Kiedy dziecko przekona się, że to prawdziwa broda, kiedy nawet za nią pociągnie, to już jest w siódmym niebie. I wie: oto prawdziwy Święty Mikołaj. A nie jakiś przebrany sąsiad w klapkach - mówi Jerzy Bułaj.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dariusz Barański: Dzieci nie słyszą... Powiedzmy sobie szczerze, nie jest pan tym prawdziwym Świętym Mikołajem.

Jerzy Bułaj: – Szczerze? No, nie jestem

Ale jest pan najprawdziwszym przedstawicielem Świętego Mikołaja?

– Naturalnym. A to jest bardzo ważne. Nie tylko dla dzieci, ale i starszych.

Broda nieprzyczepiana. Prawdziwa.

– Najprawdziwsza. To podstawa. Proszę państwa, nie łudźmy się. Każde dziecko, widząc podrabianego Mikołaja, wie, że on ma sztuczną brodę. Tylko nic nie mówi. Ale kiedy przekona się, że to prawdziwa broda, kiedy nawet ją pociągnie, to już jest w siódmym niebie. I wie: oto prawdziwy Święty Mikołaj. Broda jest najważniejsza. Potem są siwe włosy. Nie jakaś peruka. No i ubiór.

Postura?

– Jak należy. Mam 130 kg i to jest normalne.

Trzeba mieć podejście do dzieci?

– Oczywiście. Wiedzieć, jak porozmawiać z dzieckiem. Nie można krzyczeć, trzeba spokojnie. Ale też nie można popuszczać dzieciakom. Trzeba czasem pogrozić palcem, pokazać rózgę, żeby się poprawiło, jeśli jest niegrzeczne. Kiedy Święty Mikołaj wchodzi do szkoły czy przedszkola, to rozpoznaje takich rozrabiaków od razu. To kwestia doświadczenia i praktyki.

Czasem bywa i niebezpiecznie, choć dziecko ma dobre intencje. W latach 80. i 90. prowadziłem wiele balów dla dzieci sprawnych inaczej. One są kochane i wspaniałe. Ale kiedyś taki wyrośnięty dzieciak skoczył mi na plecy, przewróciłem się, prawie się połamałem. On to zrobił z radości, z entuzjazmu, że przyszedłem, że jestem, że mnie kocha. Bolało ze dwa tygodnie. Od tej pory staram się „zabezpieczać tyły”.

Św. Mikołaj przychodzi do wszystkich, ale do dzieci w jakim wieku najczęściej?

– Proszę nie zamawiać wizyty Mikołaja dla dzieci do dwóch lat. To nie ma sensu. One nie wiedzą, o co chodzi, płaczą, uciekają, boją się. Ale ponad dwa lata jak najbardziej, to sprawdzone. Przychodzą wtedy z początku onieśmielone, ale potem podchodzą, przytulają się, rozmawiają. To przyjemne.

Wcześniej przez 20 lat był pan muzykiem, wokalistą, konferansjerem, wodzirejem. I nagle ten Święty Mikołaj. Patrzę na zdjęcie na ścianie, a na nim facet z kruczą broda i czupryną.

– To zdjęcie było zrobione, jak miałem 20 lat!

Święty Mikołaj, czyli Jerzy Bułaj
Święty Mikołaj, czyli Jerzy Bułaj  DARIUSZ BARAŃSKI

Broda posiwiała?

– Same włosy mi się zmieniły na srebrny kolor. Raz mój kolega, przyjaciel, Władek Ryl, z którym graliśmy razem w zespole, nota bene wspaniały człowiek, świetny muzyk i organizator imprez, popatrzył na mnie i mówi: „Słuchaj, ja ciebie będę brał na Mikołaja. Ty tak właśnie wyglądasz. Zapuść tylko tę brodę”. Ja wtedy miałem taką małą, kozią bródkę.„ Zapuść »chaotyk« i będzie fajnie. Przekonał mnie. Był wtedy szefem witnickiego domu kultury i dawał mi zarobić. Za jakąś tam sumę byłem tym Świętym Mikołajem, bo to przecież normalny zawód. I tak się zaczęło.

W rodzinie też pan „robił” za Świętego Mikołaja?

