Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pod koniec lutego Ewelina Dymek dostaje maila od redakcji „The Washington Post”. Wiadomość ląduje w spamie. Rano Ewelina czyści skrzynkę mailową. Myśli, że to newsletter tej gazety, ale na szczęście maila nie usuwa. A wcześniej zdarzało się, że niektórzy jej koledzy po fachu podobne zlecenia wyrzucali niechcący do kosza.

– Przeczytałam i byłam w szoku – mówi mi Ewelina. Redakcja jednej z największych gazet na świecie poprosiła ją o ilustracje do swoich tekstów. – Było mi strasznie miło, że ktoś znalazł moje prace w przepastnym internecie. Ktoś od nich wpadł na moją stronę internetową i tak się potoczyło. Zawsze chciałam dotrzeć do takich tytułów. To jest marzenie każdego ilustratora. Praca z firmami pokroju Nike czy Adidas.

Dymek miała przygotować ilustracje do marcowego numeru „TWP”. Miała na to cztery dni. Mało.

– Ale pomyślałam sobie: to jest „The Washington Post”, po prostu nie będę spać, ale zdążę, zrobię to. I zrobiłam – uśmiecha się nowosolanka, która dziś mieszka w Poznaniu.

Pierwsza ilustracja dla amerykańskiego giganta dotyczyła sztuki robienia zdjęć jedzeniu w restauracjach – takie fotografie zalewają codziennie Instagram. Drugi temat – jak restauratorzy przygotowują swoje lokale na potrzeby osób niepełnosprawnych.

Miliarderka Kulczyk

W Nowej Soli chodziła do ogólniaka. W ławce siedziała z Tomaszem Pieńczakiem, też świetnym ilustratorem. Później pojechała do Poznania, tam skończyła filologię angielską. Ale nie rozpoczęła pracy nauczycielki. Poszła w projektowanie, ilustrowanie, grafikę.

– Od dziecka rysowałam – podkreśla. – To była moja pasja, forma ucieczki od wszystkiego – od szkoły i obowiązków. Coś we mnie drzemało, że muszę to przelać na papier. Nie umiem niestety dobrze pisać, dobrze, że przynajmniej rysuję (uśmiech). Ale wtedy robiłam to raczej do szuflady. Nie byłam na tyle pewna siebie, żeby to komuś pokazywać. W trakcie studiów dalej malowałam, chociaż nie wiązałam z tym przyszłości. Niby chciałam, ale nie wiedziałam, jak zacząć.

Że chce związać się ze sztuką, wiedziała już w liceum.

Przełom nastąpił w 2013 r. Pomogła Grażyna Kulczyk, miliarderka i mecenaska sztuki. Żona biznesmena Jana Kulczyka organizowała przez lata warsztaty Art&Fashion Forum w poznańskim Starym Browarze. Ewelina od trzech lat starała się, żeby się tam dostać na kurs rysunku mody. Za trzecim razem się udało.

To duże wyróżnienie. Forum pokazało jej, jak może przekuć rysowanie na coś bardziej komercyjnego. Coś, co może przynieść pieniądze. Wtedy rynek ilustracyjny w Polsce nie był jeszcze tak wykształcony jak dzisiaj. Z biegiem lat np. wydawcy spojrzeli na ilustrację jako alternatywną formę dla fotografii.

– Grażyna Kulczyk i Magda Antoniuk, która była moją mentorką podczas warsztatów, zauważyły moje prace – wspomina Dymek. – Nasiąknęłam tym wszystkim i to mnie bardziej zmotywowało. Pani Kulczyk brała też udział w ostatecznym wyborze uczestników, zawsze miała ostatnie słowo. Na koniec forum opowiadaliśmy o swoich pracach i zostałam dostrzeżona.

Bank of America

Inspiruje ją moda, choć nie zamyka się tylko w tej dziedzinie.

Dla włoskiej wersji magazynu „Vanity Fair” przygotowywała ilustracje do artykułu o znanej marce Falconeri, która specjalizuje się w wyrobach z kaszmiru.

Dla Bank of America zrobiła 20 ilustracji, ten projekt załatwiła jej agencja w Londynie. Chodziło o zilustrowanie zaproszeń do corocznych bankietów banku, na które chodzą możni tego świata.

W przeszłości malowała też na żywo na 60-metrowej ścianie w centrum Londynu, w bardzo bogatej dzielnicy. Na Fb określiła ten projekt jako „mocno hardcorowy”. – To było moje pierwsze zlecenie, odkąd dołączyłam do agencji, która mnie reprezentuje – zaznacza Dymek. – Kamienica, gdzie mieści się hotel, była wtedy remontowana. I właściciele stwierdzili, że fajnie byłoby pokazać aspekt luksusu, elegancji tego miejsca.

Mural reklamowy według projektu Eweliny można było też zobaczyć w Warszawie.

Kilka lat temu współpracowała też z organizacją charytatywną Forda, amerykańskiego koncernu motoryzacyjnego, która wspiera kobiety w trakcie albo już po leczeniu raka piersi. Dołożyła swoje dwie ilustracje do specjalnego kalendarza.

Wykonała też pracę dla Solanin Film Festiwal, kulturalnej dumy Nowej Soli: – Miałam przyjemność narysować reżysera Marka Koterskiego. Konrad Paszkowski, mój dobry kolega i ówczesny dyrektor Solanina, zapytał, czy nie chciałabym zrobić portretu. Odparłam: nie ma sprawy. Chciałam wesprzeć to wydarzenie za darmo, tak że nawet nie było negocjacji, jeśli chodzi o jakieś pieniądze.

Jerzy Pilch

Kilka lat temu zrobiła również serię ilustracji do książki „This Year Will Be Different”. – Autorkę – Monikę Kanokovą – poznałam w internecie. Zauważyła mnie na Instagramie. Szykowała książkę o kobietach, które przechodziły z etatu na swoją własną działalność; o tym, jak przygotować się do bycia freelancerką – opowiada Ewelina. Każdy rozdział był poświęcony innej dziewczynie. Do każdego powstała osobna ilustracja.

Ewelina Dymek jest również autorką okładki najnowszej książki Jerzego Pilcha „Żółte światło”. – O, super, że mogę wreszcie zobaczyć tę książkę, bo nie mogłam jej wcześniej znaleźć – mówi mi, kiedy się spotykamy.

Na okładce u Pilcha są narysowane pionki na szachownicy. Jednym z nich jest figura nagiej kobiety. Dymek nawiązała tą okładką do samej prozy Pilcha. Autor w „Żółtym świetle” pisze m.in. o legendarnym zdjęciu, na którym naga artystka Eve Babitz gra w szachy z Marcelem Duchampem, francuskim malarzem, rzeźbiarzem i twórcą filmowym. – Wcześniej dostałam do przeczytania sto stron tej książki – zdradza Ewelina. – Trochę się przeraziłam, bo Jerzy Pilch jest zasłużonym autorem, ale piszącym bardzo specyficznie, jest trudny w odbiorze. Nie pisze lekkich książek. Pomyślałam: do odważnych świat należy, zmierzę się z tym.

Wielka Litera – wydawnictwo, które wydało najnowszego Pilcha – odezwała się do niej w lipcu. Praca nad okładką trwała dwa miesiące. Sam Pilch ponoć początkowo chciał dać na okładkę zdjęcie Babitz i Duchampa, ale były problemy prawne i to okazało się niemożliwe. Dlatego zadaniem Eweliny była interpretacja połączenia szachów i kobiecości.

Marzenie: „New York Times”

Prace Dymek robią wrażenie. Ona protestuje, gdy mówię, że jest artystką: – Nie lubię być tak nazywana. Bardziej myślę o sobie jako o rzemieślniku. Jestem od konkretu: klient przychodzi do mnie z problemem, a ja go rozwiązuję – robię grafikę. Nie lubię kreować się na wielką artystkę, bo nią nie jestem. OK, w jakichś prywatnych projektach lubię pokazywać, co siedzi mi akurat w głowie poprzez np. dobór kolorów czy formy, ale artystą jest np. Monet albo Picasso.

Jak pracuje Ewelina Dymek? Kiedyś lubiła siedzieć nad projektami do późnej nocy. Wtedy miała spokój: nikt nie męczył ją mailami, na Facebooku była cisza. Ale od jakiegoś czasu wstaje rano i pracuje od godz. 9 – czasami aż do 20. Wszystko zależy od tego, do kiedy ma deadline. Po projektach komercyjnych nadal lubi rysować coś dla siebie. Eksperymentuje formami, by docierać do innych zleceniodawców.

Ostatnio Ewelina stworzyła ilustracje z okazji otwarcia sklepu marki Kiehl’s w Nowym Orleanie, ale też grafiki do kultowego amerykańskiego „Playboya” – niebawem zostaną opublikowane.

Jej wymarzone projekty w przyszłości to praca dla „New York Times’a”, ekskluzywnych marek sportowych i cenionych projektantów mody. No i „Vogue” – chciałaby, żeby jej prace pojawiły się w którymś z wydań. – Niekoniecznie w polskim. Może być w zagranicznym – uśmiecha się nowosolanka.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.