Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W piątej klasie podstawówki Tomek, chłopak z ulicy Widok, trafił na gorzowską pływalnię, bo koniecznie chciał uprawiać sport. Był tak mikry, że nie za bardzo chcieli go przyjąć do sekcji wioślarskiej. Niektórzy żartowali sobie, że będzie mógł trenować, gdy przyprowadzi kilku bardziej rosłych kolegów. Początkowo pływał jako sternik. Na szczęście w akademickim klubie był Marek Kowalski i pozwolił mu wsiąść do jedynki. Od początku wiedział, że to doskonały materiał na zawodnika wagi lekkiej, tam, gdzie np. w dwójce wioślarze nie mogą ważyć razem więcej niż 140 kg.

Na początku 1997 r. trenerzy kadry narodowej szukali partnera dla bydgoszczanina Roberta Sycza. Jerzy Broniec zebrał wszystkich najlepszych w ośrodku przygotowań w Wałczu. Kucharskiego testował na końcu. Po kilku pomiarach czasu wszyscy przecierali oczy ze zdumienia.

– Po trzech tygodniach zajęliśmy trzecie miejsce w Pucharze Świata w Lucernie, potem byliśmy mistrzami świata – opowiadał o współpracy z Tomaszem jego partner z osady.

Złote Sydney

W ten wrześniowy wieczór w 2000 r. w Gorzowie wszyscy strasznie się denerwowali. Monika Kucharska oglądała decydujący wyścig razem z mamą. Co chwilę zasłaniała oczy. Szef AZS AWF Marek Zachara wysłał Tomaszowi SMS-a: „Nasze pragnienia powinny przewyższać możliwości. Inaczej niebo nie byłoby potrzebne”.

Nasza dwójka nie musiała jednak płynąć ponad swoje możliwości. Chłopaków z Gorzowa i Bydgoszczy było stać na złoto i w wielkim stylu pokazali to w Australii.

– Nie mieliśmy takiego finiszu jak Francuzi i Włosi, więc zaatakowaliśmy 750 m przed metą. Odskoczyliśmy i na ostatniej „pięćsetce” już wiedziałem, że będzie wspaniale – opowiadał Kucharski dziewięć lat temu.

– Musiałem po wyścigu schować się przed wszystkimi w spokojnym miejscu – dodał trener Broniec. – Zawsze wierzyłem w chłopaków. Chwilę po wyścigu krzyknąłem do nich: „I co, warto było!”. Jak pewnie wszyscy widzieli, mimo ogromnego zmęczenia obaj odpowiedzieli mi zaciśniętą pięścią i szerokimi uśmiechami. Bo nie ma w wiosłach drugiej tak wybuchowej osady. Oni sami wiedzieli jednak, czego chcą, i dlatego są wyjątkowi, złoci. Niektórzy mówią, że nie pływają zbyt dobrze technicznie. Ale w takim wyścigu istotna jest kolejność, gdzie jest nasza kulka na dziobie w stosunku do innych.

Fot. KUBA ATYS/Agencja Wyborcza.pl

Mistrzowie po raz drugi

Jeszcze kilka tygodni przed startem w Grecji (to był sierpień 2004 r.) trener Broniec chciał uciekać ze zgrupowania w Wałczu. Dwójka podwójna wagi lekkiej wreszcie zaleczyła wszystkie rany, ale pływała słabo. Polacy uzyskiwali czasy o ponad 10 sekund gorsze niż przed najważniejszymi startami w poprzednich latach.

Gdy jednak najgorsze minęło, do gorzowsko-bydgoskiej ekipy wróciły dobre humory. – Będziemy dla wszystkich zaskoczeniem – zapowiadał Kucharski. – Nikt nie wie, na co nas stać.

W eliminacjach było widać, że Polakom brakuje startów. Nie udało się wygrać pierwszego wyścigu, ale w repasażu i półfinale na wodzie działy się rzeczy nadzwyczajne. Występy Kucharskiego i Sycza wyglądały tak, jakby nigdy na nic nie chorowali, jakby greccy bogowie czuwali nad nimi.

Przeciwnicy nie wytrzymali tempa, które narzucili od startu. – Na końcówce trochę brakowało im sił – komentował trener Broniec. – Oby tylko kryzys nie przyszedł na finał.

Fot. Kuba Atys / AG

Sport jest pełen niespodzianek, dlatego nigdy nie można być pewnym ostatecznych rozstrzygnięć. Najgroźniejszymi rywalami naszych mieli być Włosi Elia Luini i Leonardo Pettinari, z którymi Kucharski i Sycz przegrali trzy mistrzostwa świata. W Atenach Włosi nawet nie awansowali do finału.

Polacy w wyścigu o złoto prowadzili od startu. Taką mieli taktykę. Po 500 m nieznacznie wyprzedzali Duńczyków, po kilometrze, w połowie dystansu, mieli już przewagę długości jednej łódki. Pół kilometra przed metą drudzy Francuzi tracili do Polaków prawie cztery sekundy. Rywale rozpoczęli jednak znakomity finisz i niewiele brakowało, by odebrali naszym wioślarzom złoty medal. Kucharski i Sycz odparli atak w ostatniej chwili. – Dobrze, że wcześniej odjechaliśmy, bo na finiszu byśmy nie wytrzymali – komentował na gorąco trener klubowy AZS AWF Gorzów Marian Hennig.

Po wyścigu 30-letniego wtedy Kucharskiego trzeba było cucić, tak był zmęczony. W końcu jednak doszedł do siebie, wysłuchał Mazurka Dąbrowskiego i wraz z partnerem z osady mógł się cieszyć ze zdobycia drugiego mistrzostwa olimpijskiego.

Osada stulecia

Polski Związek Towarzystw Wioślarskich właśnie obchodzi stulecie istnienia. Z tej okazji w Teatrze Królewskim w Warszawie odbyła się uroczysta gala, gdzie wybrano osadę stulecia.

PZTW został założony w 1919 r., ale już w 1878 r. zaczął działać pierwszy polski klub – Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie. W 1924 r. wioślarze z Polski zadebiutowali w igrzyskach olimpijskich.

Michał Jeliński (z lewej) i Tomasz KucharskiMichał Jeliński (z lewej) i Tomasz Kucharski Fot. Piotr Żytnicki / Agencja Wyborcza.pl

Na złoto trzeba było jednak czekać do czasów Kucharskiego i Sycza, a po ich dwóch zwycięstwach o następne postarała się czwórka z kolejnym gorzowianinem, Michałem Jelińskim w osadzie. W 2016 r. zaś pierwsze złoto trafiło do osady kobiecej, a wywalczyły je w dwójce podwójnej Magdalena Fularczyk-Kozłowska oraz Natalia Madaj. W sumie polskie wioślarstwo posiada w skarbcu 18 medali olimpijskich, w tym cztery złote i aż w trzech przypadkach udział mieli zawodnicy AZS AWF Gorzów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.