Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przykład pierwszy, świeży, bo z ostatnich lubuskich wyborów do Sejmu, w 2015 r. PiS wygrywa w Lubuskiem z PO, co mu się zdarza pierwszy raz w dziejach. Dostaje 97 877 głosów, czyli o 201 więcej niż Platforma. Ułamek, promil, na pierwszy rzut oka, ale jak się okazało z jakimi dużymi konsekwencjami. Gdyby w tych samych wyborach, Lewica przekroczyła w kraju koalicyjny 8-procentowy próg wyborczy, to PO miałaby czworo, a nie pięcioro posłów. A to przez te zaledwie 201 głosów, decydujące w wyborczej arytmetyce. Do Sejmu pojechałby Bogusław Wontor z SLD, a nie Katarzyna Osos. A gdyby to PO miała o 201 głosów więcej niż PiS, posłem nie zostałby Jacek Kurzępa.

Chcecie innego przykładu? Rok 2011. SLD w Lubuskiem zdobywa jeden mandat poselski. Przypada Bogusławowi Wontorowi, który dostaje 8065 głosów, jedynie o sześć więcej niż lider listy Jan Kochanowski. Liderowi ciężko się pogodzić z werdyktem. Zgłasza protest wyborczy. – Miałem sygnały, że źle liczono głosy – mówi. Spór rozstrzygnął Sąd Najwyższy. Nie dopatrzył się pomyłki.

Nie inaczej, lecz wyłącznie od naszych głosów zależy kogo wysyłamy do Sejmu i Senatu. To dobry moment, by przypomnieć lubuskie rekordy wyborcze. A tak po sportowemu, to rekordy są także po to, żeby je bić. Indywidualny rekord w zdobyciu głosów w woj. lubuskim należy do Stefana Niesiołowskiego. Polityk PO poprzeczkę podniósł wyjątkowo wysoko w 2007 r. Zebrał aż 69 385 głosów. Jak widać, przez 12 lat nie znalazł pogromcy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.