Lubuski wojewoda unieważnił uchwałę zielonogórskiej rady miasta o utworzeniu miejskiego programu dofinansowywania zabiegów in vitro. Dlaczego? - Bo ktoś tutaj spartolił robotę - twierdzi Adam Urbaniak, prawnik i radny PO. Pomysłodawcy odpowiadają: - Zabrakło dobrej woli.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Program miejskich dofinansowań dla par starających się o dziecko metodą in vitro od ponad roku próbują wprowadzić w życie politycy SLD. Pierwszy projekt w ratuszu złożyli we wrześniu 2017 r., ale dokument nawet nie wszedł pod obrady. SLD ma w radzie miasta tylko jednego człowieka, a pod projektem musiałoby się podpisać co najmniej dwóch radnych. Żaden z pozostałych radnych do złożenia parafki się nie kwapił. Ludzie Sojuszu postanowili więc – przy wsparciu między innymi stowarzyszenia BABA – że projekt na sesję wprowadzą jako obywatelski. Potrzebowali 400 podpisów mieszkańców Zielonej Góry. W ciągu niecałego tygodnia zebrali ich ponad 1,2 tys.

Projekt uchwały wszedł pod obrady pod koniec października br. i od razu został przegłosowany pozytywnie, dzięki poparciu części radnych PO i prezydenckiego klubu Zielona Razem. Założenia? Zaczerpnięte z Częstochowy, gdzie program in vitro funkcjonuje od lat. O jednorazową refundację w kwocie maksymalnie 5 tys. zł miały się starać jedynie małżeństwa (pojedynczy zabieg kosztuje 10-15 tys. zł), a budżet programu miał wynosić nie więcej niż 300 tys. zł rocznie. Oczywiście wcześniej pary musiałyby przejść konwencjonalne metody leczenia niepłodności.

Wojewoda unieważnia

Programu in vitro dla Zielonej Góry na razie jednak nie będzie, bo uchwałę zielonogórskiej rady miasta unieważnił wojewoda Władysław Dajczak. Ma dobre powody – w dokumencie znalazły się nie tylko błędy formalne (rozbieżne daty funkcjonowania programu czy zamienne stosowanie terminów „program polityki zdrowotnej” i „program zdrowotny”), ale też proceduralne, niezgodne z polskim prawem. Najistotniejsze uchybienie polega na tym, że projekt programu nie został wysłany do zaopiniowania Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Bez pozytywnego rozpatrzenia przez agencję żaden tego typu dokument nie może być uchwalany jako akt prawa miejscowego.

Urbaniak: Błąd na błędzie

– Pod koniec października rada miasta uchwaliła jeszcze jeden program związany z problemem bezdzietności. Był to program diagnozowania bezpłodności, który zaproponował nasz klub PO. I do niego wojewoda się nie przyczepił. Od początku mówiłem, że uchwała napisana przez SLD jest spartolona – ocenia Adam Urbaniak, radny PO, na co dzień prawnik.

Decyzja wojewody nie zaskoczyła go ani trochę. – Sam jestem przeciwnikiem metody in vitro, ale wojewoda wcale nie unieważnił uchwały przez względy ideologiczne. Ona po prostu została beznadziejnie przygotowana. Mówiłem o tym w czasie sesji, mówił o tym prezydent Kubicki. SLD działało jednak zgodnie ze starą politykierską zasadą: lepiej obiecać niż dać. Wszyscy mówili, że jest błąd na błędzie. Ale nie chcieli słuchać i tak to się kończy – mówi Urbaniak.

Przypomina, że podobny program na wiosnę tego roku uruchomiła marszałek Elżbieta Polak. – Tylko że jej urzędnicy wysłali program do zaopiniowania agencji i wojewoda nie miał się do czego przyczepić. Ustalenia takiego programu muszą być skonfrontowane z mapą potrzeb zdrowotnych. Dopiero wtedy można uchwalić go jako akt prawa miejscowego. Nie można sobie przenieść programu z Częstochowy i żywcem wprowadzić go w mieście o innej charakterystyce. Już nie wspomnę o takich błędach, jak brak deklarowanego załącznika – tłumaczy Urbaniak.

Brodzik: Doprowadzimy sprawę do końca

Radosław Brodzik z SLD przyznaje, że w projekcie uchwały mogły znaleźć się błędy. – Jeśli daliśmy ciała, program napiszemy na nowo. Niestety, nie dysponujemy całym departamentem ludzi jak marszałek województwa. Program przygotowywaliśmy z Cezarym Wysockim praktycznie we dwóch. Szkoda, że rada miasta i ówczesny przewodniczący Adam Urbaniak nie powiadomili nas, żeby dokument wysłać do zaopiniowania agencji. Były na to trzy miesiące – twierdzi Brodzik.

I dodaje: – To pokazuje, jaką moc sprawczą mają w tym mieście mieszkańcy. Żadną. W tym przypadku sprawę prowadziło SLD, ale co, gdyby mieszkańcy złożyli projekt uchwały sami? Ta sytuacja pokazuje, że bez wydania 10 tys. zł na prawników, którzy pomogą napisać dokument, w ratuszu nie mają nawet czego szukać. Moim zdaniem zabrakło tutaj dobrej woli – mówi działacz SLD.

Brodzik konsultował się wstępnie z prawnikami. – Twierdzą, że argumenty wojewody są do odparcia. Za parę dni będziemy wiedzieć więcej. Na pewno sprawy nie odpuścimy i doprowadzimy ją do końca, choćbyśmy mieli pisać program jeszcze kilka razy. Rozmawialiśmy już z radnymi z dwóch klubów w ratuszu i powiedzieli, że poprą program, nawet jeśli trzeba będzie składać go od nowa – przekonuje Brodzik.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej