Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

20 kwietnia 2000 r. Czwartek. Dokładnie 20 lat temu. Gdy Mostostal Kędzierzyn-Koźle zdobył 25. punkt w trzecim secie, trybuny na chwilę zamarły. Nikt jednak nie wychodził, a za sekundę znów w hali przy Czereśniowej zapanowała ogromna wrzawa. Fani ściskali się, dumni ze swojej drużyny, strzelały szampany. Potem dekoracja i przez wielu niewypowiedziane marzenia o złocie. O co może grać wicemistrz Polski jak nie o złoto? Niestety to się nigdy nie spełniło, bo gorzowski siatkarski gigant nie wykorzystał swojej wielkiej szansy i szybko przemienił się w medalowy team stojący niestety na glinianych nogach.

W drodze na podium

Ten piękny czteroletni sen zaczął się jesienią 1996 r. Wtedy graliśmy jeszcze na zapleczu ekstraklasy, ale mieliśmy wspaniałą młodzież, a z kraju udało się ściągnąć klasowych wychowanków. Wielu mówiło, że to już był skład na medal w elicie. Rewelacyjnie pokazaliśmy się w Pucharze Polski. Kibice w Radomiu od pierwszej piłki w półfinałowym meczu trzymali mocno kciuki za jedynego przedstawiciela serii B, a stilonowcy odwdzięczali się wielką grą. Najpierw pokonali naszpikowany kadrowiczami AZS Częstochowa 3:2, a w finale rozbili równie mocny Mostostal 3:0. Do historii przeszedł trzeci set decydującego pojedynku. Wygraliśmy w nim 15:0! To były jeszcze czasy starych zasad punktowania, które za chwilę zastąpił system 25-pkt partii - zdobycz za każdą udaną akcję, a nie jak wcześniej tylko przy swoim serwisie - obowiązujący do dziś. Wszystko zaczęło się od wygranych z Częstochową i Kędzierzynem. Nikt wtedy nie przypuszczał, że także ostatnie chwile naszego szczęścia będą związane z tymi klubami.

Po awansie, w sezonie 1997/98 szliśmy jak burza. Długo przewodziliśmy w ekstraklasie, byli tacy, którzy już wietrzyli sensację i przyznawali Stilonowi złoto. Skończyło się na szóstej pozycji i na wielkich nadziejach na przyszłość. Kolejne sukcesy musiały przyjść. W 1999 r. drużyna ciągle prowadzona przez trenera Waldemara Wspaniałego, po kilku dramatycznych spotkaniach wspięła się na najniższy stopień podium! Na koniec wspaniałej gorzowsko-szczecińskiej rywalizacji - jeden z setów 40:38 dla Morza, a ostatecznie zwycięstwo Stilonu w serii 3-1 w czterech fantastycznych pojedynkach - było „Sto lat!” i długo niekończąca się feta. Mamy medal! I dalej straszny apetyt na wygrywanie.

Cud pod Jasną Górą

Po brązowym sezonie trener Wspaniały odszedł do Mostostalu. Zastąpił go Andrzej Kaczmarek. Faza zasadnicza to nie był nasz popis. Czwarte miejsce i w półfinale przewaga własnego boiska dla częstochowian. Dziś już wiemy, że tamto piąte spotkanie, do tej pory największe wydarzenie w gorzowskiej siatkówce, musiało odbyć się pod Jasną Górą. Tylko tam mogły się dziać takie cuda.

Pierwsze dwa spotkania w Częstochowie na remis, podobnie w Gorzowie - najpierw dramatyczne 3:2 dla Stilonu, a później 0:3. - Pamiętam, że w końcówce sezonu goniliśmy resztkami sił - opowiadał nasz środkowy Maciej Kowalczuk, który przeniósł się do Gorzowa z Olsztyna, do dziś tutaj mieszka i pracuje. - Jednego dnia graliśmy wieczorem, następnego rano. Zabrakło nam paru godzin więcej na odpoczynek i jednego wygranego seta, który dodałby skrzydeł. Nie rezygnowaliśmy, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że zwycięstwo w piątej grze na wyjeździe to byłaby niespodzianka.

Pamiętny, wielki mecz Stilonu w Częstochowie, po zwycięstwie 3:2 gorzowianie awansowali do finału mistrzostw Polski. Atakuje Sebastian ŚwiderskiPamiętny, wielki mecz Stilonu w Częstochowie, po zwycięstwie 3:2 gorzowianie awansowali do finału mistrzostw Polski. Atakuje Sebastian Świderski Fot. GRZEGORZ SKOWRONEK /AGENCJA GAZETA

Na gorzowian stawiał Sławomir Gerymski, który tak jak Kowalczuk (też przez chwilę w roli trenera), był jednym z wielu próbujących w następnych latach bezskutecznie wyprowadzić siatkówkę w naszym mieście, występującą już pod nazwą GTPS, na lepszą drogę.

W 2000 r. Gerymski był gwiazdą Mostostalu, który już czekał w finale na zwycięzcę pary Stilon - Galaxia (tak wtedy nazywała się częstochowska ekipa). Czemu „Gerym” obstawał przy naszych? Bo uważał, że właśnie w jednym meczu Stilon rzuci na szalę wszystko i może pokonać każdego.

O tym spotkaniu w Gorzowie opowiadają do dziś. „Po wygranej na początek 29:27 nasi już wierzyli do ostatniej piłki. Ograni w europejskich pucharach gospodarze, którzy byli faworytami, tym razem trafili na ludzi zdeterminowanych, na ludzi, którzy mówiąc przysłowiowo - grali o życie. Nie złamały ich porażki w dwóch kolejnych setach, w których Stilon właściwie nie istniał. Mało kto poza naszymi zawodnikami wierzył wtedy, że po następnych dwóch partiach znajdziemy się w raju” - relacjonował nieżyjący już niestety dziennikarz „Wyborczej” Grzegorz Tarasko.

W piątym secie wygrywaliśmy, potem Częstochowa miała meczbola. Wreszcie przy stanie 16:15 dla Stilonu Maciej Kowalczuk i rozgrywający Jerzy Zwierko zablokowali Przemysława Michalczyka.

Trzeba było słyszeć, co wyrabiał w tym momencie komentujący to spotkanie dla Radia Zachód Ryszard Rachlewicz. - Przyznam szczerze, że w 60 procentach jechałem do Częstochowy z obowiązku - opowiadał radiowy dziennikarz „Wyborczej”. - Resztę stanowiła cicha wiara w podopiecznych Andrzeja Kaczmarka. Po drugim i trzecim secie byłem załamany postawą gorzowskich siatkarzy. Po ostatniej piłce po prostu odjęło mi mowę. W historii komentowałem wiele emocjonujących spotkań. Ale ten mecz zapamiętam już do końca. Choćby z tego względu, że gorzowianie po raz pierwszy w historii awansowali do finału mistrzostw Polski.

Złoto zabrał Wspaniały

Finałową serię z Mostostalem Kędzierzyn-Koźle przegraliśmy 1-3. Znów mieliśmy szansę być zespołem jednego, wielkiego meczu, który być może odwróciłby losy rywalizacji. W drugim spotkaniu na wyjeździe prowadziliśmy w tie-breaku 12:9.

- Po morderczym sezonie, w którym Sebastian Świderski czy Karol Hachuła dali z siebie więcej niż mogli, z perspektywy czasu sądzę, że zrobiliśmy maksa - stwierdził trener Andrzej Kaczmarek. - Trudno było przejmować zespół, który właśnie zdobywał brązowy medal. Bardzo pomógł mi Waldek Wspaniały. Przedstawił zawodnikom. Od tego momentu marzyłem, aby zmiany szkoleniowców zawsze odbywały się w taki sposób. Gdy wyjeżdżał z Gorzowa, życzyliśmy sobie finału z udziałem Stilonu i Mostostalu. To marzenie się spełniło.

Wspaniały, tak jak kilku innych, pokochał Gorzów: - To dla mnie magiczne miasto, które do końca życia pozostanie w moim sercu. Zaczynałem od spadku do serii B, ale potem przez pięć lat przebyliśmy drogę aż do brązowego medalu. To dzieło wieńczył srebrem Andrzej Kaczmarek.

Kibice głośno fetowali każdego srebrnego medalistę: Zdzisław Olejnik, Sebastian Świderski, Jarosław Wojczuk, Maciej Kowalczuk, Jerzy Zwierko, Karol Hachuła, Marcin Kobiałko, Krzysztof Kocik, Paweł i Radosław Maciejewiczowie, Łukasz Kruk, Michał Ozimiński. Brąz zdobywali jeszcze Wiktor Sidelnikow i Oktawian Krzyżanowski. - Zrobiliśmy to dla całego Gorzowa, miasta żużla i siatkówki - krzyczał Sebastian Świderski. - Wszyscy wspólnie zasłużyliśmy na to święto.

Wicemistrz nie może spaść

...tak myśleli zawodnicy, kibice, działacze. Udowodniliśmy zupełnie coś innego. Gorzowski klub błyskawicznie stoczył się po równi pochyłej. Już w 2001 r. przegrał ze Skrą Bełchatów baraże o ekstraklasę. Do dziś mówi się, że zmarnowaliśmy tamten tłusty czas przede wszystkim marketingowo. Nie potrafiliśmy wokół drużyny odnoszącej wielkie sukcesy stworzyć profesjonalnego przedsiębiorstwa z grupą stabilnych sponsorów. Siatkarze szybko podzielili los wcześniej grających pod nazwą Stilon koszykarek. Jeszcze na chwilę awansowali do ekstraklasy, ale to była tylko radość przez łzy. W biedzie, beznadziei, bez perspektyw na rychłą, lepszą przyszłość, śledziliśmy losy kolejnych drużyn, które oparte głównie na graczach z zewnątrz nie miały szans zagrać o wyższe cele, bo odbijały się od ściany organizacyjnej. A ekstraklasę mamy dziś piękną. Profesjonalną, z telewizją, światowej klasy zawodnikami. Bez Gorzowa.

Wrócił nawet do nas na chwilę Waldemar Wspaniały. Robił co mógł, sam chodził po sponsorach. Nie wierzył, że nikt nie chce wrócić do tych pięknych chwil z 2000 r. W końcu stwierdził: - To jakieś fatum. Jakby sportowe życie nie chciało niektórym darować tego, co zmarnowali, gdy było tak pięknie.

Dziś w całym województwie lubuskim nie ma zespołu siatkarskiego nawet na zapleczu męskiej ekstraklasy. Być może dostanie się tam Olimpia Sulęcin, po skróconym, drugoligowym sezonie.

Siatkarski Gorzów? Marzeniem jest powrót na trzeci poziom rozgrywkowy. Na coś więcej nie widać żadnego światełka w tunelu. Zresztą prawie cały nasz sport w czasie epidemii koronawirusa, który przez lata nie doczekał się porządnych, nowoczesnych obiektów do budowania silnych marek, teraz niestety może jeszcze stracić na wartości. Przykre to strasznie. A słowa trenera Wspaniałego w punkt: jakby sportowe życie nie chciało miastu darować tego, co zmarnowało...

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.