Nie poczujesz go, stojąc w ogonku w hipermarkecie. Klimat Bożego Narodzenia znajdziesz w przyprószonej śniegiem starej chacie. Gdzie? Oczywiście w Muzeum Etnograficznym
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W ramach „Wyborczej Classic” przypominamy wywiad z 23 grudnia 2002 r., który ukazał się w zielonogórskiej „Wyborczej”. Archiwalne artykuły „Wyborcza Classic” znajdziecie na zielonagora.wyborcza.pl i gorzow.wyborcza.pl.

Rozmowa o Bożym Narodzeniu

Maja Sałwacka: Dlaczego w każdym rogu tej izby stoi słomiany chochoł?

Irena Lew, dyrektor Muzeum Etnograficznego w Ochli: – To nie chochoł, to dziad! Chochoł okrywa róże przed mrozem, a dziad miał zapewnić urodzaj na przyszły rok. Stawiano cztery dziady, z różnych zbóż w każdym rogu izby albo jeden, z owsa, pszenicy, żyta i jęczmienia na środku.

Barbara Łakomy, kustosz działu oświatowego: – Niektóre dziady dodatkowo ozdabiano, ale kiedy przyszła choinka, zapomniano o nich bardzo szybko.

No właśnie, jak to jest z choinką? Czy była już w domach naszych babć?

I.L.: Choinka przywędrowała do nas z Niemiec na początku XIX wieku. Na wsi pojawiła się dopiero po pierwszej wojnie światowej. Wcześniej na suficie wieszano podłaźniki – czubki drzewek obwieszone orzechami i owocami.

WŁADYSŁAW CZULAK

B.Ł.: Podobnie jak w przypadku choinki miały symbolizować nowe życie, oczywiście w dobrobycie. A im bardziej były kolorowe, tym bardziej miało być ono dostatnie.

No proszę, jeszcze sto lat temu w kątach stały dziady, a teraz nikt nie wyobraża sobie świąt bez choinki.

B.Ł.: W dzisiejszych świętach jest wiele nowych trendów. Chociażby postać św. Mikołaja – przerośniętego krasnoludka z białą brodą, w czerwonym kubraku. Mikołaj był bardzo skromnym biskupem z Mirry, a nie dziwakiem wchodzącym przez komin.

Więc kto domalował mu wielki brzuch i wsadził w sanie zaprzęgnięte w renifery?

B.Ł.: Myślę, że moda na takiego Mikołaja przywędrowała z Ameryki jakieś 20 lat temu. Jako dziecko nie dostawałam prezentów od Mikołaja na 6 grudnia. A w Wigilię z pierwszą gwiazdką prezenty przynosił Gwiazdor.

I.L.: Miał białą mitrę na głowie, a odziany był w białe ornaty. Niedobrym przynosił rózgę.

B.Ł.: W niektórych domach do dziś nie ma prezentów, aby nie odwracać uwagi dzieci od głównej idei świąt.

Zanim rozpakujemy prezenty pod choinką, czekają nas wielkie przygotowania. Jak to drzewiej bywało?

I.Ł.: Na święta bielono chatę, robiono generalne porządki i wyrzucano wszystko, co stare. No i przygotowywano jedzenie...

Obowiązkowo 12 potraw?

I.L.: Niekoniecznie, kiedyś ważniejsza była nieparzysta liczba potraw. Najlepiej, gdy było ich 13.

B.Ł.: Obowiązkowo musiały być bezmięsne. Kolejną tajemnicą wigilijnych potraw jest to, że jemy je na czczo. Wtedy potrawy smakują znacznie lepiej. W moim domu do wieczerzy pijemy tylko wodę. Jak post, to post! Ale za to jaka jest potem przyjemność.

Co stawia się najpierw na stole? Barszczyk z uszkami?

I.L.: U mnie tak, ale w wielu polskich domach jest jeszcze do wyboru zupa grzybowa albo rybna. Uszka nadziewam oczywiście grzybami.

B.Ł.: A potem pierogi z kapustą i grzybami.

Wszędzie grzyby...

B.Ł.: Na stole wigilijnym musiało znaleźć się coś z lasu, z pola i z jeziora. Z lasu były oczywiście grzyby. Oprócz nich z lasu jest kompot z suszonych owoców. Właśnie jemu zawdzięczamy niepowtarzalny zapach w domu w dniu wieczerzy. Z pola najczęściej przyrządzano szarą kapustę albo groch z kapustą.

Groch z kapustą
Groch z kapustą  ankawgarnkach.pl

I.L.: Nie wszyscy jednak go lubią. W moim domu zamieniliśmy groch na fasolę i podajemy ją zasmażaną z mąką. Nigdy nie mogę się najeść taką fasolką. Poza tym z pola jest jeszcze kutia – pszenica z miodem i makiem. Na Wileńszczyźnie zajadano się śliżykami – ciasteczkami pszennymi w zalewie mleczno-makowej.

Z wody to pewnie karp?

I.L.: Głównie tak, choć kiedyś częściej na stole gościły śledzie. Karpia trudno było dostać. Śledzie w beczkach z solą długo utrzymywały świeżość. Można je było kupić na wiejskich targowiskach.

B.Ł.: Rybę przyrządzano na różne sposoby – w galarecie, gotowaną, smażoną. Później także po grecku. Moją ulubioną.

To wszystko dla ciała, a co z duchem?

I.L.: Po spożyciu potraw w oczekiwaniu na pasterkę śpiewano kolędy i przyjmowano kolędników. Gospodarz dawał za taki występ jedzenie lub zapłatę.

B.Ł.: Dziś słuchamy kolęd z płyt, choć ja nie wyobrażam sobie świąt bez śpiewania. To daje niepowtarzalny klimat. Zanim zasiądziemy do wieczerzy, powinniśmy przeczytać Ewangelię Świętego Łukasza – wersety o narodzinach Chrystusa. To ma nam przypomnieć, dlaczego zebraliśmy się przy stole.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej