- Ciotki Kaczyńskiego wspominały Leszka i Jarka, jak wchodzili pod stół i coś tam robili. "Chłopcy są mądrzy, że aż strach" - mówiły. Chciałbym się cofnąć do tego momentu - opowiadał Mariusz Szczygieł na festiwalu Jurka Owsiaka.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mariusz Szczygieł i Filip Springer, znani polscy reportażyści, byli gośćmi Akademii Sztuk Przepięknych (ASP) na festiwalu Pol’and’Rock w Kostrzynie nad Odrą. Obaj są związani z „Dużym Formatem”. Szczygieł to znawca i miłośnik Czech, autor książek „Gottland”, „Zrób sobie raj” czy „Laska nebeska”. Springer opisuje miejską architekturę. Napisał m.in. „Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL”, „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni” czy „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast”.

Odpowiadali na pytania o bohaterów swoich reportaży, życie w Polsce, media zdominowane przez „świat krótkich wiadomości”. Co zrobić z prawdą o dzisiejszej Polsce? Gdzie ona jest? Na festiwalu Pol’and’Rock czy w Białymstoku?

Springer: – Prawda jest tu i tam. Jedna z prawd właśnie napieprzała obywateli pod pomnikiem Powstania Warszawskiego. Świat polega na różnych konfliktach, starciu różnych narracji, w które się wikłamy. I potem jesteśmy zdziwieni, że paru łysych gości naparza tych pod tęczową flagą. Od mediów można domagać się kwestionowania tych narracji. By człowiek przestał się uważać za pana świata i pomyślał, bo planeta w tym wieku nam się skończy.

Szczygieł: – O jaką prawdę pytamy? Moją, twoją, prawdę momentu, emocji? Ja na przykład bardzo rozumiem Jarosława Kaczyńskiego. Wiem, co się dzieje się z człowiekiem po stracie najbliższego człowieka. A brat bliźniak to część jego samego. Staram się zrozumieć, ale nie usprawiedliwiam tego, że można osobiste nieszczęście przenosić na całe społeczeństwo.

Tak jak pamiętam, gdy Kotański zakładał domy dla chorych na AIDS. Ludzie rzucali kamieniami, podpalali. Bo się bali, nie wiedzieli, co robić. Mogę to zrozumieć, choć nie usprawiedliwiam.

Reportaż z domu Kaczyńskiego

– Napisalibyście reportaż o Jarosławie Kaczyńskim? – pytał prowadzący spotkanie.

Springer: – Ja mógłbym o jego domu. Wraca, gdzie kładzie klucze, zakłada kapcie, gdzie kroi ogórka, przed snem wkłada piżamę albo galoty. Jak sobie radzi z organizowaniem przestrzeni. Nie wiem po co, ale mnie to interesuje.

Szczygieł: – Opisywać krzątactwo? Oswoić potwora, bo się krząta?

Springer: – Nie widzę potwora, widzę raczej człowieka chorującego na słabości, z którymi sobie nie radzi. Najgorzej to zacząć myśleć od razu o drugim człowieku, że jest potworem i zwierzęciem.

Szczygieł: – Musiałbym wejść do jego domu, porozmawiać. Panie Woźnickie, dwie ciotki Kaczyńskiego, wspominały Leszka i Jarka, gdy mieli po dziewięć lat. Wchodzili pod stół i coś tam robili. „Chłopcy są mądrzy, że aż strach” – mówiły ciotki. Chciałbym się cofnąć do tego momentu. Co pod tym stołem robili, co myśleli.

Springer: – Zapytałbym Kaczyńskiego, czego się boi, co go cieszy, a co normalnie wku…

Jak wszedłem do domu Danuty Wałęsy

Reportażyści w domu na Żoliborzu nie byli. Szczygieł za to opowiedział reporterską historię z wyborów prezydenckich w 1990 r. Redaktorzy „Wyborczej” zlecili mu napisanie prywatnych portretów Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego. – Miałem 23 lata. Wymyśliłem, że opiszę ich domowe gabinety, to, co wisi na ścianach. Tyle że Wałęsa odebrał już „Wyborczej” znaczek „Solidarności”. Z gazetą był pokłócony, niedostępny dla niej – opowiadał Szczygieł.

– Zadzwoniłem do domu Wałęsów w Gdańsku. Pani Danuta od razu mnie zbyła. „Proszę pana, mąż nie udziela wywiadów nawet prasie zagranicznej, a co dopiero wrogiej »Wyborczej«”. Rozpaczliwie mówię: „Pani Danuto, a ja całą noc się modliłem, żeby pani mnie wpuściła”. Po chwili słyszę: „»Wyborczej« musiałabym odmówić, ale wierzącemu nie mogę. Niech pan przyjeżdża, daję 20 minut”.

Wyczytałem gdzieś, że Danuta była kwiaciarką. Pod gdańskim dworcem w kwiaciarni zapytałem, jaki kwiat najbardziej by zadowolił kwiaciarkę. Odpowiedź: najdroższy. Zameldowałem się przy ul. Polanki ze storczykiem w plastikowej kuli. Siedziałem godzinę. Rozmawialiśmy, Wałęsowa siekała kotlety. Przy wyjściu mnie zaskoczyła i pyta:

– A pan na kogo będzie głosował?

– Ciężka sprawa – myślę. Odpowiadam, że na prof. Łętowską. Nie liczyła się, sondaże dawały jej znikome procenty.

– Co, na babę? Nigdy.

– A pani to na kogo głosuje?

– Na męża.

– A dlaczego?

Zastanowiła się chwilę i mówi:

– Bo to bardzo dobry człowiek.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej