W dzisiejszym 鈍iecie coraz bardziej brakuje mi subtelno軼i. W naszej cywilizacji jest o ni coraz trudniej. Subtelno嗆 umiera w fast foodach, na autostradach, w telewizji, w internecie, a wraz z ni znika, umiera cz這wiek, kt鏎y potrafi s逝cha drugiego, kt鏎y potrafi z drugim rozmawia - m闚i Wojciech Pszoniak na ASP Jurka Owsiaka.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wojciech Pszoniak, aktor, pierwszy raz był gościem Akademii Sztuk Przepięknych na festiwalu Jurka Owsiaka. Mówił o tym, jak został aktorem, jak wchodzi w role i... że warto pójść jesienią na wybory.

– Aktorstwo uczy zrozumienia drugiego człowieka, pokazuje, jak czytać drugą osobę – tłumaczy. Ale gdy sam zostawał aktorem, nie rozumiał, dlaczego chce nim być. Dziś stawia sprawę jasno: – Jestem głodny drugiego człowieka – tłumaczy i przyznaje, że staliśmy się zakładnikami cywilizacji. Coraz mniej ze sobą rozmawiamy.

Wojciech Pszoniak na Pol'And'Rock
Wojciech Pszoniak na Pol'And'Rock  ASP

Jak Pszoniak uczy studentów? Nie uczy.

– Aktorstwa nie można nauczyć. Uczę wrażliwości, tego, co mi najbliższe, że aby dobrze zagrać kogoś, trzeba go zrozumieć, wejść w jego skórę. Aktorstwo jest próbą zrozumienia drugiego człowieka – mówi i dodaje, że aktor nie może być „kochany w banalny sposób”, bo najlepsze role to te, w których się aktora nienawidzi.

– Nie grałem, nie udawałem – zarzeka się. – Ja nie gram Korczaka, Moryca, Robespierre'a. Ja nimi jestem. Bywam żałosny, słaby, mocny. Nie wstydzę się pokazać tego w swojej roli. Każda rola zostaje we mnie, w każdej roli zostawiam siebie – mówi.

Przyznał, jak bardzo zmieniła go rola Korczaka. Bo nie zagrał go, a próbował nim być. Dużo czytał o getcie.

– Tak głęboko we mnie to pozostało, że przez wiele lat, pytany o rolę, głos mi się łamał – mówi Pszoniak.

Nie można zagrać rasy, koloru skóry

Pszoniak o mały włos nie zostałby aktorem. Pierwsze egzaminy do PWST oblał. Wykrzyczał komisji „Niech się wam wydaje, kur.., że nie będę aktorem”.

– I wyszedłem. Nie to, że byłem taki pewny, ale czułem się zlekceważony. Miałem wrażenie, że wszyscy byli zbyt zmęczeni, by mnie dostrzec. To pokazało mi, że nie można mnie tak łatwo złamać – przyznaje po latach.

Owszem, marzył by zagrać u Felliniego, u Bergmana, ale się nie udało, jest jednak zadowolony z wielu ról. Czyta krytyków, ale nic sobie z tego nie robi.

– Sam jestem najsurowszym krytykiem dla siebie – odpowiada.

Pszoniak wspominał swoją młodość. Był zaopatrzeniowcem, nosił półtuszki w rzeźni, mył okna i był... świetnym psim fryzjerem.

– W człowieku wszystko odkłada się jak na twardym dysku. Nie można niczego wymazać. Potem w roli po to sięgasz – tłumaczy i zastrzega, że nie można zagrać rasy, koloru skóry, zawodu.

– Za każdym razem pierwszy jest człowiek. Jestem szewcem, Żydem – mówi Pszoniak.

Białystok...

Sytuację w Białymstoku Pszoniak na Pol'And'Rok kwituje krótko. – Tam było barbarzyństwo, straszne zwyrodnienie. To jest hołota – mówi i tłumaczy, że tam, gdzie jest sztuka, nie ma miejsca na przemoc.

– I sztuka słuchania i zrozumienia drugiego człowieka – dodaje przewrotnie.

Wojciech Pszoniak na Pol'And'Rock
Wojciech Pszoniak na Pol'And'Rock  ASP

– W dzisiejszym świecie coraz bardziej brakuje mi subtelności. W naszej cywilizacji jest o nią coraz trudniej. Subtelność umiera w fast foodach, na autostradach, w telewizji, w internecie, a wraz z nią znika, umiera człowiek, który potrafi słuchać drugiego, który potrafi z drugim rozmawiać. Nagranie opowiadań „Profesora Tutki” traktuję osobiście. To moje koło ratunkowe przed nadejściem potopu, przed zalewem pospolitości, brutalności i wulgarności – przeczytał słowo wstępu do wydanego ostatnio audiobooka.

Jego odpowiedź na obecną sytuację polityczną?

– Nie świruj, idź na wybory! – mówi.

Pol'And'Rock pyta, jak zagrać mordercę?

Festiwalowicze dopytywali aktora, że skoro twierdzi, by grać dobrze, trzeba sięgnąć po własne doświadczenia, przeżyte emocje, jak zagrać psychopatę lub mordercę? Zamordować kogoś? Pszoniak przyznał, że gdy był nastolatkiem, chciał zabić matkę magnetofonem radzieckim, gdy zrobiła burę za to, że koleżanka zbyt późno zapukała do drzwi.

– Oczywiście magnetofonem nie rzuciłem. Ale te emocje pamiętam do dziś. Przydały się w Biesach – tłumaczy.

Długo sprzeciwiał się roli Robespierre'a w „Dantonie” Andrzeja Wajdy.

– Nie podejmuję się rzeczy, których nie znam, nie mogę zrozumieć. Nie mogę wejść w taką postać. Długo odmawiałem Wajdzie. W końcu wziąłem kieliszek, dwa, wódki i zacząłem się zastanawiać, czy mogę się o coś zaczepić? Jestem idealistą, jestem bykiem, jak Robespierre. Musiałem zniszczyć w sobie całą część Pszoniaka. Przez półtora miesiąca niszczyłem swoje przyzwyczajenia, gesty. W końcu uznałem – mógłbym być Robespierre’em, gdybym wtedy żył!

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Wi璚ej