Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W piątek 27 marca skończył się swobodny ruch pracowników na polsko-niemieckim pograniczu. Do tej pory nie dotyczyły ich restrykcje na przejściach granicznych. Mogli jeździć z Polski do pracy za Odrą i bez przeszkód wracać, omijając sanitarne obostrzenia. Wystarczyły przepustki i zaświadczenia pracodawców.

Od piątku w związku z epidemią koronawirusa Polska uszczelniła granicę. Polski pracownik ma do wyboru: zostać w Niemczech lub iść na przymusową kwarantannę zaraz po przekroczeniu granicy. Jak wyliczył portal Deutsche Welle, nowe regulacje dotknęły ponad 25 tys. Polaków, którzy regularnie dojeżdżali do pracy w Brandenburgii i Berlinie. Najbardziej według niemieckich pracodawców ucierpi rolnictwo i sektor ochrony zdrowia.

- Z wiosennej diety Niemców wkrótce znikną szparagi - słychać żarty w miastach na lubuskim pograniczu polsko-niemieckim.

Decyzje polskich władz skrytykował Andreas Scheuer, niemiecki minister transportu, cytowany przez Deutsche Welle. - To jest dość zaskakujące i na pewno nie jest zorientowane na rozwiązanie problemów - mówił.

60 euro piechotą nie chodzi

Niemieckie landy chcą zatrzymać za wszelką cenę pracowników ze Słubic, Sulęcina czy Krosna Odrzańskiego. Tysiące pracują m.in w gigantycznych magazynach i centrach logistycznych na przedmieściach Berlina, w marketach, hotelach, domach opieki i szpitalach.

Władze Brandenburgii proponują Polakom ekstra 65 euro za dzień, jeśli zostaną w Niemczech. W Saksonii stawki są niższe - 40 euro za dzień.

- Na moje oko jednak nasi mieszkańcy częściej wracają, ryzykując utratę pracy w Niemczech. Wygrywają względy rodzinne. Bo trzeba pomóc, zaopiekować się dziećmi i dziadkami, być jednak razem w tych ciężkich chwilach - mówi Leszek Bajon, starosta słubicki. - Najczęściej zostaje za Odrą personel medyczny ze szpitali, bo to jednak specyficzna praca, służba. Problemu nie mają ci, którzy mogą pracować zdalnie z domów. Informatycy czy logistycy dalej działają dla niemieckich firm, tyle że z domu w Słubicach.

W zakładach w Guben nad Nysą Łużycką pracuje kilkuset mieszkańców Gubina. Zarabiają m.in. w fabryce materaców i pianek do mebli, zakładach piekarniczych czy produkcji tekstyliów.

- Z początku wyglądało, że większość wróci, teraz już nie jest to takie pewne. Za Nysą jest sporo pustych mieszkań, firmy oferują pokoje gościnne. No i ten bonus 40-60 euro. To całkiem atrakcyjne pieniądze dla naszych mieszkańców. Taka kasa ulicą nie chodzi - mówi Bartłomiej Bartczak, burmistrz Gubina.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.