Chciałam sprawdzić, czy dam radę. Deszcz, błoto, bieg przez przeszkody. Ostatni raz czołgałam się w podstawówce - opowiada Ewa Ksenycz, jedna z 600 śmiałków War Race w Wiechlicach. Dlaczego bieg w żołnierskim stylu tak urzeka?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Siniaki, opuchnięta kostka, każdy mięsień czuję do dziś. W nocy po biegu nie mogłam zasnąć. Ale warto sprawdzić, czy jesteś w stanie wytrwać – tłumaczy Anna Stachowiak z Zielonej Góry. Przed tygodniem w Wiechlicach po raz pierwszy wzięła udział w War Race. I od razu rzuciła się na 10 km biegu z 30 przeszkodami. Organizatorzy nazywają ten poziom „kapral”.

– Miałam momenty zwątpienia. Przez chwilę myślałam: kurde, rezygnuję! Wywalam tego cholernego czipa i idę na skróty! – śmieje się. Ale się nie poddała. – Chyba pomogła atmosfera – tłumaczy. – Ludzie dopingują się nawzajem, krzyczą: „dajesz, dajesz!”. Do tego pomagają sobie przy przeszkodach. Jak jest betonowa ściana, to ktoś cię podsadzi, następny chwyci za rękę z góry. Nawet jak robiłam karne okrążenie za złą odpowiedź, z ciężkim worem na plecach, to jeden pan przytrzymywał go ręką, żeby mi było lżej – opowiada.

WŁADYSŁAW CZULAK

Bieg udało jej się ukończyć w czasie 2 godz. i 3 min. I już teraz mówi, że przyjedzie do Wiechlic za rok. – Ale już raczej na 5 km, bo w tym roku ostatnie górki pokonywałam na czworaka – śmieje się. Nie ma jednak wątpliwości, że to świetna przygoda. – No i fajnie, że organizowany jest też minibieg dla dzieci. Do tego przyjeżdżają czołgi, wozy opancerzone. Jest co oglądać – opowiada.

Córka Anny, 8-letnia Oliwia, w Wiechlicach się nie nudziła. Tylko narzekała, że 1 km to za krótko. – Ale za to rozgrzewała się ostro z dorosłymi przed startem – mówi mama.

Jak ludzie tworzą wspólnotę

Po raz pierwszy swoich sił próbowała też Ewa Ksenycz z Zaboru. – Namówił mnie brat, który biegł rok temu. Pomyślałam: zobaczę, jak to jest. Trenować regularnie zaczęłam dopiero przed biegiem. Jogging trzy razy w tygodniu. Na co dzień jestem dość aktywna – jeżdżę na rowerze, pływam – ale i tak bałam się, że nie dam rady – opowiada.

Na początek zdecydowała się na 5 km, czyli poziom „szeregowego”. Do pokonania było 15 przeszkód. – I właśnie one podobały mi się najbardziej. Bo były nietypowe. Średnio lubię biegać, a przeszkody mobilizowały do kombinowania. Niektóre naprawdę wymagają sprytu. Trzeba pomyśleć, jak stanąć, jak się złapać. Najtrudniejszy był labirynt, który trzeba pokonać w masce gazowej. Jest tam zupełnie ciemno! – opowiada Ksenycz.

WŁADYSŁAW CZULAK

Ale i ona mogła liczyć na pomoc innych uczestników. – Na całej trasie ludzie sobie pomagają. Tworzy się taką wspólnotę. Niektórzy oczywiście lecą na wynik, ale większość traktuje to jako dobrą zabawę. Mile wspominam człowieka, który pomógł nam się dostać na taki wysoki betonowy głaz. My dziewczyny nie za wysokie, więc było ciężko – wyjaśnia.

Mieszkanka Zaboru była zaskoczona, że po minięciu mety miała jeszcze siły. – Nawet zakwasów później nie było. Chyba niepotrzebnie się bałam. Ale jak inaczej, kiedy ostatni raz czołgałam się w podstawówce – śmieje się.

– Do War Race trzeba się przygotować czy można spróbować od razu „zza biurka”? – pytam.

– Jeśli chce się jakoś sensownie pobiec, to trzeba potrenować. Z drugiej strony, teoretycznie całą trasę można przejść marszem. Przeszkody są raczej dla każdego. W każdym razie bardzo polecam, energetyczna impreza – zachęca.

I już teraz zastanawia się, czy nie porwać się na kolejny War Race, który odbędzie się 13 października br. Tyle że nie w Wiechlicach, a w Kliczkowie pod Bolesławcem. – Taka jestem nakręcona – wyjaśnia Ksenycz.

Coraz więcej chętnych

War Race po raz pierwszy odbył się rok temu. Imprezę wymyślili Mateusz Łątka i jego partnerka Małgorzata Krzystała. – Mateusz pochodzi z Wiechlic i doskonale zna te rejony. Pomyślał, że to dobre miejsce na taki bieg survivalowy. Sam brał wcześniej udział w podobnych. Wzięliśmy się więc do roboty – tłumaczy Krzystała.

Od początku wiedzieli, że impreza ma mieć militarną otoczkę. Dlatego do współpracy zaprosili wojsko – na War Race to właśnie żołnierze przygotowują przeszkody, prowadzą rozgrzewki, chętnym pokazują sprzęt wojskowy, czołgi, wozy opancerzone. Nieprzypadkowo – bieg w Wiechlicach odbywa się przecież na dawnym lotnisku wojskowym. Do dziś znajduje się tam mnóstwo bunkrów. Część z nich wykorzystywana jest jako przeszkody. Do tego dochodzą bieg z oponami, doły z błotem, zasieki, małpi gaj, basen z lodem czy pajęczyny z kabli, po których trzeba się wspiąć. Wszystko wzorowane na żołnierskich szkoleniach.

WŁADYSŁAW CZULAK

– Jeśli nie możemy pokonać przeszkody, prosimy o pomoc innych. W ostateczności robimy karne przysiady – mówi Krzystała. – Cieszy nas, że to bieg dla kompletnych amatorów, jak i wyczynowców. Nigdy nie jest tak, że ktoś jest pozostawiony sam sobie. Można się sprawdzić, pokonać własne słabości. Ludzie przyjeżdżają z całej Polski – wyjaśnia.

Tylko w ciągu roku liczba uczestników War Race wzrosła dwukrotnie. Od 300 przed rokiem do 600 podczas ostatniego biegu. Oprócz wspomnianych dystansów na 5 i 10 km, jest jeszcze trasa długości 15 km z większą liczbą przeszkód, którą można poszerzyć o opcję „soldier”, czyli bieg z obciążnikami i atrapą kałasznikowa.

War Race rośnie tak szybko, że w tym roku pomysłodawcy organizują jeszcze jedne zawody w nowej lokalizacji. Właśnie pod wspomnianym zamkiem Kliczków. Do wyboru będą dwa dystanse – 6 i 12 km – plus krótki bieg dla najmłodszych. To już 13 października. Cena za udział? Zależnie od terminu od 39 do 219 zł.

– Zamek Kliczków to świetne miejsce, a mało znane. Tym razem wesprą nas żołnierze 10. Brygady Kawalerii Pancernej. Spodziewamy się około 300 osób – mówi Krzystała. I dodaje: – Mamy już pomysły na inne lokalizacje. Chcemy to rozwijać – zaznacza.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej