Szkielet Jane Doe dyrektor muzeum archeologicznego zawiózł do Poznania. Tam, po zeskanowaniu, eksperci wykonali rekonstrukcję twarzy. Z obrazu 3D spogląda na nas 20-letnia kobieta sprzed prawie 400 lat.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W tej historii niewielu rzeczy możemy być pewni, wielu możemy się jedynie domyślać. Powstała jednak fascynująca opowieść, która łączy w sobie archeologię z historią.

Wszystko zaczęło się w 2002 r. w Ochli, wiosce pod Zieloną Górą (dziś jest to część miasta). Właściciel posesji przy ul. Grzybowej budował werandę. Stawiając fundamenty, natrafił na kości. Myślał, że to niemiecki żołnierz albo ofiara morderstwa sprzed lat. Zadzwonił na 997.

Policjanci część kości wyszarpali z dołu, liczyli, że znajdą nieśmiertelnik żołnierza Wehrmachtu. Ale po odgarnięciu ziemi zamiast metalowej blaszki z nazwiskiem ujrzeli srebrne talary. Wtedy zadzwonili po archeologów z Muzeum Archeologicznego Środkowego Nadodrza w podzielonogórskiej Świdnicy.

Od kilkunastu lat szkielet z Ochli można oglądać w świdnickim muzeum. Kości leżą na piasku w szklanej gablocie. Od czwartku goście muzeum mogą zobaczyć, jak wyglądała osoba, której szkielet znajduje się na ekspozycji. Archeolodzy postarali się też opowiedzieć, jakie mogły być okoliczności jej śmierci, co działo się wtedy w Zielonej Górze i okolicach.

Jane Doe to angielska nazwa używana w stosunku do nieznanej lub niezidentyfikowanej kobiety (mężczyznę określa się jako John Doe). W Polsce używa się określenia NN. To właśnie od angielskiej nazwy pochodzi tytuł wystawy „Lubuska Jane Doe, czyli prywatna historia z czasów wojny i zarazy”.

Szkielet zielonogórskiej Jane Doe
Szkielet zielonogórskiej Jane Doe  Fot. Szymon Płóciennik / Agencja Wyborcza.pl

"Fascynująca przygoda dla każdego"

– Chodzi nam o to, żeby ożywić historię i zainteresować nią mieszkańców. Pokazać, że archeologia może być fascynującą przygodą dla każdego, a dzięki niej można poszerzać wiedzę z wielu dziedzin – mówi Arkadiusz Michalak, dyrektor muzeum w Świdnicy.

Badania antropologiczne kości, przeprowadzone po odkryciu szkieletu, wykazały, że to szczątki kobiety w wieku ok. 20 lat. Miała 153 cm wzrostu. Po kilkunastu latach archeolodzy postanowili wykorzystać nową technologię, przede wszystkim wykonać rekonstrukcję twarzy.

Dyrektor w marcu zawiózł kości do Poznania, gdzie zostały zeskanowane w Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego. Komputerową rekonstrukcją twarzy zajęła się dr Dorota Lorkiewicz-Muszyńska. Ma na swoim koncie m.in. rekonstrukcję twarzy szwedzkiej księżniczki, drugiej żony księcia Jarosława Mądrego. Szczątki spoczywają w Soborze Sofijskim w Kijowie.

Podstawą w rekonstrukcji twarzy jest zeskanowana czaszka, ale kolor włosów i oczu można było ustalić na podstawie DNA pobranego z kości.

Popularne długie włosy

Nie wiadomo, jaką fryzurę nosiła Jane Doe z Ochli, ale można przypuszczać, że miała długie włosy. – W tamtych czasach były popularne zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn – tłumaczy Ewa Przechrzta, kuratorka wystawy. – Nie zdecydowaliśmy się na żadną wymyślną fryzurę, a proste, rozpuszczone włosy – dodaje.

W sali wystawowej można obejrzeć kilka manekinów w strojach przypominających te z epoki. – Przy tworzeniu strojów wzorowaliśmy się na obrazach niderlandzkich malarzy, na których licznie przedstawiono mieszczan z tamtych czasów – tłumaczy Przechrzta.

Podczas wystawy będzie można zobaczyć też reprodukcje trzech obrazów z kolekcji Muzeum Narodowego w Poznaniu, które przedstawiają mieszczan.

Przy szczątkach dziewczyny archeolodzy znaleźli 11 srebrnych talarów. Najstarszy został wybity w 1557 r., a najmłodszy w 1629 r. Ten ostatni niemal nie miał śladów zużycia.

Monety pochodzą z różnych miejsc i mennic, np. trzy z Saksonii, trzy z Niderlandów Hiszpańskich, jedna ze Zjednoczonych Niderlandów. Jest też talar biskupi z Salzburga. – Dla pieniędzy granice nie istniały. Wędrowały razem z kupcami i żołnierzami – mówi Ewa Przechrzta. – 11 srebrnych talarów miało sporą wartość, dodatkowo w „grubej” walucie. Ich posiadaczka musiała być mieszczanką. W 1630 r. za 4 talary można było kupić w Zielonej Górze szefel żyta, czyli ok. 64 litrów – dodaje.

Talary, które miała przy sobie zielonogórska Jane Doe
Talary, które miała przy sobie zielonogórska Jane Doe  Fot. Szymon Płóciennik / Agencja Wyborcza.pl

Wojna trzydziestoletnia

Badacze przyjęli, że dziewczyna zmarła w 1630 r. Trwała wtedy wojna trzydziestoletnia, w mieście panował głód, terror, rabunki, szerzyły się choroby.

Wojna toczyła się w latach 1618-1648. Był to konflikt między protestanckimi krajami Rzeszy Niemieckiej (wspierały ją również inne protestanckie kraje) a katolicką dynastią Habsburgów. – Przez polskich badaczy jest traktowana trochę po macoszemu, ponieważ większość walk rozgrywała się na terenie dzisiejszych Niemiec, był nimi objęty jedynie zachodni pas dzisiejszej Polski – wyjaśnia kuratorka.

W kronikach z Grünbergu archeolodzy znaleźli zapisy o epidemii dżumy, która pozbawiła życia dwie trzecie mieszkańców ówczesnej Zielonej Góry. Wielu ludzi, ratując się przed zarazą i wrogimi wojskami, decydowało się na ucieczkę z miasta do Ochli.

– Przypuszczamy, że podobnie zrobiła nasza Jane Doe. Jej szczątki znaleziono przy rozstaju dróg, tamtędy zielonogórzanie uciekali do Ochli – tłumaczy dyrektor Michalak.

Za śmiercią z powodu choroby najbardziej przemawia fakt, że przy dziewczynie znaleziono srebrne talary. – Po śmierci zwłoki zazwyczaj przeszukiwano, zabierano albo zwyczajnie rabowano cenniejsze rzeczy. Tutaj tego nie zrobiono. Prawdopodobnie pochowano je w pośpiechu, w obawie przed zakaźną chorobą – mówi dyrektor.

Michalak tłumaczy, że w Niemczech i Skandynawii zdarzały się podobne znaleziska. Szczątki, przy których znajdowano monety lub kosztowności. Nie słyszał o podobnym przypadku na terenie dzisiejszej Polski.

Ewa Przechrzta przygotowuje wystawę w muzeum archeologicznym w Świdnicy
Ewa Przechrzta przygotowuje wystawę w muzeum archeologicznym w Świdnicy  Fot. Szymon Płóciennik / Agencja Wyborcza.pl

Pochówek w głębokiej jamie

Dziewczyna, której szczątki odkryto w Ochli, musiała podróżować z towarzyszami, inaczej nie zostałaby pochowana, a porzucona gdzieś przy drodze. Zakopano ją w głębokiej jamie, 1,35 metra pod ziemią. – W tamtym czasie standardowe pochówki były dużo płytsze, na głębokości 70 cm, czasem trochę ponad metr – mówi kuratorka wystawy. – Prawdopodobnie towarzysze Jane Doe pochowali ją głębiej właśnie ze względu na chorobę.

Część ofiar dżumy ma na kościach ślady po przebytej chorobie. W tym przypadku ich nie było. – Dżuma pozostawia ślady, jeśli trwa odpowiednio długo. Jane Doe prawdopodobnie zmarła szybko, mogła być osłabiona w wyniku głodu. Antropolog odnalazł na zębach dziewczyny ślady długotrwałego głodu albo choroby sprzed lat. To zagłębienia, które świadczą o tym, że w przeszłości przez dłuższy czas musiała albo głodować, albo chorować – opowiada Ewa Przechrzta.

Z powodu piaszczystej, dość kwaśnej gleby nie zachowało się ubranie dziewczyny. Archeolodzy znaleźli jedynie drobne ślady skórzanego mieszka, w którym Jane Doe trzymała monety. Na paliczkach prawej dłoni zielonogórzanki widać też bardzo niewyraźne zielonkawe plamy – prawdopodobnie po wykonanej z brązu lub mosiądzu zapince lub sprzączce do koszuli. Przy kościach pozostały też dwie maleńkie, żelazne spinki, które były elementami sprzączki.

Wystawę „Lubuska Jane Doe, czyli prywatna historia z czasów wojny i zarazy” można oglądać w Muzeum Archeologicznym Środkowego Nadodrza w Świdnicy. Jest czynna do czerwca. Bilety do muzeum kosztują 7 zł (normalny) i 5 zł (ulgowy).

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej