- Ręce opadają. Taki rodzaj szczucia ludzi, jak w kazaniu arcybiskupa Jędraszewskiego, jest niegodny instytucji religijnej. W państwie prawa taki rodzaj szczucia jest przestępstwem. Powinno być to wzięte pod paragraf i ukarane - mówiła Olga Tokarczuk. Pisarka w sobotę była gościem Akademii Sztuk Przepięknych na Pol'and'Rock Festivalu.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Olga Tokarczuk to jedna z najważniejszych polskich pisarek współczesnych. Dwukrotnie otrzymała Literacką Nagrodę Nike – w 2008 r. za powieść „Bieguni” i w 2015 r. za „Księgi Jakubowe”. W ub. roku została laureatką międzynarodowego Bookera za angielskie wydanie „Biegunów”. Tokarczuk mieszka na Dolnym Śląsku, ale jest związana z województwem lubuskim. Urodziła się w Sulechowie, krótko mieszkała w Klenicy.

W namiocie Akademii Sztuk Przepięknych na Pol’and’Rock Festivalu Olga Tokarczuk rozmawiała z festiwalowiczami o literaturze, podróżach, polityce i Polsce. Przyznała, że na festiwalu Owsiaka czuje się wspaniale. – Rozbiłabym tutaj namiot, siedziała, chodziła, rozmawiała z ludźmi i przybijała z nimi piątki. Mam wrażenie, że uczestniczę w małym, alternatywnym społeczeństwie, w którym czuję się szczęśliwa. To jest to, co mi się podoba – mówiła przy aplauzie publiczności.

Skąd ta niechęć i nienawiść?

– Jeśli tu jest kraina szczęśliwości, to skąd tak łatwo wzbudzić w nas, Polakach, niechęć i nienawiść? Dlaczego mieliśmy takie sceny, jak podczas Marszu Równości w Białymstoku? – pytała Katarzyna Janowska, prowadząca rozmowę.

– Też się nad tym zastanawiam, jak to możliwe, że tak łatwo można manipulować prawdą. Największą bzdurą ostatniego dziesięciolecia, a może i stulecia, była dla mnie wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o uchodźcach. Że przynoszą zarazki i pasożyty. To brak empatii, wręcz patologiczny, ale i wielkie kłamstwo, w które wielu ludzi uwierzyło. Po tej wypowiedzi i rozkręceniu całej propagandy przeciwko uchodźcom, Polacy zaczęli być im przeciwni, co widać było w badaniach socjologów – mówiła Olga Tokarczuk. – Teraz mamy do czynienia z wielką kampanią nienawiści w stosunku do LGBT. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że będziemy mieli ludzi, którzy szykują się do pogromów w Białymstoku. Gdyby nie policja, to doszłoby tam do mordów, polałaby się krew – dodawała. Jej zdaniem jako ludzie nie myślimy, nie nauczyliśmy się myśleć krytycznie. Z drugiej strony pisarka podkreślała, że wszyscy mamy te same, najlepsze potencjały.

Janowska pytała też Tokarczuk o rolę Kościoła w Polsce i o kazanie abpa Marka Jędraszewskiego. Metropolita krakowski w 75. rocznicę powstania warszawskiego mówił o „tęczowej zarazie” LGBT, która zastąpiła „czerwoną zarazę” bolszewizmu.

– Ręce opadają. Taki rodzaj szczucia ludzi, jak w kazaniu arcybiskupa Jędraszewskiego, jest niegodny instytucji religijnej. W państwie prawa taki rodzaj szczucia jest przestępstwem. Powinno być to wzięte pod paragraf i ukarane – mówiła pisarka.

Tłumaczyła, że obecnie słowo „ideologia”, które przez lata było neutralne, stało się jednym z zawłaszczonych przez polityków słów (w kontekście „ideologii LGBT”). – Muszę się z tym pogodzić, że to dziś słowo zawłaszczone. Ale ja się nie boję tego słowa. Bo cóż to jest ideologia? To jest przecież system przekonań. Każdy z nas ma jakiś światopogląd, człowiek nie może bez tego żyć – mówiła. – Zawłaszczonym słowem jest też dziś „naród”. Staram się go nie używać, bo już nie wiem, co znaczy – dodawała.

Tokarczuk odniosła się też do używanej w Kościele metafory o pasterzu i owieczkach. – Nie za bardzo rozumiem, dlaczego mam być pasionym zwierzęciem i dlaczego pasterz szczuje jedno zwierzę przeciwko drugiemu – mówiła.

Jak uczyć się mówić „nie”?

Autorka „Biegunów” mówiła uczestnikom festiwalu, że obecnie żyjemy w kulturze przesytu, która jest nastawiona na ciągłe mówienie „tak”. – Chcesz gdzieś pojechać? Tak. Chcesz mieć coś jeszcze? Tak. Chcesz coś jeszcze zrobić? Tak – opowiadała pisarka. – W świecie przesytu i niekontrolowanego przerostu wszystkiego, począwszy od potrzeb, a skończywszy na śmieciach, musimy zacząć się uczyć mówić „nie”. Być może taka filozofia, którą nazywam etyką ograniczenia, będzie czymś, co zacznie odgrywać coraz większą rolę w wychowaniu moralnym młodych ludzi. Nie musi być religijnie powiązana, ale chodzi o to, żebyśmy byli czujni w tym, co nam narzuca świat. Żebyśmy budowali mądre, asertywne różnice – mówiła.

Olga Tokarczuk – w odpowiedzi na pytanie, kim się czuje – tłumaczyła, że ma wiele tożsamości. Bo tożsamość jest jak tort piętrowy, ma wiele warstw. – Dzisiaj w Kostrzynie nad Odrą, na granicy między Polską a Niemcami, jestem Europejką. Jestem wychowana w kulturze europejskiej, znam europejską literaturę, jakieś języki obce. Oczywiście jestem Polką. Emocjonalnie i kulturowo czuję wspólnotę z ludźmi tutaj. Czuję się też kobietą, bo to pewna wspólnota doświadczenia: macierzyństwo, słabszość fizyczna, dyskryminacja. Jestem matką, pisarką, Dolnoślązaczką – opowiadała. Pisarka zapewniała, że nie da się zredukować do jednego punktu, jeśli chodzi o tożsamość. Tłumaczyła, że każdy człowiek rodzi się z wielkim potencjałem i ma w sobie wiele osobowości. – Te niezrealizowane gdzieś w nas zostają. Jako pisarka bardzo często z nich korzystam – opowiadała.

Tokarczuk o remedium na podziały

Mówiąc o Polsce, Tokarczuk nawiązała do podziału kraju na część „niebieską” i „czerwoną” (jak jest to przedstawiane w medialnych grafikach), czyli na województwa głosujące na PO i PiS. Mówiła, że w sytuacji kolejnych podziałów jako Polacy doszliśmy do ściany. Rozwiązaniem może być decentralizacja i większa autonomia regionów. – Czasem się zastanawiam, czy Polska nie jest wewnętrznie bardzo zróżnicowanym krajem, kolekcją regionów, i że to jest ta różnorodność przez wiele lat zamiatana pod dywan. I czy właśnie większa decentralizacja nie byłaby dobrym remedium na Polskę PiS i PO, Polskę laicką i katolicką – tłumaczyła. Opowiadała, że na Dolnym Śląsku, gdzie mieszka, coraz ważniejsze staje się poczucie przynależności lokalnej, którego nie było jeszcze w latach 80.

Festiwalowicze pytali Tokarczuk, skąd jako pisarka bierze tematy do swoich dzieł. – Raczej to tematy wybierają mnie. Jestem pisarką do wynajęcia przez tematy, które krążą nad naszymi głowami. Zostaję czymś zafascynowana i wpadam w pewnym sensie w obsesję na jakiś temat. Nie mam wtedy wyboru, ucieczki, zaczynam czytać na ten temat. Ta obsesja prowadzi mnie do tego, że zaczynam przelewać myśli na papier – mówiła.

To nie zawód, to przymus

Pisarka tłumaczyła, że pisanie nie jest jej zawodem, a raczej rodzajem kompulsji, przymusu lub hobby, z którego żyje. – Ale to nie jest profesja, bo ktoś, kto wykonuje profesję, jest od niej autonomiczny, a ja muszę to robić. Nie potrafię robić nic innego – opowiadała.

Jedna z uczestniczek spotkania pytała, czy jest jakieś miejsce, do którego Tokarczuk chciałaby pojechać. – Jestem teraz zmęczona podróżami. Chciałabym mieć dwa, trzy lata, kiedy nigdzie nie pojadę – wyjaśniała. Opowiadała o podróży po Azji sprzed ośmiu lat, kiedy po przejechaniu bardzo wielu kilometrów trafiła na wymarzoną plażę. Okazało się, że plaża była cała zasłana stertą śmieci, nie można tam było się położyć ani odpocząć. – Pomyślałam wtedy, że sama przyczyniłam się do takiego stanu rzeczy. Że moja podróż też generowała zużycie dwutlenku węgla, plastiku. Odechciało mi się wtedy podróżowania do świata, który jest brudny, gdzie żyją biedni, cierpiący ludzie – mówiła. – Jako turysta zdałam sobie sprawę, że biorę udział w nie do końca etycznym przemyśle, i może lepiej będzie, że zostanę w domu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej