Zdarzyło mi się znaleźć na plaży zagubione dziecko. Pytam, gdzie są rodzice. Mały pokazuje palcem, tato siedzi sobie pod drzewem z piwkiem. Nie dziękuje za pomoc, a ma pretensje. A do dziecka leci z łapami - mówi Marek Cieśla, ratownik WOPR.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od 2015 r. w całej Polsce utonęło ponad 1300 osób. Do tej pory w 2019 r. z wody nie wynurzyło się 196 osób. W 2018 r. w Lubuskiem utopiło się 15 osób. W tym roku już na tę chwilę woda zabrała tyle samo osób. A sezon trwa.

Ratownicy ciężko pracują, żeby te liczby były jak najmniejsze. Ale z ludzką głupotą nie są w stanie walczyć.

Marek Cieśla jest ratownikiem WOPR od ponad 20 lat, dbał o bezpieczeństwo plażowiczów w całym kraju. Oprócz tego szkoli przyszłe pokolenia ratowników.

Rozmowa z Markiem Cieślą

Filip Ziarek: Jak pan został ratownikiem?

Marek Cieśla: – Wychowałem się nad jeziorem Niesłysz. Żeby się wykąpać, musiałem przejść jedynie 100 metrów. W ratownictwo wciągnął mnie sąsiad. Zapytał, czy chcę zostać młodszym ratownikiem WOPR. I tak się właśnie stało. Później zostałem starszym ratownikiem i instruktorem, co nie było proste. Na 30 osób zaledwie kilka zdaje egzamin. Mnie się udało. Do tego trzeba zaliczyć odpowiednie kursy, wypracować określony czas nad morzem itd.

Jak wygląda dzień pracy ratownika?

– Najpierw zagrabiamy plażę. Żeby nie było dołków. Ktoś mógłby w nie wejść i zrobić sobie krzywdę. Sprawdzamy czy na dnie zbiornika wodnego nic nie leży. Musimy się przejść po pomoście, być może z desek wystają gwoździe. Obejrzeć drabinki. Jeśli trzeba, wywiesić czerwoną flagę. A potem patrzeć na wodę, nawet mimo zakazu kąpieli, na miejscu zawsze jest ratownik.

Profilaktyka w tym wypadku oznacza o wiele mniej przykrych zdarzeń. Eliminacja wszystkich potencjalnych zagrożeń jest konieczna. Grunt to właściwa organizacja pracy. Bo dobry ratownik to suchy ratownik.

Wydaje się, że zagrożeń można uniknąć czytając regulamin kąpieliska. I przestrzegając go.

– Ludzie tego nie robią. Nie czytają regulaminu. Nie dociera do nich np., że zaraz po posiłku nie wolno wejść do wody. Niezrozumiałą kwestią dla wielu są też boje. Czerwone dla niepotrafiących pływać, żółte dla tych, którzy wierzą w swoje umiejętności. Wszyscy z założenia świetnie pływają. A my widzimy, kto sobie radzi, a kto niekoniecznie. Gwiżdżemy, upominamy. Ale bywa, że i tak nie posłuchają naszej rady.

Są oczywiście tacy, którzy rozumieją, że nie powinni czegoś robić. Nad morzem ratowałem dwukrotnie jednego mężczyznę. W ciągu dwóch dni. Wówczas warunki nie sprzyjały pływakom. Ale mężczyzna po pierwszym razie wniosków nie wyciągnął. Trzeba było go ratować kolejny raz.

Często zdarzają się twardogłowi, czyli ci spożywający alkohol. Mojego kolegę pobito za to, że zwrócił uwagę grupce, która piła na pomoście. Dlatego do awanturujących się wzywamy policję.

Zdarzyło mi się znaleźć na plaży zagubione dziecko. Pytam, gdzie jego rodzice. Mały pokazuje palcem, tato siedzi sobie pod drzewem z piwkiem.

Nie dziękuje za pomoc, a ma pretensje. A do dziecka leci z łapami.

Marek Cieśla, ratownik WOPR  z Zielonej Góry
Marek Cieśla, ratownik WOPR z Zielonej Góry  Fot. Filip Ziarek/ Agencja Wyborcza.pl

Ludzie nie dziękują za to, że im pomagacie?

– Niektórzy nie. Znam sytuację z basenu CRS przy ul. Sulechowskiej, gdzie ratownicy uratowali mężczyznę, który dostał zawału w wodzie. Kilka dni później przyszła jego żona. O podziękowaniach nie było mowy. W nagrodę za uratowanie życia jej męża, kobieta zrobiła awanturę. Bo zginęły jego klapki...

Jak dotrzeć do opornych?

– Robimy, co możemy. Poza sezonem nauczamy w szkołach i np. na piknikach zdrowia. Staramy się dotrzeć nie tylko do dzieci. Z doświadczenia wiemy, że dorośli również nie wiedzą, jak należy zachowywać się nad wodą. Dzielimy się wiedzą, jak radzić sobie w danej sytuacji.

Co zrobić, gdy widzimy, że ktoś się topi?

– Podkreślam, zawsze pierwszą czynnością jest wezwanie pomocy. W żadnym wypadku nie podajemy ręki i nie podchodzimy. Nie dopuszczamy do kontaktu fizycznego. Wiem, że łatwo się tak mówi, bo to naturalna reakcja. Ale dzieci topią rodziców, rodzice swoich małżonków itd. Być może mamy pod ręką nadmuchany materac. Widzimy długi kij, cokolwiek, co w bezpieczny dla nas sposób pomoże topiącemu się. Rzucamy to w jego stronę, żeby mu pomóc.

Nie wolno wskakiwać do wody. Bo sami zrobimy sobie krzywdę. Tonący instynktownie będzie nas łapał niczym drabinę. I pójdziemy na dno razem z nim.

Ratownicy uczą się, jak wydostać się z chwytu tonącego. Jeśli zrobią to we właściwy sposób, ratunek będzie skuteczny. Wiedząc, że nie jesteśmy w stanie samodzielnie udzielić pomocy, czekamy na wsparcie. Tak samo robią strażacy. Nie wchodzą do płonącego domu wiedząc, że ten lada moment się zawali. Szukają racjonalnego rozwiązania.

W tłumie niełatwo wypatrzyć topiącego.

Tonący porusza się jak spławik. Góra-dół. Milczy i nie krzyczy. Gdy tylko widzimy, że ktoś zachowuje się w ten sposób, to od razu ruszamy w jego kierunku. To pierwszy etap tonięcia. Są cztery. Drugi zaczyna się wtedy, gdy osoba zaczyna spadać na dno. Trzecia, gdy znajduje się pod lustrem wody. Ostatni, gdy leży na dnie.

Pierwszy z nich może wyglądać jak zabawa. W szczególności wśród dzieci. Niewprawne oko nie wychwyci tego, że ono się topi. Ja obserwowałem już tysiące pływających. Dzięki doświadczeniu dostrzegam to, że ktoś porusza się nienaturalnie.

Najczęściej topią się ludzie potrafiący pływać?

– Tak. Bo ktoś, kto nie potrafi pływać nie wejdzie do głębokiej wody. Będzie trzymał się brzegu. Przyznam szczerze, że w swojej karierze zawsze ratowałem ludzi, którzy umieli pływać. A płeć czy warunki fizyczne w tym przypadku są nieistotne.

Czy wyciągnął pan kiedyś z wody topielca?

– Kiedyś pomagaliśmy strażakom w akcji poszukiwawczej. Płynęliśmy po omacku, z wyciągniętymi dłońmi do przodu. Kolega bardzo to przeżywał. Budził się w nocy przestraszony. To zdemolowało mu psychikę. Oczywiście po czasie się otrząsnął.

Osobiście miałem kilka równie nieprzyjemnych sytuacji. Kiedyś ratowałem małą dziewczynkę, dostała udaru cieplnego i ataku epilepsji. Udało się ją ocalić, ale zawsze będę pamiętał o tamtej chwili. Mam dziecko i takie sytuacje w szczególności wzbudzają we mnie emocje.

Marek Cieśla

Ratownik WOPR Zielona Góra od 1997 r., instruktor WOPR nr 1213, oprócz tego m.in. instruktor żeglarstwa oraz płetwonurkowania.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej