Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W niedzielne popołudnie czułam się nieswojo. Czegoś mi brakowało, coś miałam zrobić, ale nie pamiętałam co. A tak, szkoła. Przygotowanie lekcji na poniedziałek. Nic nie robię, jutro strajk. Pierwszy strajk w moim życiu.

Wyobraźmy sobie, że pracujemy przy obsłudze mostu. To stary most, od lat nieremontowany. Cały czas informujemy przełożonych, że są coraz większe pęknięcia, że w każdej chwili most może się załamać, że trzeba pilnie go wyremontować. Czasem sami kupimy parę śrubek, żeby go podreperować, bo to jedyna przeprawa na drugi brzeg. Co bogatsi kupują łódki i sami przepływają, ale cała reszta każdego dnia przechodzi z nadzieją, że most jeszcze dziś się nie zawali. Tymczasem przełożeni czasem kupią wiaderko farby i na tym koniec ich troski. I podłączają kolejne drogi do przeprawy przez ten most. A my jedną nogą na emeryturze, zaś zmiennika nie widać…

Dzieci nie są zakładnikami

Tak właśnie wygląda nasza obecna edukacja. Od lat zaniedbana. Coraz więcej w niej sygnałów nadciągającej katastrofy i żadnych działań zmierzających do poprawy sytuacji.

Obecny strajk był przygotowywany od miesięcy, a mimo to władze mówią nam, że bierzemy dzieci za zakładników i że nie myślimy o ich przyszłości. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie: myślimy o każdym dziecku, które we wrześniu zacznie naukę, możliwe że na dwie zmiany, o tych, które za rok-dwa przyjdą do szkoły, w której być może nie będzie miał kto pracować. O tym, jak sprostać wymogom nowej, jeszcze bardziej przeładowanej podstawy programowej.

Myślimy też o naszych własnych dzieciach, które przez lata oglądały nasze plecy pochylone nad stertą prac do sprawdzenia i które bardzo szybko zrozumiały, że coś jest z rodzicami nie halo, bo mimo wolnego nie mogą z nimi pojechać na wakacje.

Ale kolejne władze dalej tylko kupują farby. Na czas egzaminów obdzwoniono emerytów, przeszkolono leśników, strażaków i urzędników miejskich, aby mogli sprawować nadzór nad zdającymi. Są sygnały, że za tę pracę zapłacono im nawet 450 zł za dzień. Nauczyciel zaś nie dostaje nic za pracę w komisji egzaminacyjnej, nawet jeśli odbywa się ona w jego czasie wolnym.

„Hmm, bardzo roszczeniowa grupa”

W ostatnich latach słyszałam wiele opinii na mój temat. Że mam cztery miesiące wakacji, że jestem niedouczona, leniwa, chciwa, że edukacja jest bez sensu, że szkoła nigdy nikogo niczego nie nauczyła.

Pewnego dnia na jakimś przyjęciu posadzono mnie obok całkiem majętnego człowieka. Gdy usłyszał, że jestem nauczycielką, odparł: „Hmm, bardzo roszczeniowa grupa”. Po paru sekundach miał o mnie wyrobione zdanie. To wszystko sprawia, że coraz mniej mi się chce chcieć.

To dlatego gdy było wiadomo, że strajk jest nieunikniony, napisałam na Facebooku post, w którym spokojnie i rzeczowo postanowiłam opowiedzieć o tym, jak wygląda codzienność nauczyciela. Że sami kupujemy sobie książki, że musimy pracować na domowym sprzęcie, że w trakcie roku szkolnego nie mamy żadnej możliwości wzięcia urlopu z powodu ważnych spraw jak pogrzeb osoby niebędącej członkiem najbliższej rodziny, że mamy obowiązki, za które nikt nie płaci, że w związku z reformą jesteśmy pozostawieni sami sobie, bo MEN nie robi nic.

Sama uczę języka francuskiego od prawie 25 lat. Przez ten czas ani razu nie dostałam ze szkoły niczego, co mi do pracy potrzebne. Każdy długopis, podręcznik czy papier kupuję sama. Od kilku lat mam w klasie komputer, ale jest chyba starszy niż moi uczniowie i nie ma na nim nawet pakietu Office. To nie wina mojej placówki, a całego systemu. Nikt nie zapewnia nauczycielom podręczników, z którymi pracują. Nauczyciele najpopularniejszych przedmiotów mają szansę dostać od przedstawicieli handlowych, ja cieszę się, jeśli w ogóle mam wybór pomiędzy podręcznikami zaakceptowanymi przez ministerstwo. Nawet jeśli dostanę podręcznik od przedstawiciela, całą obudowę muszę kupić sama: płyty (nie zawsze są dołączane), zeszyt ćwiczeń, przewodnik dla nauczyciela. Z tym podręcznikiem muszę pracować minimum 3 lata, a prawda jest taka, że mało który tyle wytrzymuje. Więc po roku-dwóch kupuję następny. Za własne pieniądze.

Wiele osób pisało pod moim postem, że są zszokowani. Nie zdawali sobie sprawy, że to tak wygląda.

Często jest tak, że patrzymy na edukację naszymi oczami ucznia sprzed 20 czy więcej lat. I oceniamy czas pracy nauczyciela wg czasu spędzonego w szkole przez ucznia. To tak jakby mówić, że Kamil Stoch pracuje tylko od listopada do marca, bo przecież tylko wtedy są zawody.

Zmiana, inaczej zginiemy

Decyzja o strajku nie była dla mnie łatwa, nie tylko z powodów finansowych. Każdego dnia liczę stracone lekcje, ale wiem, że doszliśmy do ściany. Ileż można mówić, że jest źle i patrzeć na bierność decydentów. Jeśli czegoś nie zrobimy, ktoś kiedyś nam zarzuci, że nie mieliśmy dość odwagi, by zawalczyć o przyszłość polskiej szkoły. Już dziś uczniowie mówią nam, że jeśli się poddamy, nie będziemy mieć moralnego prawa mówić im, aby walczyli o swoje, do końca. Nastał taki czas, że trzeba wybrać między tym, co dobre, a to dużo kosztuje, a tym co łatwe, za to jest za darmo, choć bez wartości.

Jestem tłumaczką przysięgłą, prowadzę moją kancelarię, bez której nie byłoby mnie stać na drukarkę, na której drukuję sprawdziany. Widzę, ile szacunku okazuje się tłumaczowi, a ile żałosnych spojrzeń nauczycielowi. 1000 złotych podwyżki to jedynie rekompensata za to, co dopłacamy do wytworzenia naszego miejsca pracy, za niepłatne obowiązki, coraz liczniejsze, za godziny pracy dużo liczniejsze niż ustawowe 40 godzin. Słychać głosy, że to dużo, ale czy w obecnej sytuacji nie stoimy przed wyborem: albo tyle albo wszystko runie? Czy chcemy, by dzieci były uczone przez (z całym szacunkiem) leśników i katechetów? Czy chcemy, aby łączono klasy w 40-osobowe lub więcej zespoły, bo brak chętnych do pracy za 1800 zł?

W tej trudnej sytuacji cieszy mnie jedna rzecz – te wszystkie głosy poparcia płynące z różnych stron. Jestem wdzięczna każdemu, kto przeczytał ten artykuł i mój post na Facebooku i pomyślał przez chwilę, że może rzeczywistość jednak wygląda inaczej, niż sobie wyobrażał. Bez tego wsparcia nie mamy szans na żadną zmianę w oświacie.

Ktoś powiedział, że skoro jest tak źle, to trzeba było nie iść do tej pracy. A co jeśli zasady gry zmieniły się wielokrotnie w trakcie? Zaczynałam 25 lat temu. Wtedy niezbędny był stopień licencjata, a pracować miałam 35 lat (w tym studia) lub do 55. roku życia. Czyli za 7 lat byłabym na emeryturze. Tymczasem po drodze musiałam uzupełnić studia magisterskie i okazało się, że na emeryturę przejdę w wieku 60 lat, czyli za lat 13. Reform, które wywracały naszą pracę do góry nogami, nie zliczę… I tylko dwie rzeczy się nie zmieniają – mizerna pensja i to, że kocham ten zawód.

*Katarzyna Fligier

Tłumaczka i nauczycielka języka francuskiego w V LO w Zielonej Górze.

Zróbmy solidarnościowy fundusz strajkowy

Za czas strajku nauczyciele nie dostają pensji – tydzień protestu to nawet kilkaset złotych straty. Forum Związków Zawodowych i Związek Nauczycielstwa Polskiego otworzyły konto, na które można wpłacać pieniądze, by wesprzeć strajkujących nauczycieli. Związkowców zainspirował do tego komentarz publicysty „Wyborczej” Wojciecha Maziarskiego.

Z pomocy funduszu będą mogli skorzystać ci, którzy nie należą do ZNP i FZZ. Numer konta do wpłat: 13 1240 5934 1111 0010 8960 6877. Dlaczego warto wesprzeć nauczycieli? Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.