Smutno mi, że mimo dobrych ślizgów, nie mogłam pokazać pełni tego, co potrafię. Sprzęt niestety hamuje wszystko - powiedziała Ewa Kuls-Kusyk po powrocie z igrzysk w Pjongczangu.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polska ekipa saneczkarzy lodowych już wróciła do kraju, z najlepszym ósmym miejscem na zimowych igrzyskach olimpijskich w sztafecie, które nie odsuwa ich w sportowy niebyt. Czy mogło być lepiej? Bez znacznie większego wsparcia tej dyscypliny, trudno w najbliższych sezonach liczyć na znaczny postęp.

Nasi sportowcy w Pjongczangu nie mają łatwo. Medalowego honoru bronią jedynie skoczkowie narciarscy, a na pozostałych wylewa się głównie fala hejtu. Fani podważają zasadność wysyłania na zimowe zmagania tak dużej grupy zawodników, skoro łyżwiarz szybki wywraca się już na starcie, a biathloniści cieszą z 50. miejsca.

Saneczkarze też mieli swojego „asa”, który znalazł się na czołówkach całej prasy sportowej na świecie. Mateusz Sochowicz ruszył do jednego ze swoich ślizgów w jedynkach bez maski chroniącej twarz, bo... gdzieś ją zapodział.

Niełatwa jest rola olimpijczyków wiedzących z góry, że o podium mogą zapomnieć. Biało-czerwoni, rywalizujący na torze saneczkowym w Pjongczangu, nie pojechali tam jednak z łapanki, a w nagrodę za starty w Pucharze Świata, gdzie bez problemów wywalczyli sobie kwalifikacje na igrzyska.

Maciej Kurowski w męskich jedynkach ostatecznie znalazł się na 19. pozycji i z tego wyniku był bardzo zadowolony. Na pewno na ciut więcej liczyli młodzieżowi mistrzowie świata w dwójkach – Wojciech Chmielewski i Jakub Kowalewski. „12. miejsce to nie jest szczyt naszych marzeń, ale jesteśmy bardzo zadowoleni i szczęśliwi z uzyskanego wyniku. Zrobiliśmy kawał dobrej roboty, która powinna w przyszłości zaprocentować.”

My najmocniej trzymaliśmy kciuki za Ewę Kuls-Kusyk i Natalię Wojtuściszyn z podgorzowskich Nowin Wielkich. Obie nie przebiły się do decydującego, czwartego ślizgu, zostały sklasyfikowane na 20. i 25. miejscu.

– Zjazdy o niebo lepsze niż cztery lata temu na igrzyskach w Soczi, gdzie właściwie za każdym razem były błędy, a tutaj ich się wystrzegałam, wyglądało to dużo lepiej niż się spodziewałam – opowiadała Kuls-Kusyk. – Od pierwszych przejazdów treningowych widziałam jednak, że nie przekłada to się na czasy. Stare metale, sprzęt używany od lat, mocno całą naszą ekipę ogranicza, pewnych rzeczy od dłuższego czasu nie da się przeskoczyć. W Pjongczangu mieliśmy mróz, a z moich sanek jestem w stanie wycisnąć więcej wtedy, gdy panuje wyższa temperatura, idzie odwilż. Smutne to, ale takie są realia. Świat idzie do przodu, my możemy wyłącznie kombinować z tym, co mamy.

Po sztafecie była wielka radość z ósmej pozycji. Plan na tę konkurencję został zrealizowany. Polacy na torze znów pokazali się naprawdę z dobrej strony. – Pokonanie gospodarzy, ekipy Korei, wzmocnionej dobrą Niemką, to było naprawdę coś – przyznała Kuls-Kusyk. – Oni przecież w sezonie oddali tam po sto ślizgów. Własny tor to ogromny atut. Niestety my nie możemy na taki liczyć, tak samo na większe wsparcie technologiczne.

Nasze podwójne olimpijki z UKS Nowiny Wielkie chcą walczyć dalej: – Nie rezygnujemy, widzimy, jakie postępy zrobiłyśmy po Soczi, coraz częściej wystrzegamy się błędów. W marcu mamy jeszcze mistrzostwa Polski, na które jedziemy jak zwykle... na Łotwę. Mimo wszystko żyjemy nadzieją, że i dla naszej dyscypliny przyjdą lepsze czasy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej