Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Mieszkańcy województwa lubuskiego jeszcze w ogromnej większości nie przechorowali tego wirusa. Jeśli obecnie liczba zachorowań wynosi ok. 100 potwierdzonych przypadków, to liczba faktycznych zakażeń może być kilkakrotnie większa. Mówimy więc o 400–500 osobach, które prawdopodobnie przechorowały – twierdzi dr n. med. Tomasz Ozorowski, przewodniczący zespołu ds. antybiotykoterapii w gorzowskim szpitalu i konsultant wojewódzki ds. mikrobiologii lekarskiej dla województwa wielkopolskiego. Dlatego uważa, że problem jest dopiero przed nami. Kiedy nastąpi wzrost zachorowań, nie można jednak przewidzieć.

Jeśli rozprzestrzenianie koronawirusa nie jest zależne od pogody (wiele na to wskazuje), to znoszenie ograniczeń w życiu społecznym i gospodarce będzie skutkowało zwiększeniem liczby zachorowań. Jeśli zakażenia są uzależnione od pogody, podobnie jak jest to z wirusem grypy, to wzrost zachorowań pewnie nastąpi w okresie jesienno-zimowym.

Nasuwa się więc pytanie, czy przy tylu niewiadomych nie poluzowaliśmy za wcześnie. Coraz więcej osób na ulicach, otwierane placówki publiczne, instytucje kultury. A wielu mieszkańców nie nosi maseczek i nie zachowuje dystansu.

– Musimy rozluźnić wszystkie obostrzenia, aby ratować życie społeczne i gospodarkę. Ten moment musi nastąpić i być może to jest właściwy czas. Ale trzeba sobie zdawać sprawę, że skutkiem będzie wzrost zachorowań – mówi dr Ozorowski.

Uważa, że niezależnie od przyjętej strategii – czy to polski model totalnego przyblokowania, czy model szwedzki prawie pełnego luzu z ochroną tylko osób podatnych – bilans będzie zapewne bardzo zbliżony. Prawie wszyscy, czyli ok. 80 proc społeczeństwa, w którymś momencie musimy przechorować COVID-19. – Model szwedzki natomiast był głęboko przemyślany. Opierał się na bardzo rzetelnych symulacjach epidemiologicznych zespołu szwedzkich ekspertów. Decydujący głos w sprawie strategii postępowania należał do epidemiologów tego kraju. W wielu innych krajach europejskich decydujący głos należał do polityków. Kierowali się obawą przed dużą liczbą zachorowań i odbiorem społecznym braku stanowczej reakcji. Decyzje zapewne były więc dyktowane politycznie – zauważa dr Ozorowski.

Wiele pytań

W Polsce liczba zachorowań jest dość zróżnicowana regionalnie. W Lubuskiem jest najniższa, choć wydawało się, że bliskość granicy sprzyja zakażeniom. Doktor Ozorowski tłumaczy to tym, że dotąd większość spektakularnych zachorowań w Polsce miała charakter skupiskowy. Dotyczyła np. zakładów opieki leczniczej, DPS-ów, a na Śląsku np. kopalni. Jeśli w jakimś regionie jest dużo tego rodzaju skupisk, to mają wpływ na statystyki. Skoro w innym regionie jak w Lubuskiem zachorowań jest mało, oznacza to, że się skutecznie przyblokowaliśmy. Gdzie indziej to się nie udało. Natomiast ekspert znów przypomina: jeśli infekcje tym wirusem nie są sezonowe, to musi być wzrost zachorowań w miarę przywracania życia społecznego. Tak naprawdę mikrobiolodzy i epidemiolodzy nie znają jeszcze odpowiedzi na kluczowe pytania. Na przykład o sezonowość, co mogłoby pomóc w ustaleniu strategii postępowania na najbliższe miesiące. Nie wiemy, kiedy będzie szczepionka, czy jej stworzenie będzie tak łatwe jak w przypadku grypy i czy będzie ona skuteczna. Podobnie nie wiadomo, kiedy będą skuteczne leki. Co więc wiadomo o wirusie?

– Wirus jest bardzo trudny do rozpracowania. Wiemy, jakimi drogami się przenosi, gdzie są rezerwuary tego wirusa. Wiemy też, że przyblokowanie społeczeństwa przynosi efekty, wiemy, jak go diagnozować – mówi dr Ozorowski.

A są dwa rodzaje badań diagnostycznych. Przede wszystkim badania genetyczne na materiale pobranym z dróg oddechowych, jednocześnie z nosa i gardła. Stwierdzają obecność koronawirusa w organizmie. Wynik dodatni pokazuje, że mamy aktywne zakażenie i jesteśmy źródłem zakażenia dla innych. Natomiast badania serologiczne to badania na obecność przeciwciał w krwi. Mogłyby odpowiedzieć na pytanie, czy chorowaliśmy i przynajmniej przez jakiś czas jesteśmy odporni na zakażenie, ale testy serologiczne nie są jeszcze na tyle precyzyjne. Może za kilka miesięcy będziemy mogli dokładniej testować, czy zyskaliśmy faktycznie odporność.

Opadną maski?

Skoro tyle jest niewiadomych i ciągle czekamy na skuteczne szczepionki oraz leki, to powrót do „normalnego” życia nie nastąpi prędko. – Zależy, co rozumiemy przez normalność. Dla jednego to przywrócenie imprez masowych, a dla innych np. możliwość spotkania z rodzicami.

Moim zdaniem to normalne życie, jakie prowadziliśmy jeszcze przed pandemią, nie powróci do końca roku. I nie wiem, kiedy tak naprawdę powróci. Powinniśmy jednak pewne aspekty życia gospodarczego poluzować. Nie da się przecież tak długo wytrzymać.

Siłą rzeczy będziemy się więc teraz zbliżać do modelu szwedzkiego. Musimy się nauczyć żyć z koronawirusem. Będzie nam łatwiej, jeśli uświadomimy sobie dwie sprawy: ogromna większość z nas, pewnie ponad 80 proc., przechoruje zakażenie. I ogromna większość nie będzie nawet tego świadoma. Te dwa fakty zdecydowanie ułatwiają zaadaptowanie się do nowej rzeczywistości. Natomiast jak długo tylko się da, powinniśmy chronić osoby podatne na ciężki przebieg zakażenia: naszych rodziców, dziadków, osoby powyżej 60. roku życia, z przewlekłymi chorobami układu krążenia i układu oddechowego – tłumaczy dr Tomasz Ozorowski.

Póki co musimy zachowywać podstawowe rygory bezpieczeństwa: dystans co najmniej dwóch metrów i higienę rąk. A maseczki? – Zdania są podzielone i ja też nie jestem przekonany, czy są skuteczne. Takie są jednak przepisy i powinniśmy się do nich stosować – dodaje.

New Delhi i SARS

Wirus i bakteria różnią się właściwie wszystkim: wielkością, mechanizmem rozmnażania itd. Mikrobiolodzy zajmują się i jednym, i drugim. Dla lekarzy ważne jest to, że na bakterie działają antybiotyki, na wirusy już nie. W laboratoriach mikrobiologicznych, jak w tym w gorzowskim szpitalu, badane są próbki pobrane od pacjentów. Trzeba zidentyfikować wirusa lub bakterię powodujące zakażenie. Jeśli to bakteria, to trzeba ocenić, na jakie antybiotyki jest wrażliwa, aby lekarz mógł zastosować tzw. celowaną antybiotykoterapię.

A co jest groźniejsze: bakteria czy wirus? To źle postawione pytanie. – Teraz dla nas najgroźniejszy jest nowy koronawirus. Do czasu pandemii wydawało się, że nasz główny problem jest z bakteriami skrajnie odpornymi na antybiotyki, jak np. Klebsiella pneumoniae New Delhi. Teraz mamy więc dwa problemy – mówi dr Ozorowski. Przykład lubuskich szpitali pokazuje, że słuchając mikrobiologów i wdrażając odpowiednie procedury, można zapobiec zakażeniom. – Kilka lat temu w chwili rozprzestrzeniania epidemicznego bakterii New Delhi udało się uchronić nasze szpitale w Lubuskiem dzięki koordynacji działań między szpitalami i współpracy z sanepidem. To wielki sukces na skalę ogólnopolską, a wręcz światową – mówi.

Na co dzień jednak sytuacja w polskiej służbie zdrowia utrudnia całkowite zabezpieczenie szpitali przed powikłaniami infekcyjnymi podczas hospitalizacji, takimi jak zakażenia rany, krwi czy zapalenie płuc. Ciągle zdarzają się one u ok. 5 proc. pacjentów. Tak samo trudne jest więc odpowiednie przygotowanie szpitali w obecnej sytuacji. – Przecież włoska, hiszpańska czy brytyjska służba zdrowia stały na wyższym poziomie niż polska. A wszędzie są niedociągnięcia, braki respiratorów, środków ochrony. Wiemy, z jakimi problemami borykała się już przedtem polska służba zdrowia: niedofinansowaniem, brakiem personelu. A teraz przyszło ją przygotować do pandemii COVID-19. Szpital w Gorzowie postawił na diagnostykę, wprowadzając bardzo precyzyjne narzędzia identyfikacji zakażeń powodowanych przez SARS-CoV-2 – podsumowuje dr Ozorowski.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.