Susza jest gigantyczna. Coraz więcej osłabionych drzew będzie umierać. By do tego nie dopuścić, zacznijmy je wszyscy podlewać już teraz - mówi Sebastian Pilichowski, dr nauk biologicznych, specjalista z Ogrodu Botanicznego.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Sebastian Pilichowski jest doktorem nauk biologicznych i pracuje na Uniwersytecie Zielonogórskim. Uczy przyrody w szkole muzycznej, prowadzi zajęcia w Ogrodzie Botanicznym. W sieci stworzył stronę „Żywa Edukacja”. Pilichowski jest współautorem inwentaryzacji zielonogórskich pomników przyrody, przeprowadził też przegląd przydrożnych drzew w mieście. Boli go, że dorodne drzewa są wycinane bez specjalistycznych ekspertyz. – Przeznaczmy na pielęgnację zieleni przynajmniej połowę pieniędzy, co na budowę dróg – mówi.

Rozmowa z Sebastianem Pilichowskim

Maja Sałwacka: Chodziłeś ostatnio po naszych lasach. Duża susza?

Sebastian Pilichowski: Tak. Lasy położone niżej mają się lepiej, np. te w okolicy Raculki i parku Braniborskiego, bo spływa do nich woda, niemniej powszechnym widokiem są niestety lasy wyschnięte na pieprz.

W maju trochę deszczu spadło, nic nie pomogło?

- To nie są duże opady, tylko raz, dwa lało porządnie. Ziemia trochę się opiła, ale to wciąż za mało. Jaką mamy suszę, pokazuje stan Odry, nie ma tej wody za dużo. Podobnie jest ze stawem w Ogrodzie Botanicznym – w 2013 r. woda potrafiła się przelewać po trawniku przy burzy, od kilku lat zaś staw nie był pełen.

Ile powinno jeszcze napadać, żeby uratować rośliny?

- To wróżenie z fusów. Najgorsze jest to, że kolejny rok nie było śniegu i wiosennych roztopów. Do tego mamy suszę fizjologiczną.

Hydrologiczną znam, ale fizjologiczna?

- Gdy roślina z przyczyn środowiskowych nie może pobierać wody, nawet gdy jest ona teoretycznie dostępna, mówimy o suszy fizjologicznej. Za przykład niech posłużą duże różnice temperatur, jakie ostatnio panowały, i niekiedy ich znaczne spadki. Mówiąc krótko, taki stan przeszkadza roślinie w pobieraniu wody. To ważne szczególnie wiosną (acz nie tylko), gdy roślina dąży do wystrzelenia pąków, ulistnienia się czy zakwitnięcia. Ponadto musi dobrze tę wodę rozdzielić. Dwa lata temu obserwowaliśmy potężne kwitnienie robinii akacjowej (błędnie i powszechnie nazywanej akacją), ale kwiaty były ubogie w nektar, bo ten też tworzy się m.in. z wody, a jej brak ogranicza zarazem fizjologicznie roślinę. Robinia musiała wybierać, w co tę wodę oddać, i wybrała to, co najważniejsze – liście. A te, nawet gdy rosną na jednym pędzie, konkurują ze sobą o wodę. Jeśli wody jest pod dostatkiem, cała roślina pięknie się zieleni. Jak jest susza, roślina przechodzi wielki stres.

Sebastian Pilichowski, biolog i propagator wiedzy o przyrodzie z synem
Sebastian Pilichowski, biolog i propagator wiedzy o przyrodzie z synem  Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.pl

Drzewa stresują się jak ludzie?

- Pod względem fizjologicznym tak. I z tego osłabienia dopadają je również łatwiej choroby czy ulegają opadaniu przez rozmaite pasożyty lub owady, definiowane jako szkodniki.

Sosny rosnące na terenach, gdzie do niedawna wody nie brakowało, przeżywają potężny stres. Trudno im poradzić sobie z nową sytuacją, stąd o wiele ciężej im obronić się przed kornikiem ostrozębnym czy jemiołą rozpierzchłą, stającą się obecnie poważnym problemem szczególnie monokultur sosnowych (lasów z dominacją sosny).

Jemioła to półpasożyt – prowadzi fotosyntezę, ale zarazem nieoszczędnie wypompowuje wodę z gospodarza. Coraz więcej osłabionych drzew będzie umierać. By do tego nie dopuścić, trzeba już teraz działać, nie czekać, aż zobaczymy suche kikuty.

Czyli podlewać? Marzy mi się, by mieszkańcy pomagali swoim drzewom na osiedlom, starówce, wychodzili do nich z wiaderkiem wody.

- W niemieckim Schenklengsfeld mieszkańcy od kilku lat podlewają lipę uważaną za najstarsze drzewo w kraju (uważa się, że może mieć nawet 1200 lat). Robią to wspólnie, co nie tylko służy drzewu, ale i zacieśnianiu więzi społecznych. My także moglibyśmy to robić. Niestety, pozostanie problem lasów, bo przecież tam drzew nikt konewką nie podleje.

Na początek powinniśmy zadbać o młode drzewa?

- O wszystkie. Podlewać nie tylko w czasie upałów i suszy, ale nawet zimą, bo te spadki wody są gigantyczne, a panujące temperatury pozwalają na pomaganie drzewom – oczywiście są co do tego zasady. Roślina jest zimą uśpiona, ale żyje, zbyt duże przesuszenie gruntów może powodować, że nie zostaną spełnione warunki do przetrwania. Na przedwiośniu rośliny pompują wodę jak szalone, gdy jej zabraknie, nie wybudzą się silne.

W naszym regionie wydłużył się okres wegetacji, mamy łagodne jesienie, przedwiośnia, ale niestety zimy przestały być śnieżne, a przez to rośliny nie dostają potrzebnej wody na starcie, nie ma marcowych roztopów.

Jak bardzo zmienił się klimat?

- Podam przykład. W Ogrodzie Botanicznym mamy franklinię amerykańską, krzew lub niskie drzewo. Gatunek ten nie występuje od ponad 200 lat na stanowiskach naturalnych, a przetrwał jedynie dzięki uprawie w ogrodach botanicznych i w kolekcjach. Nasza franklinia nie mogła nigdy zakwitnąć, brakowało jej czasu lub przychodziły typowo jesienne przymrozki, przez co pąki odpadały. Za późna wiosna i za szybka jesień, ale… od dwóch lat drzewo pięknie kwitnie i potrafi do końca października prezentować kwiaty! Oczywiście w ogrodzie nie brakuje jej wody, bo jest podlewana. Październiki kiedyś były bardziej kapryśne, a teraz wiele roślin kontynuuje jesienią kwitnienie. Klimat łagodnieje. Od dwóch lat nie mamy zimy i brakuje opadów. A przez to musimy podlewać więcej.

Najlepiej wodą z deszczu? Na osiedlach powinny stanąć zbiorniki z deszczówką zebraną z dachów?

- Koniecznie trzeba inwestować w niebieską infrastrukturę, zbierać deszczówkę, zwłaszcza z opadów nawalnych. To głupota wpuszczać ją wyłącznie w kanał. Możemy budować zbiorniki podziemne lub powierzchniowe – wszystko zależy od miejsca, możliwości i przeznaczenia wody. Miasto powinno wykonać plany adaptacji dzielnic do zmian klimatycznych, które nadeszły. Niestety, nie do każdego to dociera. Wspomnicie moje słowa, gdy na osiedlach zaczną umierać drzewa.

Wiedeń zrywa asfalt i beton w centrum miasta, żeby zasadzić drzewa i stworzyć park. Tak Austria walczy z tzw. wyspami ciepła, czyli miejscami, które w czasie upałów rozgrzewają się do wysokiej temperatury, czasami o 20 stopni większej niż temperatura w parku. Gdzie w Zielonej Górze zdarłbyś beton?

- Za absolutnie niewykorzystaną okazję do wprowadzenia choćby drobnych zmian uważam tzw. rewitalizację placu Powstańców Wielkopolskich, gdzie kostkę granitową zdarto całkowicie, by zastąpić... nowym granitem. Był to rok wyborczy, może dlatego zabrakło czasu na refleksję, ale jako stowarzyszenie Ruch Miejski Zielona Góra pisaliśmy pisma do urzędu, w których prosiliśmy o interwencję w sprawie podciętych czy przysypanych cementem korzeni drzew. Wnioskowaliśmy też o powiększenie kratownic wokół pni, ale niestety do tego nie doszło. A szkoda, bo po latach klony i kasztanowce mogły uzyskać lepsze warunki. Zapominamy bowiem, że nie tylko woda, ale i powietrze jest potrzebne korzeniom. Wtedy też dużą dyskusję wywołała nasza prosta wizualizacja placu z naniesionymi licznymi krzewami, m.in. różaneczników. Było tylu zwolenników, co przeciwników. Boleję zarazem nad drzewami ściętymi przy „rewitalizacji” placu Teatralnego. Znałem te drzewa od dziecka. Łatwo się ich pozbywamy z centrum miasta, ale jakoś trudniej dosadza. W miejsce ściętego dębu obok sądu zrobiono parking, ale czy nie było możliwe posadzenie tam lub w bliskiej okolicy nowego dębu w zamian? Przy remoncie ulicy Bohaterów Westerplatte usunięto niemal wszystkie drzewa, co jest absolutnym szokiem o randze ponadregionalnej. Mówimy tu o wydarzeniach na przestrzeni ostatnich trzech lat.

Sebastian Pilichowski, biolog i propagator wiedzy o przyrodzie z synem
Sebastian Pilichowski, biolog i propagator wiedzy o przyrodzie z synem  Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.pl

Miasto nie chroni miejsc cennych hydrologicznie. Na strefie ekonomicznej wycięto las łęgowy.

- To była bardzo zła decyzja. To było leśne siedlisko o podmokłym charakterze, a zatem bezcenne przyrodniczo i jako tzw. rezerwuar słodkiej wody w mieście. Miejsca takie są strategiczne ze względu na suszę i nie na darmo co roku przypomina o tym Dzień Mokradeł (2 lutego – na cześć konwencji ramsarskiej z 1971). Uważam za nieodpowiedzialne budowy wielkich hal i sklepów, którym towarzyszą zazwyczaj ogromne parkingi wzmagające plagę miasta – spływ powierzchniowy wody, bez rozwiązań opartych na niebieskiej infrastrukturze. Sądzę, że standardem powinny być, jeśli nie wymogi, to choćby i dotacje lub dodatkowe preferencje dla firm podejmujących się szeroko pojętej kompensacji strat środowiskowych. Łatwo przychodzi samorządom oferowanie ulg podatkowych, preferencyjnych pożyczek czy uzbrojonych działek inwestycyjnych. Panuje krótkowzroczność, gdzie przyroda zepchnięta jest do roli swoistego niewolnika. A przecież tu chodzi również o nasze bezpieczeństwo, nie tylko ochronę siedlisk i bioróżnorodności. Przez taką politykę sami siebie wykańczamy. Refleksje przyjdą, może ciche, ale spóźnione.

Co powinniśmy robić z tą wodą?

- Gromadzić. Mogłaby spływać do zbiorników, z których korzystałyby np. ptaki, płazy. Woda wpływałaby pozytywnie na mikroklimat osiedli. Również mogłyby być to zbiorniki, które powoli się przesączają, nawadniając pobliskie lasy, zdegradowane nieużytki itd. Wszystko zależy od możliwości i charakterystyki danego fragmentu miasta. Część wody musi zarazem przepłukiwać kanalizację, umożliwiać pracę urządzeń stacji oczyszczania itd. To wymaga wielopoziomowego i zindywidualizowanego podejścia.

Musimy jedną rzecz pojąć – zasypać, zaorać i wybudować – to standardy XIX w. Jeśli ktoś myśli nowocześnie, musi iść na kompromisy. Nie stać nas, by do przyrody podchodzić zero-jedynkowo.

Co robić?

- Słuchać specjalistów, nie tylko geologów, ale także zoologów, ekologów (sensu stricto), botaników i hydrologów, jak niwelować skutki urbanizacji. W mieście są niestety złe przykłady.

Obok źródeł Gęśnika rozbudowuje się os. Mazurskie. Swojego czasu Zielonogórskie Towarzystwo Upiększania Miasta występowało o ochronę tego obszaru. To tereny wybitnie cenne, niesamowite, że wewnątrz miasta wojewódzkiego mamy JESZCZE takie siedliska – bogate w wodę, bioróżnorodne. Trzeba takie enklawy chronić. Tym bardziej że obok os. Pomorskie i Śląskie zbudowano na terenach podmokłych, czego dziś nie widać. To, że urbanizacja wlewa się do lasów, jest chyba przy obecnej polityce nieuniknione, ale nie można przy tym niszczyć miejsc przyrodniczo cennych. Tak stało się z podmokłą łąką z krajowymi i chronionymi prawem storczykami za os. Pomorskim. Nie żyjemy w USA, by mówić „moja ziemia, moje prawo”. Ustawa o ochronie przyrody nie jest ustawą mniej ważną niż ta o prawie budowlanym. No to się pytam, gdzie są te storczyki? Jaka placówka je zabezpieczyła, przesadziła? Żadna. Kto o to wnioskował? A przecież od lat było wiadomo, że tam storczyki występują. Egzekucja i respektowanie prawa ochrony przyrody nie istnieje.

Niezwykle łatwo przychodzi nam degradowanie miejsc bogatych w wodę. A przecież ani Zielona Góra, ani Polska nie mają tego luksusu, by uważać się za mokrą krainę. Sosna, która rośnie w naszych lasach, to często wybór z konieczności. Na piaszczystych, suchych i ubogich glebach niewiele urośnie.

Rok temu w przełomowym wywiadzie „Wyborczej” prof. Grzegorz Gabryś, ostrzegał, że za dwa, trzy lata zabraknie nam wody w kranach. Lubuskie stepowieje.

– Dlatego strasznie się wściekam, że są pieniądze na obwodnice przez cenny przyrodniczo Las Piastowski, ale nikt nie chce zapłacić za porządne opracowanie miejsc przyrodniczo cennych w nowych granicach miasta, tak by znaleźć miejsca pozbawione konfliktu rozbudowy na wielu płaszczyznach (od kultury, historii po przyrodę). Inna kwestia, czy my potrzebujemy takiej rozbudowy? Uważam, że nie. Jesteśmy społeczeństwem starzejącym się, myślmy raczej o tym, jak uatrakcyjnić rynek wtórny i poprawić urbanistyczne błędy przeszłości.

Wracając do fuzji miasta z wsiami. W Starym Kisielinie za szkołą rosła piękna, stara poniemiecka, potężna jabłoń. Dawała cudowne owoce. Ale gdy miasto przejęło tereny, jabłoń wycięto. Przygotowano działki na sprzedaż, równając teren, nie pomyślano o ochronie – w mojej opinii – najznamienitszej jabłoni w Wielkiej Zielonej Górze.

I właśnie tak miasto się rozlewa, stare wsie tracą swój charakter, zielone enklawy znikają. Nowe domy powstają w siedliskach cennych lub na ostatnich stanowiskach gatunków cennych. Żeby coś ocalić, np. starą aleję drzew w Suchej, trzeba było ją wpisać ją do rejestru zabytków. Podobnie z ostatnim historycznym szpalerem morw (przy ulicy Amelii). Miasto źle postrzega rozwój. Nie są nim budynki i asfalt, a właśnie niebieska infrastruktura, utrzymanie bioróżnorodności i przy tym nowe inwestycje. Taki rozwój można śmiało nazwać postępem. Krótkowzroczne zalewanie miasta betonem i asfaltem oraz unikanie tematu kompleksowego planu zagospodarowania dla całego miasta to może i rozwój. Z pewnością rozwój samozagłady.

Jak uratować przyrodę dla naszych dzieci?

Odtwarzać istniejące w przeszłości zbiorniki, kanały, części cieków pozwolić renaturalizować się. Takie miejsca wskazuje wielu starszych osób. Mówią: „tu było oczko, a tu strumyk”. W niektórych miejscach nie pogłębiać rowów, w innych owszem, wszystko zależy od miejsca. Każda okolica potrzebuje indywidualnego rozwiązania.

Na tapecie jest ostatnio remont kąpieliska w Ochli, ale ciężko znaleźć chętnych do refleksji nad z roku na rok słabnącymi źródłami Pustelnika. A tak się składa, że przynajmniej w części urok Wzgórz Piastowskich, kąpieliska, Dzikiej Ochli czy fragmentu os. Kwiatowego zależy właśnie od Pustelnika.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej