Moja mama nie będzie już nigdy sprawna. Wystarczyło przewieźć ją do innego szpitala i wykonać embolizację - opowiada Justyna.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pani Anna* dobiega czterdziestki. Od lat dokuczały jej migreny. Brała leki, regularnie się badała. W grudniu 2017 r. zrobiła EEG. Wyniki trafiły do neurolog z miejscowej przychodni, prowadzącej panią Anię. – Już wtedy coś się działo w jej głowie – mówi Justyna*, córka. Ale lekarka swojej pacjentki o tym nie powiadomiła. – O niekorzystnym wyniku dowiedziałyśmy się, gdy było już zdecydowanie za późno – dodaje.

12 kwietnia 2018 r. Pani Ania nagle upadła na podłogę. Zdrętwiała, choć nie straciła przytomności. Jej mąż, Patryk, zadzwonił po karetkę. Pogotowie odmówiło przyjazdu. Pojechali do przychodni. Lekarz rodzinny przepisał leki, odesłał do domu i wypisał skierowanie na neurologię w szpitalu wojskowym w Żarach, gdyby nie było poprawy. Po kilku dniach, gdy Justyna, przyszła maturzystka, wróciła ze szkoły, mama wymiotowała, ledwo otwierała oczy.

– Stwierdziliśmy z tatą, że nie dzwonimy po ambulans. Jedziemy prosto do szpitala – mówi.

Kobieta ledwo wspięła się po schodach prowadzących na oddział neurologiczny 105. Szpitala Wojskowego w Żarach. Nie rozumiała, co się do niej mówi, osuwała się po ścianach. Na miejscu powiedziano, że mimo fatalnego stanu najpierw trzeba zarejestrować się na SOR. Tam zlecono wykonanie tomografii, ale badanie niczego nie wykryło. Kobieta była tak słaba, że nie można było jej wypisać do domu.

Pani Anna przebywała na oddziale neurologicznym przez tydzień

Musieliśmy dostarczyć dokumentację z wcześniejszego przebiegu leczenia. Wtedy też dowiedzieliśmy się, że jej neurolożka z przychodni wiedziała o złych wynikach EEG znacznie wcześniej, wszystko było w papierach – mówi Justyna.

W szpitalu pani Ania zaczęła tracić pamięć. Nie kojarzyła, kto ją odwiedził rano, gdy pytali o to wieczorem. Zapominała imion, słów. Mówiła niewyraźnie, bez ładu i składu. Ponowne badanie tomografem, tym razem z kontrastem, wykryło tętniaka tętnicy środkowej. Lekarka poprosiła rodzinę do siebie. – Powiedziała, że tętniak jest mały, ale i tak może być niebezpieczny. Dlatego mieli ją przewieźć na bezinwazyjny zabieg embolizacji do specjalistycznej placówki w Legnicy – opowiada dziewczyna.

W dniu wyjazdu okazało się, że przenosin nie będzie. Zaczęły działać leki, które miały zmniejszyć obrzęk mózgu. Z początkiem kolejnego tygodnia pani Ania wyszła ze szpitala. Lekarze polecili, by sama udała się do szpitala w Legnicy. Wypisali skierowanie. Gdyby wystąpił ból, miała zażyć ketonal i tramal.

Dzień później, gdy szpitalne leki przestały działać, kobieta poczuła się gorzej.

Usłyszałam wrzask, którego nigdy w życiu nie słyszałam. Mama siedziała na łóżku. Nie można było jej zrozumieć. Ból był ogromny. Spodziewałam się najgorszego – mówi ze łzami w oczach Justyna.

Tym razem pogotowie nie odmówiło pomocy. Śmigłowiec LPR zabrał panią Annę z przydomowego podwórka. Kobieta trafiła do zielonogórskiego szpitala. Lekarze w ostatniej chwili zdążyli zoperować pęknięty tętniak. Zabieg trwał trzy godziny. By dostać się do tętniaka, trzeba było usunąć fragment czaszki. Kobieta przez pięć dni była w śpiączce, ale wybudziła się. Niestety, rozlany tętniak sparaliżował prawą stronę ciała. Rozpoczęła się intensywna rehabilitacja, masaże i ćwiczenia z logopedą.

Po ponad miesiącu kobieta opuściła szpital na własnych nogach. – Lekarze mówili, że silna wola i młody wiek przyczyniły się do poprawy – tłumaczy Justyna.

Wszystkie proste czynności kobieta wykonuje powoli. Musi dużo spać. Potrafi zapomnieć, że nastawiła coś w piekarniku. Rozmawia, ale myli głoski, bywa niezrozumiała. Wciąż miewa ataki padaczki. Już nieuleczalnej. To konsekwencja pękniętego tętniaka.

– Nie może zostać sama w domu, pójść do sklepu. W dodatku nie ma fragmentu czaszki. Rekonstrukcja zaplanowana jest na grudzień 2020 r. – wylicza Justyna. Rodzina dmucha i chucha na panią Annę. W trakcie starań o orzeczenie o niepełnosprawności pani Anna z najbliższymi udała się do neurolożki. Tej samej lekarki, która kilka miesięcy wcześniej nie poinformowała ich o złych wynikach EEG. – Postukała mamę młoteczkiem po kostkach, położyła na łóżku, kazała podnieść rękę i nogę do góry. I tyle. Oczekiwałabym większej empatii – mówi Justyna.

Ordynator oddziału neurologicznego w 105. Szpitalu Wojskowym w Żarach, dr n. med. Waldemar Sobański zapewnia, że szpital ze swojej strony zrobił wszystko, co mógł.

– Pacjentka została przyjęta z powodu bólów głowy. Wykonano tomograf, który niczego nie wykazał. Lekarka zleciła wykonanie angiografii i CT. Zdiagnozowano tętniaka tętnicy środkowej. Pacjentka została wypisana z oddziału bez deficytu neurologicznego. Otrzymała skierowanie i kontakt do placówki specjalistycznej w Legnicy. Tam rozpoczęłoby się leczenie w trybie planowym, czyli zgodnie z ustalonym terminem, przez tamtejszych lekarzy – wyjaśnia Sobański.

I ocenia działanie swoich lekarzy za wysoce profesjonalne. – Nie mogliśmy przewidzieć, że tętniak wkrótce pęknie. Naprawdę przykro mi z powodu tego, co przydarzyło się pani Ani. Ale procedura z naszej strony została przeprowadzona prawidłowo – twierdzi ordynator.

Wystarczyło dać nam znać o kiepskich wynikach mamy. Wystarczyło przewieźć ją w inne miejsce i wykonać embolizację. Teraz mama nie jest tym samym człowiekiem. Zmarnowali jej życie. Ja jestem dorosła, ale mój brat ma 13 lat. Mama jest mu potrzebna – tłumaczy Justyna.

* Imiona zostały zmienione.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej