Do olimpijskich zmagań w południowokoreańskim Pjongczangu pozostało jeszcze 76 dni. My znów będziemy trzymać kciuki za saneczkarki z podgorzowskich Nowin Wielkich.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ta niecodzienna historia ma swój początek w 1996 roku. W szkole w Nowinach Wielkich nie było sali gimnastycznej i szukali sposobu jak mimo wszystko rozruszać miejscowe dzieciaki.

Pomogła... Łysa Góra. W nowińskim lesie wytyczono naturalny tor, udało się załatwić pierwsze sanki. Żarty z tego, że przy zachodniej granicy można poważnie zająć się saneczkarstwem, szybko zamieniły się w podziw.

Gdy powstawał UKS, Natalia Wojtuściszyn miała trzy lata, a Ewa Kuls – pięć. Obie chodziły do szkoły w Nowinach, a więc po prostu były skazane na saneczki. – Uprawiałam lekką atletykę, ale w końcu dałam się namówić na zjazd z górki na pazurki. Poczułam się niesamowicie. Myślę, że Natalia powie dokładnie to samo. Zaraziłam się i na razie nie wyobrażam sobie, abym mogła robić coś innego – opowiadała Kuls.

Zabawa zamieniła się w poważne zjazdy na torach lodowych, reprezentantki Nowin Wielkich zaczęły dominować w Polsce. Z tego wziął się wielki sukces – obie panie spełniły swoje marzenia i w 2014 roku wystartowały na igrzyskach olimpijskich w Soczi. Po powrocie z Rosji, gdzie polskie saneczkarki zajęły miejsca na miarę możliwości, czyli w drugiej dziesiątce, dzieliły się swoimi wrażeniami i miały jedno życzenie: chciałyby się doczekać porządnego toru w naszym kraju, aby nie musiały tułać się po świecie.

Minęły cztery lata i niestety nic się nie zmieniło. Mistrzostwa Polski dalej odbywają się na Łotwie, a biało-czerwona ekipa, aby się rozwijać, zaciska zęby, korzysta z gościnności innych. I choć nie zdobywa medali to jest podziwiana.

– Polacy pokazują się w kolejnych pucharowych zjazdach, ich sztafeta regularnie znajduje się w czołowej ósemce. A przecież to są zawodnicy bez odpowiednich warunków do treningu, polska ekipa nie ma też właściwie żadnego zaplecza technicznego – tak podsumowali występy naszej kadry komentatorzy zawodów w Altenbergu w poprzednim sezonie, opowiadający o nich na oficjalnej stronie Międzynarodowej Federacji Saneczkarskiej.

Nie, jest jedna, poważna zmiana. Ewa zmieniła stan cywilny i w zawodach oglądamy już zawodniczkę o podwójnym nazwisku Kuls-Kusyk. Razem z Natalią są dziś wpatrzone w Pjongczang. Były w Korei na koniec poprzedniego sezonu, a także na początek obecnego. Tamten tor nie powinien więc mieć dla polskiej ekipy większych tajemnic.

Teraz najważniejsze, aby dotrzeć tam w lutym przyszłego roku, na olimpijskie starty. Do igrzysk zakwalifikują się panie z miejsc 1-27 z Pucharu Świata.

Po pierwszych zawodach w Innsbrucku Kuls-Kusyk jest na 29. miejscu, a Wojtuściszyn na 32. W Austrii Polacy nigdy jednak nie błyszczeli, słabo spisali się choćby na ostatnich mistrzostwach świata. – Tor nie jest wymagający, decyduje przede wszystkim sprzęt, a w tym trudno nam gonić świat. Podczas innych zjazdów, na torach bardziej technicznych, jesteśmy znacznie bliżej konkurencji – mówiły nasze saneczkarki.

Przed nimi do końca grudnia dwa pucharowe starty w Niemczech, a także w Kanadzie i USA. Po tych zawodach trzeba znaleźć się na premiowanych, olimpijskich pozycjach.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej