Idea Dnia Pamięci i Pojednania była bardzo dalekowzroczna. Gorzów chciał wtedy nadawać ton. I tak faktycznie było, bo Gorzów traktowano, jako wzorzec układania sobie relacji z Niemcami. Dziś ta formuła jednak się niestety zatarła - mówi historyk Robert Piotrowski.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dzień 30 stycznia w Gorzowie w różnych okresach miał różne znaczenia. Wyzwolenie miasta, zdobycie, pamięć i pojednanie... Przy zamieszaniu ze zmianą nazw ulic, uchwalono nawet, że ul. 30 Stycznia upamiętnia... Dzień Pamięci i Pojednania. Jak się w tym odnaleźć?

- 30 stycznia jako dziecko w szkole dowiadywałem się, że to dzień wyzwolenia Gorzowa. Chodziliśmy na akademie, szkoła była pod swego rodzaju patronatem jednostki wojskowej więc bywało też zielono-mundurowo, bywał też u nas Piotr Wysocki (pierwszy prezydent Gorzowa – red.). Taka wersja była więc tak naprawdę realna. Natomiast z biegiem czasu i narastania ciekawości, rozmów lub słuchania dziadków, przestawało to być tak jednoznaczne, jak w szkole.

Koniec lat 80. sprzyjał pewnemu odkrywaniu, zaprzeczaniu, odczarowywaniu. I to szkolne dwa plus dwa nagle nie zawsze równało się cztery. Okazywało się więc powoli, że ci Rosjanie 30 stycznia 1945 r. dotarli do miasta, które nie było ich celem samym w sobie. Rewidowałem więc to opowiadanie o wielkiej bitwie, zdobywaniu, oporze, jak to głosiły gazetki szkolne, że wielkie walki się odbywały, że stąd takie zniszczenia. Dziadek zresztą mówił, że to wszystko nieprawda, bo Rosjanie podpalili. Nie było go wtedy tutaj, ale widocznie taką wiedzę skądś ludzie w jego wieku mieli. Pełny obraz zaczynał się rysować na przełomie lat 80. i 90. Świadkowie tamtego czasu, Niemcy mogli się pojawić całkiem legalnie, oficjalnie, bez kagańca Służby Bezpieczeństwa. To dodawało nowego kontekstu. Spisane przez nich relacje i przez nich uwiarygodnione opowiadania zaczynały ten obraz odmalowywać nieco inaczej. A jak było? 30 stycznia dotarli tutaj Rosjanie, Miasto się nie broniło, zostało zajęte szybkim marszem, ominięte, bo najbliższym celem był Kostrzyn. Przekonaliśmy się więc, że z tym „wyzwoleniem” było zupełnie inaczej.

Wtedy pomyślano, żeby tę datę wypełnić nową treścią?

- Ta świadomość zaczęła się przekładać na pewną - nazwijmy to uczciwość - osób decyzyjnych. Ale nie stało się to w 1990 r. jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Od tego czasu jednak proces erozji poprzedniej wersji tej historii przyspieszył i mieliśmy w 1993 r. odsłonięcie kamienia w miejscu cmentarza przy ul. Walczaka. Raptem 20 lat po jego likwidacji. Pojawił się tam rok 1945, trochę umownie, bo wiemy przecież, że ten cmentarz wcale się nie skończył w tym roku.

A potem był rok 1995 i obchody 50 lat polskiego Gorzowa. Byli już landsberczanie, opowiadali o swoim "heimacie". Wtedy, 29 stycznia  obyło się nabożeństwo ekumeniczne w Białym Kościele. Nie tylko więc akademie, capstrzyki, ale pojawił się jakiś nowy format.

I od tego momentu mówimy o Dniu Pamięci i Pojednania. W tym roku mamy 25. rocznicę tej nazwy.

- Wszyscy doszli do wniosku, że z tym wyzwoleniem, coś tu nie gra, Chciano nadać tej rocznicy nowe znaczenie, jakoś na nowo ją ochrzcić. Stąd ta szumna być może nazwa Dzień Pamięci i Pojednania Już w tym samym roku 1995 był jednak dość poważny zgrzyt. Na akademii z okazji 50-lecia polskiego Gorzowa była delegacja rosyjska i konsul ze Szczecina poczuł się obrażony wystąpieniem pewnego gorzowskiego polityka starszego pokolenia. Tak więc, mówiąc o pamięci i pojednaniu, na wstępie pożegnano się z tym, z kim można było się pojednać, kogo można było być może przekonać, żeby się pojednał.

I do dzisiaj można podnosić ten zarzut, że o ile Polacy z Niemcami pamiętają i się jednają, to jeden z głównych aktorów tego całego zdarzenia, czyli Rosjanie w ogóle w tym nie funkcjonują, ta rola nie jest obsadzona.

Nikt nawet nie próbował, aby było inaczej. Wtedy był jedyny chyba i ostatni moment, kiedy te trzy strony się spotkały. Polacy i Niemcy zaczęli sobie radzić sami. Może dlatego pokutuje taki dziwny lapsus, że 30 stycznia zaczął się polski Gorzów, a skończyła niemiecka historia, co jest bzdurą.

Na polski Gorzów mamy inną datę, 28 marca, przyjazd grupy wągrowieckiej.

- Wtedy jednak, na początku lat 90. marca nie obchodzono. Notabene również 2 lipca, data założenia miasta nie była w użyciu.

Te dwie daty: 30 stycznia i 28 marca natomiast są ważne, bo opisują pewien proces. 30 stycznia Rosjanie dotarli do niemieckiego miasta, które nie było ich celem. Gdyby nawet próbowało się bronić, to ominęliby je i poszli na Berlin. Adolf Hitler w Kancelarii Rzeszy - to był ich cel. Stalin pewnie ucieszył się z meldunku, że Landsberg wzięty, spojrzał na mapę, podkręcił wąsa, ale myśli miał gdzie indziej.

Landsberg znalazł się na tyłach frontu. Zajęli to miasto i potraktowali je jak każde inne niemieckie miasto, które wcześniej i później wpadało im w ręce. Wciągnięto je w machinę wojenną, jako kolejny trybik, który miał się kręcić razem z tą wielką machiną pod nazwą Wielka Wojna Ojczyźniana. Zaplecze frontu oznaczało mobilizowanie taniej siły roboczej, użycie wszystkich sił i środków, obiektów do celów, jakie stawiała sobie armia. Czy w tym była jakaś myśl, że oto gwałcimy mordujemy, niszczymy, bo nienawidzimy Polaków, bo chcemy im utrudnić start? Nie sądzę, aby myślano tak strategicznie. Jest wojna i nie ma czasu na takie refleksje. Strategia była jedna: zdobyć Berlin i zdusić faszystowskiego gada.

Polska obecność tu jednak była. Polska myśl zachodnia mówiła o powrocie tych ziem do ziem macierzystych Rzeczypospolitej. Ta myśl endecka w komunistycznym czy socjalistycznym, jakby nie nazywać, wykonaniu toczyła się swoim torem, równolegle do tego, co robili tutaj Rosjanie. Polacy starali się robić swoje. I stąd mamy 28 marca, pomnikową datę, kiedy pojawili się oficjalnie. Nawet jeśli ktoś by twierdził, że 30 stycznia to nie nasza data, że to działo się między Niemcami i Rosjanami i nam nic do tego, to przecież 28 marca Polacy nie pojawili się ot tak sobie, a Rosjanie nie oddali im hołdu i nie złożyli broni. Musieli wystarać się o akredytację, pojechali na front, odszukali odpowiednie czynniki, dostali akces i mogli działać, ale wyłącznie w granicach wyznaczonych przez sowieckiego komendanta wojennego. On był tu nadal najwyższą władzą. Pewnie akceptował obecność Polaków i pewnie też się cieszył, że odejdzie mu jakaś część problemów. W takiej kotłowaninie trwało to dość długo, jeśli spojrzymy na daty przejmowania poszczególnych obiektów, uruchamiania sektorów miejskiej gospodarki. To nie jest marzec, kwiecień, ale później. Czasem nie jest to nawet 1945 r.

Ten 30 stycznia jest więc pewnym początkiem, na pewno momentem zwrotnym, od którego już nie było odwrotu.

Wróćmy do Dnia Pamięci i Pojednania. Da się zauważyć, że ten dzień obchodzony jest od lat w pewnej rytualnej już nieco celebrze.

- Po 1995 r. mieliśmy pewną innowację, kreatywność. Nawet przy tych wadach i niedoskonałości, to mimo wszystko było to bardzo dalekowzroczne. Stworzono pewien format. Był może pompatyczny, bo pamięć, pojednanie to wielkie słowa, ale Gorzów mógł wtedy myśleć w wielkich kategoriach, chcieć nadawać ton. I tak faktycznie było, bo Gorzów traktowano, jako protagonistę, wzorzec, jak można ułożyć relacje z Niemcami. Dziś ta formuła jednak się niestety zatarła, nie ma tej energii, nie ma wartości dodanej. Bo jak inaczej traktować po raz już kilkudziesiętny celebrowanie li tylko składania wieńców, kolejne przemowy. Tu nie chodzi nawet o poszukiwanie jakiegoś marketingu czy chwytliwości tematu.

Należałoby się natomiast zastanowić, jaką te obchody spełniają dziś funkcję, poza – jak to kiedyś nazwano - „kiczem pojednania”, kiedy wszyscy się poklepują, zgadzają się wszyscy ze wszystkimi, a myślą sobie to, co myślą.

Może wyzwaniem jest ciągła edukacja?

- Sam się przekonałem idąc kiedyś z harcerzami na plac Grunwaldzki, że często ta spędzana tam młodzież nie wie, o co w tym chodzi. Nikt im tego nawet nie wytłumaczył.

Ale czy można tchnąć coś nowego w te obchody? Przyszło mi na myśl, że mamy przecież całkiem sporą grupę Ukraińców w Gorzowie. Kto wie, może nawet jakoś rodzinnie powiązanych z tymi, których tu u nas na tych obchodach brakuje. Może znalazłoby się wśród nich potomków tych, którzy kiedyś szli przez Landsberg. Może są wśród nich ludzie, którzy tym się interesują i mieliby coś ciekawego do powiedzenia? Gdyby ktoś z nich mógłby w tym dniu dołączyć, to mielibyśmy jakiś nowy element.

Nawet abstrahując od historycznego wymiaru 30 stycznia, to z Ukraińcami, i nie tylko też mamy wiele powodów do pamięci i pojednania. Może to hasło Dzień Pamięci Pojednania zacząć traktować o wiele szerzej?

- I pewnie nawet my, gorzowianie, między sobą też mielibyśmy wiele tematów, w których sens by miało pojednywanie i rozmowa. Natomiast ten 30 stycznia to pewny symboliczny moment, taki wytrych otwierający nas na historię, na tkwiące w nas gdzieś mity, niedopowiedzenia, pominięcia, zapomnienia.

Co roku dokładasz do obchodów tego dnia swoją własną cegiełkę, mniej oficjalną niż przy tablicach czy na placu Grunwaldzkim. Opowiadasz o historii. Co przygotowałeś tym razem?

- Miejskie Centrum Kultury od pewnego czasu jest wypróbowanym partnerem tego dnia, i nie tylko tego. Wspólnie zapraszamy gorzowian do posłuchania o historii miasta. Takie spotkania w poprzednich latach były organizowane w Łaźni Miejskiej, dwa lata temu występował Błażej Król z Gorzowską Orkiestra Dętą i ja miałem swój mały ideowy przekaz. Rok temu zaprosiłem gorzowian do domów landsberczan, pokazując, że skończyło się ich pewne życie domowe, rodzinne. To ciągle cieszy się zainteresowaniem. Po raz kolejny powraca fala fascynacji „poniemieckością”. Tym razem na kanwie wydanej niedawno książki Karoliny Kuszyk („Poniemieckie” - red. ) kolejne pokolenie to przeżywa, znów opowiada się o tej „zupie na piecu”, pozostawionym ciepłym miejscu na krześle.

W tym roku chcę natomiast zastanowić się, co trzyma to miasto, co powoduje, że pozostaje w naszej pamięci. Że mimo zmian, dziejowych kataklizmów jak 30 stycznia 1945 r. pozostaje czymś trwałym. Co jest tą kotwicą.

I co się znajdzie na slajdach?

- Na przykład sztandarowe obiekty, które stały się ikonami Gorzowa. Jeśli gorzowianom pokaże się panoramę miasta z wiaduktem, z katedrą, to pozostaną obojętni, czy jednak poruszy ona jakieś struny? Jeśli pokaże się trochę starszym mieszkańcom wnętrze domu towarowego Kokos, pewnie niektórzy powiedzą: komuna dziadostwo, bieda. Ale czy u pewnej grupy nie wzbudzi to emocji? To jest właśnie ten „heimat”, jakieś doświadczenie dzieciństwa. To wszystko, co powoduje, że miasto zostaje gdzieś w człowieku na trwałe. Zakotwiczone.

Tego wyboru dokonuję oczywiście dość subiektywnie, po swojemu. Aby pokazać, że nawet gdy ktoś wyjedzie, rozstanie się z miastem, to z czymś pójdzie, coś mu zostanie pod powiekami. Tak jak zostawało landsberczanom. Ci, których spotykaliśmy w latach 90. czasem spędzili tu zaledwie kilka, może kilkanaście lat życia. Niektórzy nawet się tu nie urodzili. Ale w 1997 r. mówili: fontanna Pauckscha musi wrócić, bo my tu pluskaliśmy się jako dzieciaki.

Pewnie mieli co robić w tej swojej np. Nadrenii-Westfalii, ale uparcie wracali myślami do tych „kotwic”.

Tak samo, jak wielu ma te swoje kotwice w Wilnie czy we Lwowie.

Gdyby ktoś odkrył taką swoją kotwicę, poczuł potrzebę posłuchania o historii i porozmawiania, ma taką możliwość co miesiąc w Łaźni Miejskiej.

- Sejf, miejsce kultury, kreacji, sam w sobie jest pewnym fenomenem w skali Gorzowa. W fenomenalnym miejscu, z silnym genius loci. Zapraszam raz w miesiącu do Sejfu do pewnej gry z historią. To Biuro Tłumaczeń Historii. Może nie jest to „tłumaczenie przysięgłe”, ze stemplem, ale objaśnianie, opowiadanie, czasem także sobie nawzajem, bo dochodzi też do interakcji. A wtedy okazuje się, że historia nie jest tak jednoznaczna, każde pokolenie inaczej czuje, odbiera pewne zdarzenia. Czasem coś czujemy, ale nie potrafimy tego nazwać i stąd takie tłumaczenie pomaga nam się odnaleźć.

Tłumaczyłeś już m.in. gorzowskie cmentarze, postać Christy Wolf, fenomen Łaźni Miejskiej, ostatnio było o landsberskich i gorzowskich drukarniach i książkach. O czym będzie następne spotkanie?

- W styczniu zacząłem już taki podpunkt: archeologia pamięci. Dogrzebuję się do pewnych oczywistości, które już dziś jakby oczywiste nie są. W lutym będzie o fotografiach. Dziś fotografia to rzecz dla nas oczywista. Robimy zdjęcia na każdym kroku. A kiedyś? Początki fotografii w takim Landsbergu, to zupełnie wyjątkowa sprawa. Atelier to były swego rodzaju instytucje, fotografowie to były poważane osoby. I czy ktoś pamięta, że kiedyś, nie tak przecież dawno mieliśmy na kliszy tylko 36 klatek. Zrobić zdjęcie to jedno, ale potem trzeba było wywołać. A był też ten moment niepewności w ciemni, czy cokolwiek nam wyszło. Dziś jest zupełnie inaczej, czym innym jest dla nas fotografia, inaczej się z nią obchodzimy.

Dzień Pamięci i Pojednania, 30 stycznia:

godz. 12 - na placu Grunwaldzkim oficjalne uroczystości i uderzenie w Dzwon Pokoju,

godz. 16 - 25 lat Dnia Pamięci i Pojednania - spotkanie w Bibliotece Herberta,

godz. 18 - Slajdowisko “Kotwice miasta”, Sala Widowiskowa MCK, Drzymały 26, Gorzów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Cześć Robercie, do dużych spraw jestem za mały, ale w sprawie językowej skomentuję. Komendant (radziecki) był wojskowy a nie wojenny.
już oceniałe(a)ś
1
0