Niedawno w porozumieniu z organizacjami żydowskimi władze miasta odsłoniły tablice upamiętniającą landsberskich Żydów i ich synagogę. - Czy miasto naprawdę nie może znaleźć kilkudziesięciu centymetrów kwadratowych gruntu i musi szukać miejsca, które nie ma z synagogą nic wspólnego - dziwi się Robert Piotrowski, regionalista.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dariusz Barański: Na rogu ulicy Spichrzowej i Zaułek odsłonięto tablicę upamiętniającą landsberskich Żydów i dawną synagogę. Ale kamień upamiętniający już stoi od czterech lat, w miejscu synagogi przy ul. Łazienki. Jeden symbol nie wystarczy?

Robert Piotrowski: Ile lat minęło, zanim mogliśmy w miejscu synagogi ustawić pamiątkowy kamień? Jak długo mówiliśmy, że to jest niegodne i haniebne, aby w tym miejscu nie było nic? Ile razy ludzie, łącznie z urzędnikami czy radnymi błąkali się, nie wiedząc tak naprawdę, gdzie ta synagoga stała. Wreszcie udało się dzięki Towarzystwu Miłośników Gorzowa położyć temu kres, podjąć temat i upamiętnić to miejsce. Dogadaliśmy się ze wspólnotą, że udostępni nam kawałek swojej działki, zdecydowaliśmy, jaką formę przyjmie ten kamień i że samo hasło i daty będą najbardziej mówiące. Krótkie, symboliczne, bez przegadywania. Upamiętniające synagogę w latach jej istnienia. Tak jak każdy elegancki nagrobek ma nazwisko, daty życia, a nie całą listę zasług lub wrogów pokonanych czy niepokonanych.

DANIEL ADAMSKI

Taki kamień ustawiliśmy. Pamiętam, że były różne głosy, ale ostatecznie nawet krytycy przyznawali, że tak to należało zrobić. A miasto wtedy nie chciało się zgodzić, nie chciało dać terenu, piętrzono przeszkody, widziano tam zagrożenie dla ruchu drogowego. Kamień postawiliśmy w 2014 r. I pojawiają się głosy, że kamień wręcz Polaków obraża, że nie mówi wprost o tym, że to zrobili Niemcy, a Polacy są niewinni.

W 1938 r. kończy się ten nawias dat synagogi. Pewnie niedługo trzeba będzie w ogóle wszystko ludziom tłumaczyć. I to, że tu w 1939 r. ani się Polska nie kończyła, ani Niemcy nie zaczynały.

Być może ta data na kamieniu wymaga teraz opisania. Takiego, że w 1938 r. była tu Rzesza Niemiecka, mówiło się po niemiecku, obowiązywały ustawy norymberskie jak w całym niemieckim państwie, a nie ustawy zaborcze, okupacyjne, ale wewnętrzne prawo niemieckie.

Całej historii nie da się jednak opowiedzieć na kamieniu czy nawet tablicy informacyjnej. Jakiś poziom wiedzy u ludzi trzeba założyć. Napisaliśmy, że synagoga i że 1938 r. Wychodzimy z założenia, że odbiorca chyba wie, że musieli to zrobić Niemcy.

Jedni Niemcy innym Niemcom pochodzenia żydowskiego.

Właśnie. Okazuje się jednak, że o tych faktach, o tym, jak o tym mówić, będą decydowali Żydzi polscy. Warszawscy czy poznańscy, o innej wrażliwości.

Niekoniecznie zdający też sobie sprawę ze specyfiki miasta, które do 1945 r. było miastem niemieckim.

Przypomnę, że kiedy na sesji rady miasta miał stanąć pierwszy projekt tej tablicy, w tekście była mowa o... Gorzowie.

Nie wiem, czy to wynik mojej interwencji, nie chce sobie przypisywać jakiejś sprawczej roli, ale wtedy w grudniu sprawa wyhamowała, projekt znikł i dopiero po ośmiu miesiącach znów się wynurzył z urzędowego niebytu.

DARIUSZ BARAŃSKI

A tamten tekst mówił m.in. cały czas o Gorzowie. Treść tym razem została przystosowana do realiów, pojawia się już Landberg, nie Gorzów. Ja użyłem prostego argumentów: czy mówimy, że Stanisław Lem jest „lvivskim” Żydem, czy lwowskim Żydem? Czy kultura Żydów wschodnich kwitła w Vilniusie czy w Wilnie?

Żydzi mieszkali w Landsbergu, nie w Gorzowie. Dopóki tu żyli, nawet im się nie przyśniło, że kiedyś miejsce ich życia i działalności często wielopokoleniowej będzie się nazywało Gorzów, będzie polskim miastem. A ruina ich synagogi spalona przez niemieckich nazistów w 1938 r. stanie się po wojnie polską ruiną, taka samą ruiną jak cała wypalona ruina landsberskiej starówki. To był pierwszy pożar w 1938 r. i jak się okazało, nie ostatni, bo siedem lat później był jeden wielki pożar, ognisko. A wszystko związane z tą samą wojną, z tą samą nienawiścią, i agresją i odpowiedzią na tę agresję.

Tak więc ostatecznie efekt jest taki, że na tej tablicy dzisiejszej, niedawno odsłoniętej jest Landsberg. No tak, ale przyjdzie turysta, który znajdzie się w Gorzowie i pomyśli: jak to ja jestem w Gorzowie! Jaki znowu Landsberg? Ten gdzieś pod Monachium? Żydzi z Bawarii tu mieszkali w XIV w.?

I znowu mamy problem z komunikacją. A nam zarzucano, że my nie komunikujemy ludziom tego, co należy, tylko może sugerujemy wręcz, że może to Polacy w 1938 r. podpalili synagogę?

Napisałem wtedy sążnistego maila do kilku, nie tylko żydowskich instytucji. Reakcji nie było, odpowiedzi nie otrzymałem ani że ktoś się do tego przychyla albo że jestem głupi i się czepiam. Jedno jest pewne, że mail doszedł, bo dostałem zaproszenie na odsłonięcie tablicy.

Stanęła jednak w zupełnie innym miejscu, w oderwaniu od kamienia z 2014 r.

My, w gronie Towarzystwa Miłośników Gorzowa, a więc gorzowian zatroskanych o historię, jej dokumentację, zachowanie, przyjęliśmy taką formę upamiętnienia. Jednak w żaden sposób nie monopolizowaliśmy tego tematu. Uzasadnienie prezydenta dla radnych wtedy w grudniu było jasne: kamień o niewystarczającej treści. Kamień został przekazany miastu i jeśli jest taka potrzeba, aby coś jeszcze dopowiedzieć, można przecież wstawić tablicę informacyjną, która by wyjaśniała, że miasto było założone wtedy i wtedy, liczyło tyle a tyle mieszkańców, mieszkało tu tylu a tylu Żydów, opowiedziała choć trochę o tych ludziach i ich świecie. Rozumiem więc, że ktoś zdecydował, że ten kamień ustawiony przez nas w 2014 r. nie miał stać się kamieniem zakładzinowym i uparcie szukano innego miejsca w zupełnie innym punkcie, po drugiej stronie podwórka, w zupełnie innych krzakach.

Może dwa upamiętnienia, dwa miejsca, to lepiej niż jedno...

Nawet takie tłumaczenie padło, że został stworzony jakiś „szlak pamięci”. No, ale na zdrowy rozum... po co? Wyobraźmy sobie, że ktoś stwierdza na przykład: ten pomnik papieża nie jest prawomyślny i właściwy, bo ktoś tam sobie go kiedyś postawił. No to my teraz postawimy swój, taki bardziej papieski. I będziemy mieli dwa. Przy jednym ludzie się będą zbierali, modlili, a drugi odejdzie w zapomnienie.

Nie rozumiem, czemu nikt nie wpadł na pomysł – i nawet nie mówię o jakiejś wielkiej konsultacji z Towarzystwem Miłośników Gorzowa – aby dowartościować to, co już jest. Przecież nawet to, co teraz stanęło w Zaułku, mogło być umieszczone obok kamienia, ale w miejscu synagogi.

Podobno wspólnota mieszkaniowa się nie zgodziła.

Wymówki. My z początku chcieliśmy postawić kamień na miejskim gruncie, ale poprzedni prezydent się nie chciał zgodzić. Co mieliśmy robić, udaliśmy się do kogoś innego. I wspólnota nie robiła problemów. Czy miasto naprawdę nie może znaleźć 20 cm kw. gruntu i musi szukać miejsca, które nie ma z synagogą nic wspólnego. A nawet jeśli już, to można było tę tablicę ustawić w miejscu bardziej dostępnym, gdzieś przy chodniku, aby ktoś miał szansę się na nią natknąć, zobaczyć. Tam nie trafi nikt poza listonoszem czy mieszkańcami bloku.

Nie mówiąc już o tym, że w tym miejscu była kaplica wspólnoty apostolsko-katolickiej.

Tak, były w Landsbergu różne sekty, odłamy, które szukały dla siebie miejsca. Zresztą dzisiejszy kościół Mieszka I należał do podobnego odłamu. Wiąże się więc z tym miejscem w Zaułku jakieś sacrum, choćby nawet nie kanonicznego wyznania, ale przecież zupełnie z innej bajki niż społeczność żydowska! Tablica stanęła w miejscu, gdzie Żydzi nawet nie mieszkali.

A przecież wiemy dokładnie, gdzie stała synagoga, bo wypalona, ale stała jeszcze po wojnie przy ul. Łazienki.

Dopiero na przełomie wieków otwieraliśmy oczy, odkrywaliśmy pewne sprawy, wyciągaliśmy z zapomnienia. Po latach ludzie nie mieli świadomości, że w Gorzowie była synagoga, że stała jeszcze po wojnie. Ja wiedziałem, bo mój dziadek był zecerem w drukarni przy ul. Młyńskiej. Codziennie przemierzał tę trasę z Zawarcia, gdzie mieszkał. Opowiadał, że koledzy ciągnęli go na wódkę do synagogi. Nie chodził, bo mu to nie pasowało. Jak to, na wódkę w kościele? Ale synagoga była, stała, były okna w oknach stalowe ruszty, maswerki. Naziści jej nie ruszyli, omijali, nawet złomu nie wyciągnęli.

Można właściwie zapytać się, o co tyle zamieszkania. Był jeden kamień, teraz doszedł drugi...

My z tym kamieniem, nasze dzieci będziemy musieli żyć dalej. Gmatwa się, zamydla i tak już pokręconą historię. Taka tablica to w jakimś sensie „miejski mebel”. Z jednej strony w oderwaniu od historii i topografii mebluje się na nowo miasto, z drugiej ubywa nam antyków, pozbywamy się tego, co stare: latarni, elewacji, ozdób. Bez drżenia serca czy uronienia nawet łzy pozbyliśmy się zwieńczenia wieży katedry. Będzie wszystko nowe, jak z marketu. Nikt się nie zająknął, kiedy magistrat został przeorany, kiedy znikły trawertynowe okładziny. Nasze, bo przecież Niemcy żyli z nimi zaledwie 15 lat, a my 70. Ludzie cieszą się, że ocieplają im kamienice, że wycina się drzewa zaśmiecające liśćmi, ale krok po kroku tracimy to, co zrastało się z nami lata i tworzyło naszą tożsamość. Po kolejnej termomodernizacji mówimy: jest tak, jak było. No nie, nie jest jak było. To co było, straciliśmy bezpowrotnie.

Przy okazji tej tablicy po raz kolejny zabrakło myślenia odpowiedzialnego za historię?

Sięgnijmy do klasyki: pani w okienku słysząc Londyn, mówi, że musi iść sprawdzić. Bo ona zna, ale Lądek-Zdrój. No i w tym wypadku zabrakło tego sprawdzenia. Potem taki urzędnik miejski pisze o pisarce Chriście Wolf przez „ff”, pisze, że była świadkiem pożaru synagogi, kiedy wiemy, że dziecko o imieniu Nelly w jej powieści poszło zobaczyć dymiące ruiny. Mogło to zrobić rano, ale przecież nie w nocy. I wreszcie pisze, że synagoga została spalona, czyli znikła. Ale to my, Polacy rozebraliśmy synagogę. Owszem, były ważniejsze potrzeby, ludzie nie mieli gdzie mieszkać, cegła się przydała. Prawda jednak jest taka, że mury synagogi rozebrano polskimi rękami. I to trzeba powiedzieć. Tak jak i to, że to faszystowskie bojówki, Niemcy ją podpalili w 1938 r.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej