Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

* O co chodzi w Akademii Opowieści?

* Wyślij zgłoszenie konkursowe

* Zapoznaj się z regulaminem

Jednak to zdjęcie, portret, jest chyba najbardziej dla niej charakterystyczne, dostałem kiedyś w kancelarii Senatu. Sympatyczna, ciepła twarz. Właśnie taka była Zofia Kuratowska.

Do dziś tak ją widzę, z mojej perspektywy, człowieka, który wtedy zaczynał dopiero studia. Nie stwarzała dystansu, zwłaszcza do młodych ludzi. Przecież była już osobą z dużym doświadczeniem, a nie było nawet śladu protekcjonalnego traktowania, typu: „A, młodzi, niech się jeszcze uczą...”. Miała partnerskie podejście. Od siebie dużo wymagała, ale również dużo wymagała od innych. Naturalnie to dotyczyło też podstawowych prawideł, których uczymy się od dziecka: jak punktualność, odpowiadanie na korespondencję.

To był rok 1994. Zacząłem wtedy właśnie studia w Warszawie. Poznaliśmy się dzięki prof. Dołowemu, który miał wtedy wspólne biuro poselskie z Jackiem Kuroniem i Katarzyną Piekarską przy ul. Flory 9, drzwi w drzwi z ówczesną siedzibą Fundacji Batorego. To tam się spotkaliśmy. Interesował mnie liberalizm w społecznym wydaniu, a pani profesor była wtedy wicemarszałkiem Senatu. Tak rozpoczęły się nasze kontakty i różne przedsięwzięcia związane z propagowaniem opcji społeczno-liberalnej: kluby dyskusyjne, spotkania, konferencje. Pamiętam na przykład konferencję „Myśl liberalna a prawa człowieka”, w której organizację dzięki pani profesor mocno się zaangażowałem. To był już luty 1996 r. Była to naprawdę duża konferencja, a jednym z gości była Heide Schmidt z Austrii, która dopiero co dokonała rozłamu w partii Haidera, nie zgadzając się z kierunkiem, w którym on zmierzał. I stworzyła Forum Liberalne. Dzięki prof. Kuratowskiej mogłem być blisko takich właśnie pasjonujących wydarzeń. Dla młodego człowieka to było bardzo fajne. Spotykaliśmy się też w ramach mokotowskiego koła UW, tam byli m.in. Wujcowie, bliskie jej środowisko. Mieliśmy zaszczyt być mieszkaniu Pani Profesor, mieszkaniu jeszcze po jej ojcu, wybitnym matematyku, gdzie czuło się ten klimat i inteligencki etos.

Profesor miała „power”

Istotne było też to, że potrafiła zarazić swoją aktywnością. To fenomen, że są ludzie, którzy mają taki „power”. Ona stale podejmowała różne działania. Jest tak, że przełomowe chwile dziejowe odkrywają osoby niebanalne, o pasji społecznikowskiej, które mogą wpływać na zmiany świadomości społecznej w duchu humanistycznym. To odnosi się też do Zofii Kuratowskiej, lekarki, naukowca, polityka i społecznika.

Była zaangażowana w działalność Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna, powstałego w połowie 1990 r. Kiedy w 1991 r. powstała nowa partia – Unia Demokratyczna – w jej władzach reprezentowała centrolewicowe skrzydło, które potem przekształciło się w wewnątrzpartyjną Frakcję Społeczno-Liberalną.

Od początku była więc twarzą polskiego socjalliberalizmu i przewodniczącą tej frakcji, w której działali m.in. Krzysztof Dołowy, Marek Balicki, Krystyna Sienkiewicz, Marek Edelman, Jacek Lech, Anna Bogucka-Skowrońska.

W socjalliberalizmie widziała dwa zasadnicze wymiary: politykę społeczną oraz sferę światopoglądową. Stała na stanowisku, że państwo ma powinności w zakresie wtórnego podziału dóbr, celem zapewnienia funkcjonowania sfer publicznych, takich jak służba zdrowia, edukacja, nauka, kultura. W tym upatrywała podstawy do rozwoju idei liberalnych w społeczeństwie, które powinno się charakteryzować aktywnością rozlicznych inicjatyw obywatelskich. Jednocześnie optowała za taką interwencją państwa, która nie przeistoczy się w jego wszechmoc, redukując wolność jednostek. Drugim wymiarem są prawa i wolności człowieka oraz obywatela. Stąd powinność eliminowania wszelkich postulatów ksenofobicznych, klerykalnych czy takich, których przesłaniem jest propagowanie prawd jedynie słusznych.

Miała świetne kontakty z liberałami holenderskimi, niemieckimi, brytyjskimi. Przyjeżdżali do Polski również ze względu na nią, na jej entuzjazm. Na to, co również mi przekazała, czyli podejście do uprawiania polityki. To były jednak czasy przedinternetowe i zupełnie inny model polityki, odważnego stawiania swoich poglądów, ale bez wyklinania drugiej strony sporu.

Budowała mosty. Z mojej ewangelickiej perspektywy ważne było to, że w latach 90. działała na rzecz wypracowania pewnego modelu stosunków państwo-Kościół, była twarzą Polskiego Stowarzyszenia Wolności Religijnej.

Mocno podkreślała, że państwo powinno mieć charakter neutralny światopoglądowo. I była przy tym w dobrych kontaktach ze wszystkimi Kościołami chrześcijańskimi. W tym ze swoim własnym, bo była katoliczką. Ale był to katolicyzm zdystansowany od hierarchii i tego, co mieliśmy w Polsce w latach 90. Adam Boniecki, ks. Arkadiusz Nowak, Józef Tischner – to było grono, w którym się obracała. I trzeba powiedzieć, że przy tym również nieźle obrywała, była krytykowana przez Kościół.

Mentor, nie ważniak

To właśnie mi przekazała: szerokie rozumienie państwa dla wszystkich, niezawłaszczanie tego państwa, nieprywatyzowanie go i zagarnianie dla jednej politycznej opcji.

Zresztą to był w ogóle styl myślenia całej Unii Demokratycznej, potem też dużej części Unii Wolności. Tam było wiele podobnych, wielkich osobowości. Cały gwiazdozbiór: Geremek, Onyszkiewicz, Kuroń...

Czym potrafiła zarazić? Dobrocią, którą obdarowywała ludzi, szacunkiem dla poglądów innych, ale też własnych. To nie było jakieś rezygnowanie dla kompromisu, ale bycie asertywną, choć nie agresywną. I swoją otwartością. Dla młodego człowieka to było ważne. A z jej dorobkiem miałaby przecież prawo trochę „grzeszyć”. Przecież nawet prof. Bronisław Geremek był postrzegany jako trochę ważniak, nauczający ex catedra. A ona nie.

Ja, początkujący studencik, mogłem ją więc uważać za – to chyba będzie właściwe słowo – mentora. Wchodząc wtedy w politykę, miałem kogoś, kto był inspiracją, wpłynął na formację postawy.

A przecież ta znajomość trwała zaledwie kilka lat... Potem frakcja społeczno-liberalna w Unii Wolności była marginalizowana, Zofia Kuratowska była w sporze z Balcerowiczem. Ona nie chodziła z tym do mediów, ale miała chyba trochę dosyć. W 1997 r. nie kandydowała już do Senatu. Przyjęła propozycję objęcia funkcji ambasadora w RPA. Afryka była jej pasją, a od 1989 r. była zaangażowana w pracę AWEPA – czyli Association of Western European Parlamentarians Against Apartheid.

W swoim życiu była cały czas lekarzem, społecznikiem, politykiem. A najkrócej dyplomatą. I to w niezbyt ciekawym dla Polski czasie, kilka lat po zamordowaniu Chrisa Haniego przez Janusza Walusia. Postawiła sobie za cel, aby Polska nie była znana tam jedynie przez pryzmat Lecha Wałęsy z jednej strony, a z przeciwnej - Walusia. Zmarła w Pretorii 8 czerwca 1999 r.

Robiłaby dobrą robotę

Dziś mam pewien żal, że to postać tak bardzo zapomniana. Jacek Kuroń jest w pamięci. I super. Tadeusz Mazowiecki – wyszły ze trzy biografie, Bronisław Geremek ma fundację swojego imienia, są wydawnictwa. A prof. Kuratowska nawet przez swoje środowisko jest zapomniana. Warto przywrócić pamięć o niej, choćby ze względu na te fajne rzeczy, które reprezentowała w polityce.

A dziś, gdyby żyła? Stawiam tezę, że z takiej polityki by się wycofała. To nie jest jej styl, jej etos. Te ataki, nawalanie się nawzajem, anihilacja wrogów z przeciwnych opcji. Z pewnością byłaby w jakimś NGO, robiłaby dobrą robotę, niekoniecznie w polityce. Wyobrażam sobie Zofię Kuratowską jadącą do Teremisek, do uniwersytetu im. Jacka Kuronia, aby tam prowadzić wykłady...

* Paweł A. Leszczyński – dr hab. nauk prawnych, prof. Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie.

Akademia Opowieści – konkurs z nagrodami!


Staliście się dzięki niemu lepsi, mądrzejsi, bardziej wartościowi. Kim on jest, co dla was znaczy? Opowiedzcie nam o nim, razem napiszmy jego historię. „Najważniejszy człowiek w moim życiu” to temat Akademii Opowieści, do której zapraszamy naszych czytelników. Szukamy opowieści, które nas uwiodą. Planujemy pomoc redaktorów i reporterów „Dużego Formatu” w przygotowaniu tekstów do druku na naszych łamach. Może to właśnie wasz bohater będzie tak interesujący, że pozna go cała Polska. I znajdzie swoje miejsce w historii. Dajcie mu szansę, zasługuje na to. Chcemy bohaterów pełnych życia, z krwi i kości. Takich, o jakich milczą podręczniki, a przecież dla was najważniejszych.

Na wasze opowieści czekamy do 31 marca 2017 r. Opowiadanie pod hasłem „Najważniejszy człowiek w moim życiu” nie może przekraczać 8 tysięcy znaków. Należy je wysłać za pośrednictwem formatki dostępnej na stronie internetowej Akademia Opowieści. Zwycięzcom kapituła konkursu przyzna nagrody pieniężne, a ich opowieści zostaną opublikowane w „Dużym Formacie”, dodatku do „Gazety Wyborczej”.

Więcej w serwisie: Akademia Opowieści

Partner Akademii OpowieściPartner Akademii Opowieści Promocja

 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.