Wcześniej prosiłem o to mojego wspaniałego kolegę, aktora Wojtka Denekę. Mówił: nie ma sprawy. Trochę mu zazdrościłem. Myślałem jednak sobie, że on chyba za mały na Mikołaja, bo był niskiego wzrostu chłopak. Ale po paru latach, jak już miałem agencję, brałem Wojtka i w duecie robiliśmy za Mikołajów. To był szok! Ja duży, gruby i wysoki, a on mały zwinny. Przewroty robił, biegał z tymi dzieciakami. Był przecież aktorem, wszyscy go dobrze pamiętają w Gorzowie czy w Poznaniu. Tak więc najpierw w duecie, a potem sam. Przez te 30 lat „wychowałem” te dzieci, które teraz mają swoje własne dzieci i ja ciągle do nich chodzę.

A prezenty? Zmieniła się zawartość worka?

– Wiadomo, najczęściej zabawki. Ale jak ktoś czasem dostał komputer, koniec lat 80., początek lat 90, to był szał. Sam się dziwiłem, że Święty Mikołaj takie rzeczy musi nosić. Dziś to normalka, te komórki, iPhone’y. Sam czasem nie wiem, jak to wszystko się nazywa.

Tylko dzieci czekają na prezenty?

– Nie tylko. Raz zostałem poproszony o wręczenie pani domu... konia wyścigowego. Tak, tak! Pojechałem na taką wioskę, koń stał, a żona sponsora była w szoku. Przekazywałem też kiedyś najnowszego mercedesa. Obcałowali mnie, że ja taki hojny jestem.

Przesiadł się pan na chwilę z renifera na araba?

– No nie, na konia nie. Ale w tym mercedesie jechałem jako pasażer. To jednak takie ciekawostki u bogatych. A na co dzień to normalnie: laptopy, książki, dużo różnych nowoczesnych zabawek.

Grudzień to pracowity czas?

– Wiadomo. Wykorzystuję ten czas, kiedy ludzie mnie potrzebują. Chodzę też po domach w samą wigilię, często już do znajomych. Ja lubię, kiedy dzieci się cieszą z tego naturalnego Świętego Mikołaja, nie z jakiegoś przebieranego sąsiada w klapkach i z doklejaną brodą.

DARIUSZ BARAŃSKI

Robi pan karierę tez poza Gorzowem. Znają pana też w Poznaniu.

– Już w zeszłym roku jedna z agencji znalazła mnie na Facebooku i zaproponowała współpracę. Robiłem z nimi taką ogromną choinkę, z udziałem artystów, a w finale byłem ja. Dali mi taki fotel, jakiego sam papież nie miał. Najlepszy fotel od 30 lat. W tym roku też byłem, w ogromnej sali MTP. Mikołaj jest dopieszczany, bo i hotel miałem, i szofera, który woził mnie samochodem. To już nie te czasy, kiedy saniami się jeździło. Od kilkunastu lat tego się nie praktykuje. Po pierwsze śniegu nie ma, a jak nawet jest, to go z ulic szybko sprzątną, posypią.

Niemożliwe!

– Proszę mi wierzyć: dzieci w przedszkolach śpiewają piosenki o Mikołaju, który jeździ samochodem A ja często jestem w przedszkolach i często dla mnie śpiewają. Dzieci pytają mnie, jak tam z reniferami. Rozmawiam, opowiadam, ale czasy jednak mamy już inne.

A 6 grudnia, gdzie osobiście był Święty Mikołaj?

– W dwóch gorzowskich przedszkolach, w których bywam od lat. A po południu od godz. 16 w Kostrzynie, gdzie wspólnie z burmistrzem Kuntem odpalaliśmy choinkę.

W wieczór wigilijny natomiast będę w Gorzowie. I jeśli ktoś chce, to do godz. 17 mam jeszcze wolne w terminarzu. Można dzwonić. Tym bardziej że pierwsza gwiazdka jest ok. 16. No i teraz chodzę też w pierwszy dzień świąt. Nie wiem, czy to się jednak przyjmie. Dobrze by było, miałbym więcej pracy.

Bo Święty Mikołaj dorabia do emerytury.

– Takie życie. Estradowa emerytura wysoka nie jest.

No właśnie. Obycie estradowe przydaje się w roli Świętego Mikołaja, bo to nie tylko wizyty w domach, ale i duże imprezy. A pan ma za sobą już pół wieku praktyki. Jak to się wszystko zaczęło?

– Od sylwestra w domu kultury w Sulęcinie. Byłem jeszcze uczniem Technikum Mechanizacji Rolnictwa w Strzelcach Krajeńskich. W 1965 r. musiał być zespół na sylwestra, nikt wtedy nie puszczał muzyki z płyt na takich imprezach.

Nasz zespół to był akordeon, perkusja, pianino, saksofon altowy i ja na kontrabasie. W szkole muzycznej uczyłem się grać na wiolonczeli, więc dostał mi się kontrabas. To była pierwsza praca na estradzie, nieźle zarobiliśmy w tego sylwestra. A że nie było wokalisty, to ja śpiewałem, nie było konferansjera, to ja gadałem. Brawa były, więc pomyślałem: wchodzę w to. W technikum mieliśmy jeszcze kilka fajnych zespołów, a potem już, gdy pracowałem jako instruktor oświaty rolniczej w Gorzowie, założyliśmy zespół.

Słyszałem, że grał pan w pierwszym zespole Krystyny Prońko.

– Przyszedł kiedyś Piotrek Prońko i pyta: „Jurek, czy byś nie chciał u nas śpiewać”. A to był taki skład: Wojtek Prońko, basista, Piotrek na saksach. Krystyna grała na organach i śpiewała. Już wtedy komponowała swoje pierwsze piosenki. Do tego jeszcze sekcja: Zbyszek Mackiewicz na bongosach i Jurek Steć na perkusji. Wygrywaliśmy wszystkie konkursy w Zielonej Górze. Oni mieli taki zespół Inni, no i my. Reszta się nie liczyła. Ostro jeździliśmy wtedy po Polsce, wygraliśmy festiwal w Kaliszu i potem Krysia zaczęła własną karierę.

A pan został królem dansingów.

– Siedziałem w Gorzowie, miałem kolejny zespół, Barwy, i graliśmy w lokalach dansingowych. W Sezamie, Kosmosie, nawet w Casablance braliśmy latem zastępstwa. Tu się zarabiało pieniądze.

Potem wstąpił pan do cygańskiego zespołu.

– Kiedy jeszcze grałem w Gorzowie, Don Wasyl założył zespół Czarne Perły i już robił karierę w Polsce. To była mocna sprawa. My graliśmy w wieżowcu, gdzie odbywały się świetne fajfy. Zawsze pełno, bilety sprzedane w dwa dni. I tam mnie Don Wasyl znalazł. Mówi: „Jureczku, ty jesteś taki wygadany, zostań naszym konferansjerem i graj na kontrabasie”.

Wszedłem w to. Czarne Perły jeździły po Polsce, a ja z nimi. Potem Wasyl założył Szatrę, to po cygańsku namiot, i też byłem z nimi.

Jak w taborze?

– Fajnie było. Chyba ze dwa lata tak jeździłem. Na luzie. A Cyganie są szczerzy. Jak on jadł, to i ty jadłeś, jak on pił, to i ty piłeś. Na scenie wiersze mówiłem o Papuszy. Takie poetyckie to było, przy skrzypcach, nie zwykła zapowiedź, „a teraz wystąpi” itd. Na początku nazywali mnie Rakło Baro, czyli Wielki Chłopak. Powiedziałem jednak, że skoro to jest na afiszu, to nikt nie wie, kto zacz. Proszę pisać Rakło Bułaj, Wielki Bułaj. I tak już zostało. Czarną brodę wtedy miałem, czarne włosy. Wszyscy myśleli, że ja Cygan. A ja ani me, ani be, ani kukuryku. Pojedyncze słowa, to tak. Ten czas to była wielka przygoda.

Don Wasyl przeniósł się do Włocławka. A pan?

– Wróciłem do Gorzowa, założyłem zespół i pojechaliśmy nad morze. Dla przygody, poznania ludzi, przyjemności. Dla pieniędzy też. Załatwiłem wtedy pracę w barze Orion. Ze sceną, reflektorami, nagłośnieniem. Zespół pięcioosobowy, do tego program, show ze striptizerkami, baletnicami, iluzjonistami. Graliśmy przez sezon, a potem oni wrócili do Gorzowa. Ja z całą swoją aparaturą zostałem na wybrzeżu i trafiłem do Ustronia Morskiego. Kawiarnia, fajfy, dansingi, morze szumi. Stamtąd do Kołobrzegu i przez ponad cztery lata zakotwiczyłem w Bałtyku, sanatorium przy samym dzisiejszym molo. Byliśmy na etacie, graliśmy fajfy dwugodzinne. A potem już dla siebie w mieście. Potem grałem we „Fregacie” w Kołobrzegu. Piękna dansingowa restauracja z pieniędzmi. Ludzie zostawiali tam nie po 200, ale po 1 tys. Ludzie tam szaleli, każdy miał zarobek, od barmana po muzyka. Później wróciłem do Gorzowa, trochę zajmowałem się poligrafią. Znaczy się drukowałem instrukcje BHP i ppoż. A później założyłem agencję imprez rozrywkowych Brek. Wszelkie otwarcia, Tesco, Piotr i Paweł, Rossmanny i inne. Ja to lubię. Gdybym nie lubił, to by nie wypaliło. Powolutku czas leciał, aż przyszła emeryturka.

Jest pan nie tylko Świętym Mikołajem, bo dzieci znają pana też jako Kapitana Breka. To z sentymentu do tych lat na wybrzeżu?

– Też. Ale mój ojciec, który ukończył Politechnikę Gdańską, całe życie marzył o szkole morskiej, o pływaniu. To go pasjonowało i do tego go ciągnęło. Pomyślałem sobie: kurdemolek, ależ by się ucieszył, gdyby mnie zobaczył w takim mundurze. Skoro mam siwą brodę, to w kogo mogę się jeszcze przeistoczyć? Mam oczywiście cylinder, frak, strój cygański i inne. Ale co jeszcze mogę inaczej zrobić, jakoś się odróżnić? No i uszyłem sobie mundur kapitana, sam według własnego pomysłu. Z medalami, złotymi paskami, bajerami. Czapki tylko takiej prawdziwej nie miałem. Startowałem w jednym konkursie szczecińskiego browaru. Kto wygra, tego podobizna będzie na tym piwie. Okazuje się, że wygrałem. Uuuuu! To się pieniądz szykuje, jak mnie rzucą na te butelki. Potem okazało się, że tego dyrektora zwolnili i wszystko upadło. Ale póki co, na koniec konkursu szliśmy wszyscy z całej Polski przez miasto w tych mundurach i rozdali nam prawdziwe czapki. Potem kazali oddać, ale ja mówię: hola, hola! Ja tu wygrałem i czapkę muszę mieć. No to po cichu zostawili i taka korzyść była z tego konkursu.

Kapitan Brek, czyli...

– ...agencja Brek. A brek to nawiązanie do break. Takie muzyczne sprawy, jak dwa talerze w perkusji. Jeden z perkusistów miał psa Breka, to mi się spodobało. Krótko, do nazwy idealne.

Tyle różnych wcieleń. Niech pan podsumuje. Kim pan jest, panie Jurku?

– Jestem Świętym Mikołajem od 1988 r., a od 1965 zajmuję się zawodowo rozrywką. Mam ponad 70 lat i dalej jestem sprawny umysłowo – co bardzo ważne – i ruchowo. Proszę sobie wyobrazić, że mając tyle lat, prowadzę imprezy dla młodzieży w Łąkominie, na zamku w Tucznie. Dla starszych też. Lubię albo dla tych, albo dla tych, bo wtedy wiem, jak muzyka jest odbierana. Mieszane towarzystwo trudno pogodzić. Co pan tu gra disco polo albo co pan rocka puszcza – słyszę.

Mam ponad 6 tys. nagrań, które chodzą. Współpracuję z Darkiem Glapą, didżejem w Doorsie, który podpowiada mi różne rzeczy, żebym był na bieżąco. Nie, żebym ja był taki starszy dziadek, co to puści Beatlesów i mówi: fajne, co?

Beatlesów się puszcza, czemu nie. Chociaż to bardziej do słuchania niż tańczenia. Klasyka. Ale te wszystkie abby, boneyemy, to wszystko idzie. Zależy zresztą, jaka publiczność jest. Czy wypici, czy nie wypici. Ja nie lubię tych różnych podpitych, bo przychodzi taki i mówi co chwila: „panie, Beatę pan puść”. A ja wtedy: jaką znowu Beatę? No wiem oczywiście, ale udaję. A drugi zaraz powie, o ten to Beatę puszcza, nie pasuje. Ale właściwie mi to pasuje. Jak płacą, to pasuje.

No to na koniec, całkiem gratis, specjalnie od Świętego Mikołaja...

– ... życzenia? Proszę bardzo! Drodzy gorzowianie, wszystkim wam życzę zdrowia, szczęścia, radosnych świąt w rodzinie, pieniędzy, przyjemności. I trzymajmy się. Wytrzymajmy. W Gorzowie za rok, za dwa będzie pięknie. Na razie musimy się trochę pomęczyć po tych ulicach, chodnikach. Ale potem będzie tak jak na Kwadracie, który dziś żyje i tam teraz są dzieci, są imprezy. Mieszkańcom życzę wszystkiego dobrego. Ho-Ho-Ho! Wasz prawdziwy Mikołaj.

Jeśli ktoś chce zapewnić sobie wizytę Świętego Mikołaja, może zadzwonić: 604836863.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem