Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

We wrześniu stado liczące blisko 200 krów zostało zakolczykowane, przeszło szczegółowe badania. Wtedy okazało się, że krowy są zupełnie zdrowe. Nie chorują na białaczkę lub brucelozę, nie są nosicielami prątków gruźlicy. Nie stanowią zagrożenia epidemiologicznego dla innych hodowanych zwierząt. A taki właśnie argument podawał wojewódzki lekarz weterynarii, który wnioskował, by całe stado uśmiercić.

Krowy nad Wartą żyły dziko od kilku lat, nie były przez ten okres pod opieką żadnych lekarzy. Na wolności rozmnażały się lawinowo i nikt nie rejestrował nowych urodzeń. Decyzja, by zgładzić 180 dziko żyjących krów, wywołała protesty w całej Polsce. Za krowami wstawił się Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości.

W akcję ratowania krów włączyło się zielonogórskie Biuro Ochrony Zwierząt, które ma doświadczenie w ratowaniu nie tylko zwierząt domowych. Uratowało m.in. kilkanaście zagłodzonych koni, nad którymi znęcał się gospodarz z Modrzycy, czy kilkadziesiąt świń z Nowej Soli. Latem sąd w Gorzowie orzekł przepadek dzikich krów, Biuro Ochrony Zwierząt stało się prawnym opiekunem całego stada.

Wywóz do nowego domu

Przez kilka ostatnich dni BOZ wywoziło krowy do nowego domu. Najpierw zagoniono zwierzęta do specjalnie stworzonego ogrodzenia, by stamtąd ładować je do ciężarówek. Co ważne, wreszcie można było oddzielić byki od krów, tak by zwierzęta dłużej się nie rozmnażały. Wolontariusze mieli już wprawę w zaganianiu krów do sztucznej zagrody. Problem pojawił się, gdy zwierzęta trzeba było zaprowadzić do ciężarówki, nigdy nie były bowiem transportowane.

– Żeby cała operacja była jak najmniej stresująca dla zwierząt, pracowaliśmy z profesjonalną firmą, która zajmuje się transportem krów na co dzień. Na szczęście wszystko się udało. Zwierzęta weszły do ciężarówek spokojnie i bezpiecznie zostały przewiezione do nowego rancza – mówi Bartosz Krieger, wiceszef Biura Ochrony Zwierząt.

Izabela Kwiatkowska, szefowa BOZ: – Akcja przewiezienia stada była gigantycznym i niezwykle trudnym logistycznie przedsięwzięciem. Do tego nie rozpieszczała nas pogoda. Przez cały czas padało, było bardzo zimno. Auta grzęzły w błocie i trzeba je było wyciągać – opowiada Kwiatkowska.

Całej operacji przyglądali się policjanci. I ocenili, że BOZ działa sprawnie. Decyzja o przewozie krów w nowe miejsce spotkała się jednak z hejtem obrońców zwierząt na Facebooku. Policja wydała specjalne oświadczenie, że BOZ działa zgodnie z prawem, a akcja jest przygotowana profesjonalnie.

Tu możesz pomóc utrzymać krowy

Nowy dom w Lipkach Wielkich

Nowy dom wolne krowy znalazły w Lipkach Wielkich pod Santokiem. Podróż z Ciecierzyc nie trwała długo, bo zaledwie 35 km. Byłoby jeszcze krócej, bo wsie leżą od siebie w niewielkiej odległości, ale dzieli je Warta, dlatego trzeba było dojechać do mostu w Gorzowie. Nowe miejsce dla krów nie oznacza wielkiej zmiany, latem nadal będą się pasły wolno na nadwarciańskich łąkach. Rolnik, który je przyjął, zbudował także dla nich stanowiska na łąkach. Jeśli przyjdzie mróz, znajdą schronienie w oborach. Latem mają kosić nadwarciańskie łąki.

Dzikie krowy z Deszczna mają nowy dom.Dzikie krowy z Deszczna mają nowy dom. Biuro Ochrony Zwierząt

Ktoś ukradł pastucha

Co się stanie z byczkami? Około 60 samców będzie musiało poczekać na dołączenie do stada ok. dwóch tygodni. Powód? Trzeba wydzielić i wzmocnić teren, na którym będą wypasane.

– To stado niekastrowanych silnych chłopców, które zrobi wszystko, by się wydostać, jeśli w promieniu 5 km poczuje krowę w rui – mówi Izabela Kwiatkowska, wiceszefowa BOZ.

Rozdzielone byki miały być tymczasem wypuszczone z powrotem na łąki, ale wolontariusze dostrzegli, że ktoś ukradł z pastwiska elektrycznego pastucha. Ich zdaniem to właściciel łąki zaczął rozbierać ogrodzenie. A to mogło oznaczać jedno – ucieczki i szkody.

– Zdecydowaliśmy o niewypuszczaniu byków na teren łąki. Mogły wbiec pod auto, mogły wystraszyć ludzi. Zwierzętom powiększono koral, wyłożono go słomą, aby uczynić podłoże bardziej stabilnym, bo na terenie, gdzie przebywają zwierzęta, od kilku dni nieustannie pada deszcz, tworzy się błoto – tłumaczy BOZ. Wolontariusze muszą odbudować ogrodzenie i zakupić nowego pastucha. Tyle że właściciel łąk nie chce zezwolić na ponowne ogrodzenie terenu.

– Chce, żebyśmy dopłacili za dotychczasowy wypas 400 tys. zł. Tak, to nie pomyłka. Nalicza drakońską stawkę, 3 tys. zł dziennie, a na to zgodzić się nie możemy – mówi Krieger. Przyznaje, że biuro jest w kropce, bo w bykach stłoczonych na małej przestrzeni narasta agresja.

– A to rodzi zagrożenie dla nich samych, a także dla ludzi – tłumaczą wolontariusze. Dodają, że cały czas dokarmiają zwierzęta sianem. Wolontariusze zbierają ciągle pieniądze na opłacenie siana, transportu i wynajęcie firmy ochroniarskiej. Ich długi przekraczają 40 tys. zł.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.