Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Cum decore, cum amore... Śpiewajmy pięknie, z miłością, zapałem, radość wspaniałą w muzyce wysławiajmy – tak znaną pieśnią drezdenecki zespół Canto Choralis uczcił Jarosławowi Brękowi.

Jeszcze niedawno ten wybitny śpiewak występował w Hanowerze, a zaledwie dzień przed benefisem śpiewał kantatę Bacha na Zamku Królewskim w Warszawie. Ale na 20-lecie pracy artystycznej zjechał do małego Drezdenka, gdzie jest dyrektorem artystycznym Letnich Spotkań Kameralnych.. Tu wielokrotnie występował, tu ma też swoją wierną publiczność i wielbicieli talentu.

Jarosław Bręk swoje pierwsze kroki na scenie stawiał w młodym wieku. Powierzono mu wtedy partię w „Stabat Mater” z zastępstwie. Andrzeja Hiolskiego. Gdy kilkanaście lat później do znakomitego wykonania tegoż „Stabat Mater” wybierano obsadę, to znaleźli się w niej zarówno Iwona Hossa, jak i Jarosław Bręk. Dyrygował sam Antoni Wit, a nagranie było nominowane do Nagrody Grammy.

Studiował Jarosław Bręk w klasie wielkiego barytona Jerzego Artysza. Znakomity pedagog i śpiewak trafił na równie wybitny talent. Nie dziwi więc, że jego podopieczny studia ukończył z medalem Magna Cum Laude a niedługo potem zbierał laury na prestiżowych konkursach wokalnych w Barcelonie, Vercelli i Lizbonie. A potem... czekała na niego kariera. Występował z ponad 80 orkiestrami i 120 chórami z całego świata, wykonał 20 partii operowych oraz ponad 110 dzieł oratoryjnych. Płyty z jego nagraniami zdobywają Fryderyki, ostatnie w roku 2016, „Złotego Orfeusza” w Paryżu, wreszcie nominacja do Nagrody Grammy wspomnianej płyty ze „Stabat Mater” Karola Szymanowskiego.

– Jeden z najwspanialszych ludzi sztuki w naszym kraju – tak określa Bręka w swoim liście z okazji jubileuszu Ryszard Zimak, rektor Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, który swego czasu przyjmował artystę na studia wokalne. – Miałem wtedy okazję zapoznać się z listem polecającym maestro Stefana Stuligrosza skierowanym do władz warszawskiej uczelni. Studia skończyły się bardzo owocnie, a dowodem uznania uczelni dla pańskiego talentu stał się medal Magna cum Laude, przyznawany najwybitniejszym absolwentom Alma Mater. Jestem pod ogromnym wrażeniem pańskich osiągnięć artystycznych, Nagrody uzyskane na prestiżowych konkursach wokalnych, kreowanie tytułowych postaci w operach wystawianych w kraju i za granicą, wielkie partie wokalne dzieł oratoryjnych, wykonawstwo muzyki kameralnej, kameralnej podróże artystyczne do wielu krajów, wielkie sale koncertowe, wybitne zespoły, znakomici dyrygenci – wylicza prof. Zimak.

Jako dyrygent współpracowałem z panem w wykonaniu dzieł oratoryjnych, współdziałam też z panem dziś pedagogiem, dr habilitowanym Akademii Muzycznej w Poznaniu. I widzę wspaniałego profesjonalistę, wrażliwego człowieka i muzyka. Pełnego skromności i stanowiącego godny wzorzec do naśladowania dla młodych adeptów sztuki wokalnej. Obrana droga życiowa pokazała bowiem, że jest pan artysta wielkiego formatu – napisał rektor UMFC.

A ta droga zaczęła się w Poznaniu, w „Poznańskich Słowikach”. O nauce, karierze i anegdotach z życia artysty opowiada sam jubilat.

Chór Stuligrosza...

Tak, jak wszystkich kolegów, którzy przewinęli się przez Poznańskie Słowiki, mnie również zaprowadziła do tego chóru mama. To nie było moje marzenie. Miałem przecież sześć lat! Poszedłem jednak na przesłuchanie weryfikujące, a wtedy było tak, że na 15 miejsc był 300 chętnych. Dziś jest niestety już inaczej. Z tego chóru wyniosłem setki przyjaźni. I to, czego nauczyłem się od prof. Stuligrosza, wówczas zupełnie nieświadomie. A nauczyłem się wszystkiego, co dziś jest mi potrzebne w tym zawodzie, czyli systematyczności, punktualności, rzetelności, Wówczas nauczyłem się, że jeśli utwór musimy wykonać w kwietniu, to pracę nad nim należy rozpocząć w grudniu. Nauczyłem się, że jak skoro próba zaczyna się o godz. 18, to nie znaczy, że o 18.05. Profesor przerywał próbę, a ośmiolatek przed całą salą musiał się tłumaczyć, dlaczego się spóźnił. Robiliśmy więc wszystko, aby tak się ni stało. Przede wszystkim w tym chórze miałem okazję poznać całą literaturę wokalną, wszystkie oratoria, które dziś wykonuję poznałem w wieku 7-8 lat. Myślę, że to bardzo zaprocentowało to moim życiu

Dorosłość i debiut

Debiut na scenie też jest związany z prof. Stuligroszem. Byłem wówczas na I roku studiów i nie w głowie mi były występy publiczne. Tak się zdarzyło, że w czasie zaplanowanego koncertu w Filharmonii Poznańskiej zachorował bas, który miał wykonać partię w Oratorium na Boże Narodzenie Jana Sebastiana Bacha. Wtedy zatelefonował prof. Stuligrosz, że być może będę musiał wystąpić. Liczyłem, że uda się znaleźć kogoś innego. Ale nie udało się. W dwa dni musiałem się nauczyć tego dzieła. Nogi się trzęsły, bo to był mój pierwszy publiczny występ. I stało się tak, że potem ni stąd ni zowąd zaczęły napływać do mnie propozycje kolejnych występów. I tak od 1996 r. to się toczy do dziś.

Pikantny obiad z primadonną

Dopiero dziś, po latach uświadamiam sobie, że jakoś zawsze tak było, że praca przychodziła do mnie, propozycje napływały. Nie zastanawiałem wtedy, dlaczego tak jest. W wieku 20 lat wszystko dzieje się szybko, raz jestem tu, za chwilę gdzie indziej. I uznajemy to za coś oczywistego.

Wtedy zadzwonił do mnie mąż Teresy Żylis-Gary. I uznałem to za coś zupełnie normalnego, do mnie dzwoni, a jakże. Dopiero dziś wiem, jakiego szczęścia dostąpiłem. Zaprosił mnie na koncert z Maestrą do Monte Carlo przed księciem Albertem. I dla mnie to było coś oczywistego, że będę śpiewał z Teresą Żylis-Garą. Maestra zaprosiła mnie do swojego domu, na obiad przez siebie przygotowany. To było niezwykłe. Jej mąż zapowiedział, że ona wspaniale gotuje, a w tym dniu mieliśmy wieczorem wspomniany koncert. Maestra przygotowała kilkudaniowy obiad. Danie główne okazało się tak pikantne, a ona zapytała mnie po pierwszym kęsie, jak smakuje. Chciałem naprawdę powiedzieć, że jest dobre, ale miałem problem z mówieniem... Zastanawiałem się, jak wieczorem zaśpiewam, bo to przecież wszystko ma znaczenie.. Ona jadła to samo i zaśpiewała oczywiście jak zwykle doskonale. A ja miałem problem, żeby z tego obiadu wyjść w śpiewanie. Ale warto było, bo obiad w domu Maestry to było coś.

Sonety trochę szybsze...

Wojciech Kilar chciał, żebym to ja zaśpiewał jego „Sonety do Laury”. To było chyba pięć lat temu. Jak zawsze, z tego rodzaju wydarzeniem związana jest jakaś historia. Miałem zaplanowane czterodniowe nagrania muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Filharmonii Narodowej pod dyr. maestro Antoniego Wita, z którym współpracuję od 15 lat. Na dwa miesiące przed tym, zadzwonił maestro Wit mówiąc, że jest taki utwór „Sonety do Laury” napisany przez Wojciecha Kilara i życzeniem kompozytora jest, abym to ja się podjął wykonania tego utworu. Miało to nastąpić podczas otwarcia domu muzyka seniora pod Warszawą, którego Wojciech Kilar był jednym z fundatorów. Z przyjemnością się zgodziłem. Otrzymałem nuty i... okazało się, że jest to tak trudny utwór, długie trzymane dźwięki, zupełnie kontrastujący z Pendereckim, którego mieliśmy nagrywać. Dziś wiem, że to jest nie do połączenia. Postanowiłem na potrzeby tego koncertu wykonać to nieco szybciej, niż zapisał kompozytor, żeby po prostu dać radę. Humor mi się zmienił, kiedy zobaczyłem Wojciech Kilara siedzącego dwa metry przede mną, a to jest jedyny człowiek, który wie, jak to powinno być wykonane. Podszedł potem do mnie – to był człowiek wysokiej kultury i taktu – i powiedział, że to było interesujące tempo.

Taki młody, tyle sukcesów

Moja niestandardowa sytuacja wynika z tego, że śpiewanie rozpocząłem bardzo wcześnie. Nadal spotykam ludzie, którzy słyszeli moje nazwisko, a widzą mnie po raz pierwszy. I są niezmiernie zdziwieni, że taki młody, bo słyszą o mnie od tak dawna. Wchodzę teraz w okres, o którym słyszałem od kolegów śpiewaków, kiedy rozpoczyna się potwierdzanie swojej pozycji. To okres najtrudniejszy, bo każde wyjście na scenę, dla artysty jest dźwiganiem swojego dorobku i udowadnianiem od zera podczas występu. Jednocześnie uważam, ze praca pedagogiczna poszerzyła mi horyzonty. Niezwykle wskazane jest, dla śpiewaka uczyć, a dla pedagoga śpiewać. Ważne i dla mnie, jako śpiewaka i dla moich studentów.

Barytony śpiewają do późna

Andrzej Hiolski miał 75 lat kiedy śpiewał partię Miecznika w „Strasznym Dworze”. Kiedy Hiolski zmarł, ja miałem 23 lata. A to był największy polski baryton w historii. Zadzwonił do mnie jego organista prof. Józef Serafin i powiedział, że pan Andrzej Hiolski miał zaplanowany koncert w Filharmonii Opolskiej bardzo by chciał, abym to ja zaśpiewał ten zaplanowany przez niego repertuar. Urosły mi skrzydła. Twarde zderzenie z rzeczywistością polegało na tym, że choć repertuar ułożył Hiolski, był organista, ale na widowni tylko siedem osób. Zrozumiałem, że trzeba jeszcze zapracować, aby mieć taką widownię, jak Andrzej Hiolski. To było mocne uderzenie, ale motywujące na przyszłość.

Raz Jezus, raz Piłat

Najgorszy sen śpiewaka? Kiedy stajemy w pełnych światłach i nie mamy głosu. To się zdarza. Chyba jednak gorsza jest sytuacja, kiedy nie znamy swojej partii, a stajemy na scenie i jest znak, że już trzeba zacząć. To było moim udziałem w Krakowie, w Pasji wg św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha. W tym utworze na mój głos są dwie partie: partia Jezusa i partia Piłata. Nota bene: jak bardzo niewymierzalna jest sztuka, skoro połowa dyrygentów widziała we mnie głos na Jezusa, druga połowa na Piłata. Jedna partia jest rzewna i liryczna, druga dość agresywna. Przygotowałem więc na ten koncert partię Jezusa. Miałem dwa koncert w Krakowie „Stabat Mater” Szymanowskiego z orkiestrą Filharmonii Krakowskiej, a trzeciego dnia próbę i koncert Pasji, ale z inną orkiestra i dyrygentem. Na estradzie dwóch basów: ja i kolega z Niemiec. Utwór się toczy, zbliża się wejście Jezusa, a my wstajemy we dwóch. Co robić? Śpiewać razem nie możemy. Dyrygent przerwał próbę: „którą partię pan przygotował”. I okazało się, że ja byłem przewidziany jako Piłat. Zostało mi trzy godziny na opanowanie nut. Ale wieść o tym rozniosła się po Krakowie koncert udało się wykonać, w tych warunkach z jakimś tam możliwym sukcesem. Minęło jednak kilka lat. I znów jest Pasja w Krakowie. Dyryguje Stanisław Krawczyński, dziś rektor krakowskiej akademii. Mówi: słuchaj, tyle razy to śpiewałeś, wystarczy, że przyjedziesz na jedną próbę w dniu koncertu. Kiedy przed próbą się rozśpiewuję, podchodzi do mnie i pyta: ale... która partię ty przygotowałeś? Ja na to: Stasiu, daj spokój, to było parę lat temu... No nie... naprawdę, którą? Proszę sobie wyobrazić, że sytuacja się powtórzyła. Tyle, że ja już znałem obie partie...

Benefis 20-lecia pracy artystycznej Jarosława Bręka odbył się w Drezdenku, 23 kwietnia 2017 r. we współpracy ze Stowarzyszeniem Sauerianum. Jarosław Bręk śpiewał tym razem nietypowe dla swojego repertuaru pieśni neapolitańskie. Występowali również studenci i absolwenci: Weronika Kujawa, Małgorzata Rawska, Damian Chiliński. Na fortepianie, jak zawsze podczas drezdeneckich koncertów akompaniowała Olena Skrok.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.