Koniec epoki to wymysł poetów i astrologów. Zielonogórzanie nie przejmują się tym faktem teraz, nie przejmowali się sto lat temu, kiedy zwrot "fin de siecle" znał każdy kiep. Bowiem w najlepsze bawili się w swoich winiarniach. Koniec wieku? Któż by się martwił, jeśli wino dobre.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Były to bowiem słodkie nad wyraz czasy, kiedy mieszkańcy naszego grodu produkujący własne wino nie potrzebowali żadnego specjalnego zezwolenia, ażeby sprzedawać swoje wyroby. Tyle tradycja przekazywana z ust do ust (być może nieco zionących miejscowym winem), ale widocznie była w tym odrobina prawdy, skoro co roku liczone w Zielone Świątki okazjonalne winiarnie szły w dziesiątki. Szczyt przypadł na rok 1897 (bardzo już bliski końcowi wieku pary), kiedy winiarni naliczono tu aż 81. Mieszkańcy Zielonej Góry wywalczyli sobie bowiem prawo do wolności podatkowej od posiadanych winiarni. Pomimo to Landrat miał wielką ochotę położyć rękę choć na części pieniędzy płynących z tych wyszynków. I nakazał zielonogórskiemu magistratowi wprowadzić opłaty. Radni miejscy, zielonogórzanie z krwi i kości (więc pewnie i smakosze lokalnych win), nie byli z tego zadowoleni. W piśmie z maja 1828 roku czytamy: „Producenci wina są zwolnieni z płacenia podatków za swoje wyroby w momencie, gdy sprzedają je w detalu... Nie płacą, gdy sprzedają wino swoim gościom we własnych winiarniach. Czasami jednak używają oni swoich winiarni, by być zwolnieni od opłaty. Bo właściwie nikt nie może ich tam kontrolować i stwierdzać, czy sprzedają wyroby własne czy obce”. W ciągu następnych lat policja uważnie patrzyła winiarzom na ręce i butelki. Do 1854 r. urząd policyjny bardzo szczegółowo sprawdzał wszelkie wykroczenia w winnej materii. Jednak bez efektów. Dziś trudno orzec, czy winiarze byli tak uczciwi, czy policja tak nieporadna.

Dwa lata później rząd królewski przyznawał: „Ze względu na specyficzne stosunki panujące w tym mieście nic zdziałać nie możemy, bowiem winiarze przez 14 dni mogą sprzedawać swoje wina gościom”. Tylko na sprzedaż trwającą dłużej zielonogórscy winiarze potrzebowali zezwoleń wydawanych przez policję i zmuszeni byli wnosić odpowiednie opłaty. Koniec końców zezwolono winiarzom na sprzedaż (bez podatku) swoich wyrobów w ciągu następujących po sobie miesięcy. I tak też się działo.

Białe za 81 fenigów

W „Grünberger Wochenblatt” na ostatniej szpalcie ogłoszeń przemysłowych znajdowała się rubryka „Winiarze”, z której dowiedzieć się można było, jacy to obywatele, gdzie i za ile serwują swoje wino, zaś dla zielonogórzan było to życzliwe zaproszenie do posmakowania miejscowych wyrobów. Np. Rube, Krautstr. 92er. 80 Pf oznaczało, że u obywatela Rube przy Krautstrasse oferuje się rocznik 92, po 80 fenigów za litr. Na tych samych stronach można było przeczytać o hurtowej sprzedaży win.

Największy rozkwit mieszczańskich winiarni przypada na okres przełomu wieków, czyli lata 1895-1910. Najwięcej zaś działało ich w Zielone Świątki. Licząc kolejno od 1887 r. do 1900, winiarni było: 81, 80, 63, 49. W roku 1901 ich liczba znów podskoczyła do 61. Strasznie było w roku 1918 – o zgrozo, zaledwie 3 winiarnie, ale też ceny wina wzrosły wtedy niepomiernie, co tłumaczy chłodny stosunek mieszkańców do ulubionego trunku.

W latach wcześniejszych ceny wina były, co przyznawali zielonogórzanie, bajecznie niskie: za szklaneczkę niewyszukanego wina płacono na przełomie wieków 15-20 fenigów, lecz pamiętać trzeba, że był to czas bardzo obfitych i dobrych plonów.

Chcemy do winiarni

Zimą wina serwowano we wnętrzach winiarni, latem w ogródkach wśród starych drzew lub na podwórzach. Jak radzono w Grünberger Haus Kalender, wyprawę na winko należało zacząć od wybrania odpowiedniego miejsca, gdyż nie każdy winiarz posiadł sztukę przygotowania wina. Jednak dobre miejsca było ogólnie znane. Wyprawiać się tam należało wieczorem, bo za dnia nie spotkalibyśmy odpowiedniego towarzystwa. Godziny od 17 do 19 należały do starszych panów, po nich zaś przychodziło towarzystwo, które po całym dniu pracy potrzebowało miłej rozmowy i rozrywki. Na szczycie winiarni powiewał winny wieniec, oznaczający, że tu serwuje się wino. Zdejmowano go dopiero, gdy sprzedano ostatnią flaszkę.

Już z ulicy słuchać było, jak wspominali z rozrzewnieniem bywalcy, szum wielu głosów. Wewnątrz izby szklane szafy, w kącie łóżko, komoda, lustro, na ścianach obrazy rodzinne. Przy drewnianych ławach zasiadali młodzi i starzy obojga płci. „Różnicy stanowej tu się nie zna, ponieważ każdy, kto przychodzi napić się wina, siada tam, gdzie jest wolne miejsce, bez żadnych formalności. Przedstawianie się obcych nie jest tu przyjęte. Twój sąsiad zapyta ciebie wkrótce – Pan nie stąd, prawda?” – zachwycano się atmosferą jeszcze w 1920 r w Grünberger Haus Kalender.

Jest wino, jest dobrze

Końcem epoki nieszczególnie się tu przejmowano. Nie w głowie zielonogórzanom były dekadenckie fanaberie, skoro ledwie zasiedli w ławach, już córka gospodarza, bez zamawiania, stawiała przed nimi czterolitrowy dzban wina. „Ono nie jest czerwone, nie jest złote, ono się mieni! Jak się tutaj mówi – migocze się – ponieważ różnokolorowe, niebieskie i zielone, grona zostały użyte do jego wyprodukowania. Ten kolor wina jest wszakże dla obcych nowością” – opisywali smakosze.

Do szklaneczki lub dzbana wina zielonogórzanie przynosili ze sobą z domu kolacje, ale za 15 fenigów można było też zamówić kanapkę z serem. Żadnych frykasów. Proste jedzenie i rozmowy, rozmowy, rozmowy. O uprawie winogron, miejskiej polityce, historii i minionych, tradycyjnie lepszych czasach. Ale po kilku łykach zaczynało się wspólne śpiewanie. I rozbrzmiewały winiarnie piosenkami „Na zielonogórskim wzgórzu rośnie wino”, „W środku zielonego wieńca” i wiele innych. Kolejne szklaneczki i zmiana repertuaru na pieśni ze śpiewnika babuni „Piękna jest młodość”. „Ach, jak to strasznie opuszczać ojczyznę”. Żadnych uprzedzeń i przesądów, króluje dowcip. Także na temat zielonogórskich trunków. „I także gospodarz musi się poddać dowcipom. Ileż tu starych pieśni ocalono od zapomnienia. Na przykład zaprasza się go przyjacielsko na słoninkę i chleb i nagle zauważa on, że dobrzy przyjaciele częstują go tak życzliwie jego kiełbasą. Albo kładzie się stół na kominie tak, że przez cały dzień dym z pieca nie ma ujścia. Zabawom nie ma końca. Te i podobne żarty mają miejsce dość często, ale gospodarz nie ma żartownisiom za złe, wiedząc, że niedługo się zrewanżuje” – opisywano wieczory w zielonogórskich winiarniach. O godzinie 10 nie serwowano już szklaneczek, a o północy zamykano knajpę. Biesiadnicy dość łatwo trafiali do domów, gdyż znali moc lokalnych trunków i rzadko wypijali więcej niż dwie szklanice (jedna szklanica – 4 litry). Obcy nieznający siły tego wina często popadali w opłakaną w skutkach przesadę. Ale jeśli rozsmakowali się w specyficznym, dalekim od francuskich, wyrafinowanych trunków winie, niezawodnie wracali do winiarni. Gdzie wśród śpiewu, szklanic i żartu niepostrzeżenie przesiedzieli koniec wieku XIX.

Artykuł wydrukowany w Gazecie Wyborczej „Winobranie 1999” z dnia 4 września 1999 r., str. 13-15

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej