Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dariusz Barański: Ile miał pan lat, kiedy powstawały samorządy.

Jacek Wójcicki: Dziewięć. Chyba druga klasa, szedłem wtedy do pierwszej komunii.

Wiedział Pan wtedy, co to samorząd i jak działa?

No skąd!

Ale z pewnością wiedział pan, w jakiej gminie mieszka i kto w niej rządzi.

O, tak. Mniej więcej wtedy gdy powstawały samorządy, może rok wcześniej, mieliśmy pasowanie na mieszkańca gminy Deszczno. Ówczesny naczelnik gminy pan Czesław Juszczyk przyjmował nas w poczet mieszkańców gminy. Pasował - o ile dobrze pamiętam - jakimś wielkim kluczem.

I - co ciekawe - ja go potem zmieniałem na stanowisku wójta!

Długo się na nim utrzymał

Był naczelnikiem gminy, potem wójtem przez 25 lat. Można powiedzieć, że przez całe moje dotychczasowe życie. Spokojny, niekonfliktowy człowiek. Choć też wtedy trochę inaczej wyglądało rządzenie gminą.

Początki samorządów to był trudny czas. Wiele lat później nieraz była okazja rozmawiać z twórcami tej ustawy, prof. Regulskim, Michałem Kuleszą czy Jerzym Stępniem. Oni wzorowali się na istniejących w różnych krajach rozwiązaniach, ale tak naprawdę był to wielki eksperyment. Nikt nie wiedział, jak w Polsce stworzyć samorząd, wpoić samorządność. Nie chodziło tylko o prawo, przepisy, ale sprawienie, żeby mieszkańcy tę ideę zrozumieli, przyjęli i doświadczyli, że mają wpływ na rozwój swojej gminy, miasta, społeczności.

Udał się ten eksperyment?

Z perspektywy tych 30 lat uważam, że samorząd jest najbardziej udaną reformą. Jest trochę samoleczący się. Dlatego że podlega wyborom powszechnym, to mieszkańcy decydują o wyborze radnych, burmistrza, wójta czy prezydenta miasta. Ten organizm musi sam o siebie zawalczyć.

Jeśli nie będzie leczył swoich chorób, nie będzie się udoskonalał, to w pewnym momencie mieszkańcy powiedzą mu „nie”.

I ja nie znam żadnej gminy, w której ktoś z premedytacją robiłby coś na jej szkodę. Ok, zdarzają się sytuacje, w których ktoś pobłądził.

Na przykład?

Ratował np. gminę kredytami w parabankach. To oczywiście mało racjonalne, ale może nie miał przy sobie kogoś, kto by mu spojrzał na finanse i pomógł podjąć racjonalne decyzje.

Grunt to dobry skarbnik w samorządzie?

Dokładnie, skarbnik to podstawa. Są w gminie strażnikami budżetu, ale też dyscypliny finansowej. Ale jak mówię: na kilka tysięcy gmin w Polsce, na trzy dziesięciolecia, to były marginalne przypadki. Raz na dekadę w jakiejś gminie zdarzy się, że ktoś nabrał kredytów, pobłądził, zwykle nie ze złej woli. A czasami powody są obiektywne, np. szpital z długami.

Supermiasta
CZYTAJ WIĘCEJ

Samorząd jest więc taką genialną konstrukcją, która ma wpisane w geny samodoskonalenie. A mieszkańcy są tym motorem, który go napędza. To oni wyznaczają trendy. Zmieniają się czasy, mieszkańcy chcą nowych rzeczy. A dobry wójt, burmistrz czy prezydent powinien być choćby pół kroku przed nimi albo iść na równo z tymi oczekiwaniami. Niedobrze jest się spóźniać.

Jeśli odpowiadamy na oczekiwania mieszkańców, to miasto się fajnie rozwija.

Jak pan zapamiętał Gorzów z tamtych lat początków samorządu?

Dla mnie to był czas dzieciństwa. W związku z tym piękny i kolorowy. Pamiętam jak z rodzicami przychodziliśmy do Okrąglaka na desery. Pamiętam, jak pod katedrą wsiadało się do taksówki, aby pojechać do domu czy na rynek na Jerzego, przechodząc przez betonowy mur, w błocie wielkim zawsze robiło się zakupy. To okres dzieciństwa. Natomiast później, kiedy już byłem bardziej świadomy, wiedziałem, że te lata 90. to był trudny czas dla samorządów. Miasta zostały z niewielkimi budżetami, niebyt wiele można było zrobić.

Drobnymi krokami jednak coś się udawało

Te inwestycje były w jakimś sensie odważne. Taka aranżacja Starego Rynku w 1997 r., za prezydenta Henryka Macieja Woźniaka, to był bardzo śmiały ruch, aby wyłączyć część ruchu spod katedry. A potem kolejne lata prezydentury Tadeusza Jędrzejczaka to też duże inwestycje. Dzisiaj patrzymy z perspektywy tego, co mamy obecnie. Ale ćwierć wieku temu nie było takich pieniędzy, takich budżetów, pieniędzy zewnętrznych do wykorzystania. Nie było właściwie programów pomocowych i z budżetu robiło się to co można. Owszem, było wsparcie rządowe, ale to wszystko było dużo skromniejsze niż dziś, bo też dużo skromniejsze było polskie państwo. Gospodarczo poszliśmy do przodu i to widać w portfelach mieszkańców i w budżetach miast.

O takim budżecie 30 lat temu nikt w Gorzowie chyba nie marzył?

Jeśli w ciągu ostatnich pięciu lat budżet z 550 mln zł wzrósł do 1,1 mld, to skok jest gigantyczny. A w takich latach 90. to była sztuka cyrkowa, aby poruszać się w skromnym budżecie i jednak utrzymać, i rozwijać miasto. Miasto przecież nie funkcjonowało inaczej niż dzisiaj: tak jak teraz trzeba było utrzymać np. szkoły, a pamiętajmy, że bezrobocie wynosiło ponad 20 proc.

Ja patrzę na te pięć lat swojej prezydentury i wyraźnie widzę, że na jej początku było zupełnie inaczej. A co dopiero przed 30 laty! Nie do uwierzenia, jaką przeszliśmy transformację.

Samorządy jednak przez te trzy dekady raczej miały pod górkę

Trzeba niestety powiedzieć, że każdy rząd – jedni mniej, inni więcej – ale każdy wrzucał nowe zadania, nie dając na to wystarczającej ilości pieniędzy.

Dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedź jest prosta: samorząd nie może sobie nie poradzić. Zrzuca się na nas reformę oświaty. I Gorzów jest chyba jedynym miastem wojewódzkim, w którym nie było problemów z przyjęciem dzieci do szkół po reformie. Każdy jednak jakoś musiał z tego wybrnąć. Co byśmy powiedzieli mieszkańcom? Co ich obchodzi to, że ktoś podjął taką, a nie inną decyzję? I tak jest cały czas. Może, gdyby samorząd kiedyś zawiódł, to rząd by się zastanowił. Ale z punktu widzenia rządzących państwem, najlepiej wykonanie różnych pomysłów zrzucić na nas. My się gniewamy, boczymy, ale musimy z tym sobie poradzić.

Samorządy mają możliwości, aby sobie dorobić dla spięcia budżetu?

Tylko w pewnym stopniu. Teraz wprowadziliśmy podwyżki podatku od nieruchomości i mieszkańcy je niestety zauważą. To zwiększy nam wpływy od 1,5 do 2 mln zł w skali roku. Spora kwota, ale przy miliardowym budżecie to przecież tylko jakiś ułamek.

Z drugiej strony samorządy między sobą konkurują. Są sfery, w których podatkami albo przywilejami przyciąga się podatników. Trików do pozyskiwania dodatkowych środków jest wiele, każdy ma swój sposób.

Był pan swego czasu najmłodszym wójtem w województwie, wcześniej radnym w Deszcznie. Co pana pchnęło do samorządu?

Dzisiaj pewnie młodzież jest dużo bardziej świadoma tego, jak funkcjonuje samorząd, jak się podejmuje decyzje, co od kogo zależy. Są różne społeczne inicjatywy, fundusze obywatelskie, młodzi działają w szkolnych samorządach. Ja też byłem trochę społecznie zaangażowany, więc przewodniczący rady gminy zaproponował, abym wystartował na radnego. Wiedziałem, że radni to tacy starsi panowie, którzy siedzą w gminie. Nie bardzo zdawałem sobie sprawę, z czym to się wiąże. Ale dowiedziałem się, bo w 2002 r. zostałem radnym. I wciągnęło mnie to. Trochę tak przypadkowo zaczęła się największa przygoda mojego życia, najbardziej ekscytująca. A w 2006 r. zostałem wójtem.

Co jest najbardziej pociągające w byciu samorządowcem? Świadomość wpływu na rzeczywistość wokół nas?

Też. Gdyby ktoś był wójtem, burmistrzem czy prezydentem tylko dla splendorów, zbierania laurów i samego prestiżu, to mieszkańcy by go natychmiast zweryfikowali. Mnie najbardziej kręci praca nad dokumentami, planowaniem, strategiami. Nad tym, co będzie w przyszłości. To jest też obciążające, bo podejmujemy decyzje, które będą skutkowały nie w moim domu, ale w całym mieście. Nie kupujemy przecież płytek do swojej łazienki, ale wybieramy np. nawierzchnię na deptak, z którego potem będzie całe miasto korzystało.

I każdy będzie mógł przyjść i skrytykować.

Albo pochwalić. Trzeba zawsze umieć się poddać społecznej ocenie. I liczyć się z nią, kiedy staramy się tę rzeczywistość kształtować, ulepszać.

Na prezydenta kandydował pan już jako doświadczony wójt. Pociągało pana wyzwanie, aby porządzić czymś większym?

Poznałem swoją gminę od podszewki, ogromną ilość mieszkańców, wszystkie problemy. I wiedziałem, że konsekwencją i zaangażowaniem można te problemy rozwiązywać. Najpierw Ludzie dla Miasta przyszli z tym pomysłem. Później też sam się z tą myślą oswoiłem, że może warto spróbować. Czasem taki pociąg przyjeżdża na stację tylko raz...

Reguły w mieście i gminie są podobne. Tylko skala inna.

Ja miasto dobrze znałem. O to obaw nie było. Gdybym nie przychodził z samorządu, byłoby trudno. Ale reguły w małym czy większym są dokładnie takie same. Natomiast skala, owszem, robiła na mnie wrażenie. Pierwszy rok pracy w Gorzowie był bardzo trudny. Każda zmiana łączy się z oporem, nikt nie lubi zmian, wychodzenia ze strefy komfortu. I ja na opór napotykałem, co jest naturalne. Czuję jednak ogromną satysfakcję, że dziś mamy świetny zespół ludzi. Bez nich nic by się nie dało zrobić. W samorządzie wszystko opiera się na ludziach. Nie ma żadnej maszyny, która mogłaby zarządzać miastem.

Przez ostatnie 30 lat Gorzów raz wolniej, raz szybciej, ale się rozwijał. Przejął pan w pewnym sensie pałeczkę po poprzednikach.

Każda kadencja samorządowa to były kolejne kamienie milowe. Trzeba jednak pamiętać, że samorząd powstał na początku transformacji ustrojowej. Cały kraj się wtedy zatrzymał, w wielu obszarach się cofnął. Wolny rynek wyzwolił przedsiębiorczość, ale filary gospodarki zostały zachwiane, były masowe zwolnienia, upadłości. U nas nie było kopalni czy potężnych zakładów, które nagle upadły. Gorzów nigdy nie dotknął dna, nie upadł na tyle, żeby nie było na czym budować. Mądrzy ludzie, nie tylko w samorządzie, potrafili coś uratować. Nie wszystko, bo np. upadł Ursus, a jego ostatnie wspomnienie, czyli biurowiec, legł niedawno w gruzach. Stilon jednak nadal funkcjonuje, oczywiście nie w tym zakresie i formacie. Trzeba oddać hołd ludziom, mieszkańcom, którzy wzięli odpowiedzialność za gospodarkę w mieście. To były czasy, kiedy rozwijał się handel od koca na targowisku i spożywki z Niemiec, po wielkie biznesy. Nie wszyscy to wytrzymali, a nie wszyscy udźwignęli nawet sukces.

Gorzów od lat 90. na pewno się więc rozwijał, choć trwało to powoli, bo jedna większa inwestycja potrafiła blokować budżet na lata. Ale trasa średnicowa czy rozpoczęcie budowy zachodniej obwodnicy Gorzowa to było odważne posunięcie. Przecież odcinek między ul. Kasprzaka a Sulęcińską był budowany z własnych środków. To był warunek, a prezydent Jędrzejczak zdecydował, żeby rozpocząć budowę, że ta inwestycja jest potrzebna.

Co uznałby pan za najważniejsze dla miasta w minionym 30-leciu?

Bez dwóch zdań to budowa obwodnicy Gorzowa i S3 jest najważniejszym wydarzeniem w ostatnich 30 latach. Dziś to nie budzi emocji, przywykliśmy. Jednak to nie było takie oczywiste, że S3 będzie przebiegać przez Gorzów. Obwodnica i S3 z jednej strony odciążyły miasto, z drugiej całej zachodniej Polsce dały oddech.

Oczywiście były takie kamienie milowe jak Trasa Nadwarciańska, most Staromiejski, Słowianka, trasa średnicowa, Filharmonia Gorzowska, bulwary. My teraz modernizujemy centrum miasta, budujemy Centrum Edukacji Zawodowej i Biznesu, będziemy budować halę sportową. Ale jednak z punktu widzenia rozwoju miasta to droga S3 i obwodnica są kluczowe. I do tego jeszcze fakt, że pozostaliśmy miastem wojewódzkim. Jesteśmy jednym z 17 miast wojewódzkich, a nie jednym z wielu miast powiatowych. A to jest potężna różnica w odbiorze.

Już druga pana kadencja przebiega pod znakiem inwestycji komunikacyjnych. Dopiero teraz zaczęła się budowa obiektu Centrum Edukacji Zawodowej. Ale poza tym głównie ulice, drogi.

Przebudowujemy Kostrzyńską, Myśliborską, wszystko ma jeden cel: poprawa komunikacji w mieście. CEZiiB to mój konik, potem może będzie hala widowiskowo-sportowa, ale przede wszystkim musimy dokończyć sprawy komunikacyjne i transportowe. Na tory wjadą nowiutkie tramwaje PESA. Na to nikt nie mógłby sobie wcześniej pozwolić. Jakie miasto w latach 90. kupowało nowe tramwaje? My po prostu doganiamy Europę. Trzeba korzystać z tej szansy.

Szansy na jakie miasto? Jaki powinien być Gorzów przyszłości?

Marzę o tym, aby Gorzów był idealnym miastem średniej wielkości. Nigdy nie będziemy dużym miastem, te wszystkie polityczne aspiracje, że będziemy jakąś metropolią, wielkim ośrodkiem akademickim są na wyrost. Musimy natomiast sobie uświadomić, że fajnie mieszkać w dobrym mieście średniej wielkości. Takie miasto ma swoje atuty, a mieszkańcy pewne przywileje. Często gorzowianie, którzy nie mieszkali w dużych miastach, nie wiedzą, że tu dostają od życia dziennie godzinę gratis. Tam staliby w korkach, trudniej by im było załatwić cokolwiek.

Ogarniamy podstawową infrastrukturę, czyli drogi, wodociągi, kanalizację, ale myślimy o szerszym rozwoju, aby stać się miastem optymalnym, w którym jest fajne centrum, dobre miejsca pracy, dobra oferta kulturalna. Każdy gorzowianin powinien mieć miejsce w przedszkolu dla dziecka, miejsce do dobrej edukacji. Może w mniejszym mieście zarobki są na nieco niższym poziomie. Ale też koszty życia są niższe. Zresztą dziś młode pokolenie często zamiast wielkiej kariery wybiera życiowy balans. I mam nadzieję, że Gorzów będzie taki balans dawał.

Prezydenci Gorzowa od 1990 r.

Nikodem Wolski (20 czerwca 1990 - 8 kwietnia 1992),

Lech Marek Gorywoda (16 kwietnia 1992 - 24 sierpnia 1994),

Henryk Maciej Woźniak (24 sierpnia 1994 - 15 czerwca 1998),

Bogusław Andrzejczak (15 czerwca 1998 - 30 października 1998),

Tadeusz Jędrzejczak (30 października 1998 - 1 grudnia 2014),

Jacek Wójcicki (1 grudnia 2014 - ).

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.