanim zaczną się objawy, to podstawa. To daje szansę na wyleczenie z raka prostaty, raka jądra czy raka nerki. W nowotworach liczy się czas. Dlatego mimo pandemii nie została zamknięta poradnia urologiczna. Lekarze byli do dyspozycji pacjentów onkologicznych, jak też pacjentów z cewnikami i drenami, które muszą być kontrolowane. Choć poradnia była otwarta, a na hasło choroby nowotworowej można się było rejestrować, były puste miejsca – mówi dr Petrasz.

Liczba pacjentów, u których wykryto nowotwór podczas badań, przez trzy miesiące spadła kilkunastokrotnie. Nie dlatego, że mniej chorujemy. Dlatego, że przestaliśmy się badać. - Kiedy te nowotwory dadzą objawy, to za parę miesięcy eksploduje fala pacjentów, którym nie będziemy w stanie pomóc. Dojdzie do paradoksalnej sytuacji, że w Lubuskiem nie będzie żadnej śmierci z powodu epidemii, a umrą setki z powodu nieoperacyjnych nowotworów - obawia się dr Petrasz.

Po poluzowaniu obostrzeń epidemicznych też nie widać powrotu na badania ludzi, którzy skończyli 50 lat. Wcześniej było ich sporo i pewien procent z nich wychodził z rozpoznaniem nowotworu, który mógł być jeszcze z powodzeniem leczony. - Ludzie, przecież te choroby są, one nagle nie zniknęły. Przyjdźcie się badać, zanim będzie za późno. Nie bójcie się, szpital jest bezpieczny, czysty - apeluje dr Petrasz.

Urologia. Co to jest?

Jedna czwarta ogółu nowotworów złośliwych u mężczyzn to nowotwory urologiczne. Rak prostaty to drugi najczęściej występujący nowotwór u mężczyzn. A rak pęcherza moczowego to u mężczyzn czwarty najczęstszy nowotwór. Prognozy są alarmujące. Szacuje się, że w ciągu czterech lat zachorowalność na nowotwory układu moczowego wzrośnie o 30 proc.

Stąd te apele o badania profilaktyczne. Niezależnie od tego, czy mamy jakieś objawy, czy nie - mężczyzna po 45. roku życia musi zgłosić się do urologa.

Większość kojarzy urologię z rakiem prostaty, a przecież urolog leczy generalnie nowotwory układu moczowego: prostaty, pęcherza moczowego, nerek i męskich narządów płciowych, czyli prącia, jąder. Poza nowotworami jest też cała urologia pozaonkologiczna, zajmująca się łagodnym przerostem prostaty, kamicą, zaburzeniami i wadami nerek. - Można powiedzieć, że urologia to chirurgia układu moczowego. Zajmujemy się pacjentami, których możemy leczyć operacyjnie - tłumaczy dr Piotr Petrasz.

Bez objawów

Aby jednak urolog mógł operować, nowotwór musi być wykryty wcześnie. W większości przypadków nowotwory urologiczne aż do stadium krańcowo zaawansowanego rozwijają się zupełnie bezobjawowo. Tak jest w przypadku raka prostaty czy raka nerki. Pacjent przychodzi na badania profilaktyczne, bo jest w odpowiednim wieku, albo po prostu z innego powodu ma robione badanie USG i wykryty zostaje guz nerki. Gdyby go wykryć, kiedy są objawy, takie jak ból, chudnięcie, słabnięcie, krew w moczu, to już nie nadaje się do leczenia radykalnego, tak jest zaawansowany.

- Na całym świecie panuje też mit, że rak prostaty dotyczy tych, którzy mają zaburzenia oddawania moczu, wąski, słaby strumień moczu, częste oddawanie moczu. A to nieprawda, bo zaburzenia oddawania moczu dotyczą mężczyzn z łagodnym powiększeniem prostaty. Gdy środkowa część prostaty się powiększa, uciska cewkę i zwęża kanał cewki moczowej, to powoduje kłopoty z oddawaniem moczu. Nowotwór prostaty rośnie natomiast w obwodowej, zewnętrznej części gruczołu i do stadium już krańcowo zaawansowanego jest zupełnie bezobjawowy. Kiedy ten nowotwór spowoduje już krwiomocz lub zaburzenia oddawania moczu, nie jesteśmy w stanie takim pacjentom pomóc – wyjaśnia dr Petrasz.

Badaj jądra

Wyjściem są więc badania profilaktyczne. Niektóre są bardzo proste. Badanie jąder każdy mężczyzna jest w stanie przeprowadzić sam, przynajmniej raz w miesiącu sprawdzając czy nie ma nierówności, narośli, czegoś podejrzanego. Jeśli coś nas zaniepokoi, trzeba pójść do urologa, zrobić USG. Rak jądra w większości przypadków dotyczy młodych mężczyzn między 20. a 40. rokiem życia. Najlepiej poddaje się leczeniu, ale też jest najbardziej agresywny. Szybko rośnie i wyjątkowo szybko daje przerzuty, dochodząc do fazy, kiedy nie da się go zahamować, jednak wcześnie wykryty daje prawie 100-proc. szanse na wyleczenie.

Rak prostaty natomiast to nowotwór głównie mężczyzn po sześćdziesiątce. Trzeba jednak przyjąć, że każdy mężczyzna po 45. roku życia powinien zgłosić się do urologa, a jeśli w rodzinie ktoś chorował na ten nowotwór, trzeba się zbadać nawet pięć lat wcześniej. Rak we wczesnym stadium nie daje bowiem objawów, a potem jest już za późno na leczenie. Wczesne rozpoznanie daje 70-80 proc. szansy na całkowite wyleczenie.

Podobnie rak nerki, który do krańcowo zaawansowanego stadium nie daje żadnych objawów. Wystarczy raz w roku robić sobie USG, a zwłaszcza osoby po 45. roku życia, palacze i mający przypadki nowotworu w rodzinie.

- Guzy jesteśmy w stanie we wczesnej fazie wykryć. Nie dość, że możemy wyleczyć, to w wielu przypadkach udaje się też uratować nerkę. Jeśli jednak przejdzie się już tę barierę zaawansowania nowotworu, wyniki leczenia są katastrofalnie niskie – ostrzega szef oddziału urologii.

Rak pęcherza moczowego też jest bardzo groźny. Ten jednak w wielu przypadkach daje objawy. Jeśli pojawi się krew w moczu, a zwłaszcza u osoby po 40. roku życia i palacza (ten rak jest wyjątkowo powiązany z paleniem tytoniu), to natychmiast należy zgłosić się do urologa. - Nagminne jest jednak leczenie pacjentów z krwiomoczem przez kilka tygodni czy miesięcy przez lekarzy rodzinnych wypisujących antybiotyki. Marnujemy czas. To nowotwór, który pozwala się wcześniej wykryć. Bo w 70 proc. przypadków przy występowaniu krwiomoczu jest nowotworem powierzchownym, dającym się zoperować. Nie dajmy się zwieść, że weźmiemy antybiotyk i krwawienie się zmniejszy. Problem z tym nowotworem jest taki, że u chorych z wyjściowo agresywną, naciekającą formą tego raka od momentu pierwszego objawu 80 proc. pacjentów ma już rozsiane przerzuty po upływie trzech miesięcy – mówi dr Petrasz.

Jak się leczy

Wczesne rozpoznanie pozwala nie tylko skutecznie leczyć, ale też stosować mało inwazyjne metody. Dziś pacjenci urologiczni nie muszą przechodzić rozległych operacji i zostawać przez wiele tygodni w szpitalu. Nadal w większości oddziałów urologicznych to ok. 85 proc. dominuje klasyczna chirurgia, czyli otwarcie jamy brzusznej, ale tam, gdzie jest przeszkolony personel lekarski i odpowiedni sprzęt, wykonywane są zabiegi mało inwazyjne.

Każda operacja, w każdym rodzaju nowotworów może zostać wykonana przez „dziurkę od klucza”, czyli laparoskopowo, bez konieczności otwierania powłoki brzusznej.

Technika jest trudniejsza niż tradycyjna, ale jest bardziej precyzyjna. Zwłaszcza podczas odtwarzania ciągłości układu moczowego.

Pacjent musi tylko trafić na oddział odpowiednio wcześnie. - Gdy przyszedłem do pracy w Gorzowie, operowano tu rocznie średnio 15-16 pacjentów z rakiem prostaty w technice otwartej. Po roku udało się zwiększyć rozpoznawalność nowotworu i zaczęliśmy wykonywać operacje laparoskopowe. W pierwszym roku zrobiliśmy 67 operacji laparoskopowego wycięcia prostaty, czyli wzrost blisko czterokrotny. W tym roku na koniec maja przekroczyliśmy 50 radykalnych operacji laparoskopowych prostaty. Szacujemy więc, że przekroczymy liczbę stu operacji w ciągu roku, głównie w technice laparoskopowej.

Gorzowski oddział jest jednym z kilku miejsc w Polsce, gdzie jest wykonywana laparoskopowo cystektomia radykalna, czyli wycięcie narządów miednicy mniejszej w przypadku raka pęcherza moczowego. - To potężna operacja, radykalna. W tym miesiącu wykonaliśmy cztery cystektomie, w tym trzy laparoskopowo. Dla pacjenta to duża różnica, bo dostęp do wycięcia pęcherza wymaga otwarcia całego brzucha. Tu praktycznie robimy to z kilku tylko punktów – mówi szef oddziału.

Laparoskopia w urologii to trudna sprawa. Zwykle to nie tylko wycięcie narządów lub ich części, ale też rekonstrukcja. Chirurg musi po sobie posprzątać, coś odtworzyć, coś innego zszyć. A szycie drobnych węzełków cienką nitką w brzuchu przy pomocy 70-centymetrowych narzędzi laparoskopowych jest niezwykle trudne, wymaga wielu lat ćwiczeń, setek godzin na trenażerach, aby to opanować.

Kierujący oddziałem urologii lekarze mają za sobą lata doświadczenia. W szczecińskiej klinice, skąd się wywodzą, już 9 lat temu w ogóle zaprzestano otwartych operacji raka prostaty, wykonywano za to rocznie ponad 300 operacji laparoskopowych.

Świetny sprzęt

W Gorzowie na oddziale pracuje sześcioosobowy zespół lekarzy plus dwóch lekarzy starszych rezydentów. Gorzowska urologia jest w ekskluzywnej, niewielkiej grupie oddziałów w Polsce, które wykonują ponad 100 operacji laparoskopowych rocznie. Ale przecież urologia onkologiczna to nie wszystko. Trzy czwarte zabiegów urologicznych to endoskopia, czyli zabiegi za pomocą wzierników wprowadzanych do cewki. Pod tym względem to jeden z najlepiej wyposażonych oddziałów w kraju. - Dzięki zakupom sprzętu w ostatnich dwóch latach nie ma w zasadzie takich urządzeń endoskopowych stosowanych w urologii, których nie posiadamy. Wszystko nowe, sprawne, wysokiej klasy. To jedno z nielicznych miejsc w kraju, gdzie w ramach podstawowego kontraktu z NFZ wykonywane są zabiegi RIRS, czyli bez nacinania powłoki ciała wprowadza się przez cewkę do nerki giętki endoskop, którym można wszędzie zajrzeć i np. kruszyć i usuwać laserem kamienie oraz powierzchowne guzy – mówi dr Petrasz.

Oddział dysponuje dwoma laserami, w tym jeden jest bardzo wysokiej klasy. Jeden z nielicznych tego typu w Polsce. Sala endoskopowa jest wykorzystywana obecnie już prawie do oporu. Planowane jest więc jeszcze w tym roku otwarcie drugiej, aby skrócić czas oczekiwania i zwiększyć liczbę zabiegów endoskopowych.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.