Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wioślarskie najważniejsze imprezy sezonu rzadko są rozgrywane poza Europą. W tym roku najlepsi na świecie polecieli do Stanów Zjednoczonych i stamtąd nadeszły do nas na koniec września rewelacyjne wieści. Olga Michałkiewicz poszła w ślady Tomasza Kucharskiego czy Michała Jelińskiego, największych postaci z AZS AWF Gorzów, wywalczyła w czwórce bez sterniczki srebrny medal mistrzostw świata seniorów.

Nasza zawodniczka wróciła do Polski dopiero parę dni temu. – Musiałam to wykorzystać, bo rzadko jest okazja wyjechać do Stanów Zjednoczonych, a tu dodatkowo na wakacjach było co świętować – mówiła gorzowska wioślarka. – Najpierw było jednak całkowite skupienie na mistrzostwach świata. Cieszyłam się, że jestem w Sarasocie z polską ekipą, mogę trenować, startować przy pięknej pogodzie. A to, co udało się zdobyć jest po prostu niesamowite. USA to faktycznie zupełnie inny świat, choć przyznam, że też zatęskniłam za domem, bo nie było mnie tutaj ponad miesiąc.

Jak to się wszystko zaczęło? – Pierwszym moim trenerem był Jacek Błoch, a zaczęłam trenować w trzeciej klasie gimnazjum – opowiadała Michałkiewicz. – Był nabór, propozycja sprawdzenia się w Wałczu w wioślarstwie i właśnie takie były moje pierwsze kroki w tej dyscyplinie. Każdy sezon to jest bardzo ciężka praca, ale nie boję się jej, bo wiosła wciągnęły mnie całkowicie. Ostatnie lata bardzo dodały mi energii, bo przecież w czwórce podwójnej dwa razy z rzędu byłyśmy młodzieżowymi mistrzyniami świata. O tegorocznym sukcesie już w seniorach mogłam jeszcze chwilę temu jedynie pomarzyć. Takie jest jednak życie sportowca, trzeba mocno pracować, rywalizować i czekać na swoją szansę, a gdy się wydarzy, ze wszystkich sił próbować ją wykorzystać.

Do medalowej osady wioślarka AZS AWF wskoczyła w ostatniej chwili, w miejsce koleżanki, która miała wypadek. Tak to jest w życiu, w sporcie, że czasami szczęście jednej jest niestety nieszczęściem drugiej.

– Wszystkie trzymamy kciuki za Anię. Ważne, że te najtrudniejsze chwile ma za sobą, jestem pewna, że wróci do nas silniejsza – mówiła Olga Michałkiewicz. – Nasza grupa liczy dziesięć osób jeśli chodzi o czwórkę podwójną i czwórkę bez sterniczki, a więc dwie zawodniczki są rezerwą. Kto to był? Tak naprawdę każda z nas, bo były ciągłe zmiany, próby, roszady na tych mocniejszych zawodach, mistrzostwach Europy czy Pucharach Świata. Wszystko po to, aby najlepiej wybrać. Nie wszystkie zawodniczki potrafią wiosłować krótkim i długim wiosłem, bo to te dwie osady różni [czwórka podwójna to wiosła krótkie, a czwórka bez sterniczki – długie]. Mam to szczęście, że jestem uniwersalna, przeszłam przez różne osady. Bardzo dużo mi dały wspólne starty na dwójce podwójnej z Asią Leszczyńską, brązową medalistką ostatnich igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. Chłonęłam od niej ile się dało, starałam się jak najwięcej skorzystać z jej wielkiego doświadczenia. I uważam, że nasze piąte miejsce na mistrzostwach Europy to był dobry wynik. Załapałyśmy się do finału, może trochę zabrakło czasu, aby znaleźć się jeszcze wyżej. Osiągnęłyśmy to po trzech tygodniach wspólnego pływania, a więc po naprawdę bardzo krótkim czasie.

Przed mistrzostwami w USA szalał huragan Irma, który mocno opóźnił wylot naszej ekipy z Wałcza. – Teraz już o tym zapomniałyśmy, ale na pewno to były trudne dni – przyznała nasza wioślarka. – Plany były zmieniane z dnia na dzień, aklimatyzacja stawała się coraz krótsza, nikt jednak nie miał na to wpływu, bo przecież najważniejsze było bezpieczeństwo. Chciałyśmy się już wyrwać z Wałcza, potrenować w innej scenerii, to zawsze daje dodatkową energię. W końcu dotarłyśmy do Sarasoty.

Występ w Stanach Zjednoczonych był jak piękny sen. – Cały czas czuję, że finałowy wyścig przyniósł nam bardzo dużo dobrej zabawy i satysfakcji ze świetnie wykonanej pracy – opowiadała Michałkiewicz. – Każda z tej osady pamiętała jaki był ten sezon, ile trzeba było pokonać przeciwności, aby dopłynąć do tego finału, ostatecznie powalczyć o medal. Przecież to jest nowa osada, budowana dopiero od grudnia ubiegłego roku. Wcześniej w Polsce nie pływałyśmy czwórki bez [sterniczki – przyp. red.], bo nie była to konkurencja olimpijska. Dlatego ta osada, ten start, to była ekscytująca zagadka, coś do odkrycia. Jak okazało się coś naprawdę pięknego. Radość jest ogromna, bo przecież obok nas stanęły mistrzynie Australijki czy piąte Holenderki, osady już bardzo doświadczone. Lepszego początku na czteroletniej drodze do Tokio nie można było sobie wymarzyć, bo przecież żadna z nas nie ukrywa, że myślimy, marzymy, walczymy o igrzyska olimpijskie w 2020 roku. Mamy sukces, ale też jesteśmy na początku drogi, wszyscy, razem z trenerami, poznajemy się, odkrywamy nasze możliwości. To jest naprawdę coś niesamowitego. Wiem ile pracy przed nami, ale na końcu jest złoty medal olimpijski. Tak, trzeba mieć największe marzenia. Jak to się dalej potoczy? Tego nie wie nikt, dlatego najpierw jest czas na radość, a potem na dalszą pracę i jak najwyższą formę – zakończyła srebrna medalistka mistrzostw świata seniorów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.