Sylwia Bogacka rozmawia z karabinem. Karolina Naja już nie trzyma się brzegu Warty. Szymon Staśkiewicz uchodzi za D'Artagnana wśród pięcioboistów. Paweł Kaczmarek, to wiecznie uśmiechnięty bohater Czułchowa. Zbigniew Schodowski dźwiga presję wielkich poprzedników.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gorzów i dziennikarze "Wyborczej" bliżej Ciebie - znajdź nas na Facebooku i gorzow.wyborcza.pl!

Dziś w Rio de Janeiro zaczynają się XXXI Letnie Igrzyska Olimpijskie. Do reprezentacji Polski dostało się pięcioro sportowców z lubuskich klubów. Medalowe szanse? Przynajmniej dwie.

Teraz jesteśmy lepsze

- Na zawsze do historii przejdzie ta osada, która zdobędzie kajakowe złoto, bo w Polsce tego jeszcze nikt nie zrobił. Nie dmucham balonu, ale wiem, że dziewczyny są przygotowane, aby bić się o podium i to nie raz - odważnie o oczekiwaniach kadry kobiet mówi trener Tomasz Kryk.

Jakie dziewczyny? Takie jak choćby 26-letnia Karolina Naja z AZS AWF Gorzów.

To było siedem lat temu. Dziewczyna z Tychów pierwszy raz pojawiła się na gorzowskiej przystani.

- Z lękiem schodziłam na Wartę i pływałam blisko brzegu, jak te dzieciaczki, które dopiero uczą się wiosłować. W swoim pierwszym klubie pływałam jednak na jeziorze, na spokojnej wodzie, rzeka to co innego - opowiadała Naja. Wtedy drobna nastolatka z marzeniami, dziś 26-letnia kobieta, jedna z najlepszych kajakarek na świecie, która zna już smak olimpijskiego podium.

Razem z o pięć lat starszą Beatą Mikołajczyk z Bydgoszczy w kajakowej dwójce przegrały w finale z Niemkami i Węgierkami, ale odparły atak Chinek. Brąz wygrały o 136 tysięcznych sekundy!

- Tych obrazów już nigdy nie zapomnę - opowiadała Naja. - Tuż za metą czułam, że jesteśmy trzecie, i nawet Beata mnie nie przekonała, że może być jednak gorzej. Szaleństwo. Podium olimpijskie to przecież podium dla wybranych.

Kilka miesięcy później medal został odwieszony w widoczne miejsce. Zaczęła się operacja Rio de Janeiro. Przemyślana, z wnioskami z tego, co działo się przed i w Londynie. Wszystko po to, aby wynik w Brazylii był jeszcze bardziej okazały, nawet kosztem tytułów na mistrzostwach świata i Europy.

Naja na igrzyskach powalczy nie tylko w dwójce wspólnie z Mikołajczyk, lecz także w czwórce. W tej drugiej konkurencji Polki cały czas czekają na pierwszy, olimpijski medal w historii, odczarowanie fatum czwartego miejsca.

- Do Brazylii lecimy 10 sierpnia. Nastrój? Naprawdę pozytywny. Jesteśmy pewne swojej formy i możliwości. Na ostatnich badaniach specjalistycznych biłyśmy rekordy. W Londynie dałyśmy radę, a czuję, że teraz jesteśmy lepsze - zapewniła Naja.

Kaczmarek dogonił idoli

Wśród kajakarzy ścigających się solo na 200 m konkurencja jest ogromna i mocna. Nie tak dawno wydawało się, że za mocna dla Pawła Kaczmarka z AZS AWF Gorzów.

- Starsi koledzy z kadry czasami sobie z niego żartowali, nie traktowali poważnie. Tymczasem Paweł robił swoje. I przez kilkanaście miesięcy przebył niesamowitą, sportową drogę. Rok temu nagle stał się ostatnią, kajakową nadzieją biało-czerwonych, bo właśnie on wziął w Mediolanie jedyną przepustkę na igrzyska dla Polski - mówił trener AZS AWF Gorzów Marek Zachara.

Gdy Kaczmarek wywalczył nominację do Rio, z wielkimi honorami witali go w Człuchowie, bo stamtąd pochodzi i tam się wychował. Do Gorzowa trafił na studia w 2014 r.

W błyskawicznym tempie gonił najpierw krajową, a teraz światową czołówkę. - Jest w takim wieku [21 lat - red.], że nie ma przed nim granic. Dogonił swoich idoli. Za chwilę może być idolem sam dla siebie - pochwaliła młodszego kolegę z AZS AWF Karolina Naja.

- Paweł już zrobił duży postęp. Oczywiście trochę szczęścia mu się przyda, szczególnie w półfinale. Sprawia wrażenie człowieka nieobciążonego jakimkolwiek ciężarem, chodzi wiecznie uśmiechnięty - komplementował Kaczmarka trener kadry kobiet Tomasz Kryk. Dlaczego przytaczamy głos z kadry kobiet? Bo Kaczmarek pojechał z kajakarkami na obóz przygotowawczy. I dobrze mu to zrobiło.

Dobry omen dla ósemki?

Niełatwo być wioślarzem z gorzowskiego klubu, bo sylwetki wielkich mistrzów z AZS AWF Tomasza Kucharskiego i Michała Jelińskiego tworzą presję. Wie coś o tym 29-letni pochodzący z Torunia Zbigniew Schodowski. Kiedyś mógł pływać w cieniu asów. Teraz ósemka ze Schodowskim w składzie jest już w Rio. Wcześniej jednak mieliśmy wzloty i upadki. Najpierw 2014 r. historyczny, bo pierwszy medal tej osady na mistrzostwach świata. Brązowy. Chwilę później zakończenie kariery przez Jelińskiego i symboliczne przekazanie wiosła Zbyszkowi. - Walcz chłopie ze wszystkich sił, teraz ty musisz przywieźć do Gorzowa kolejny, wioślarski medal z igrzysk w Rio - mówił do Zbyszka mistrz z Pekinu.

Ósemka w 2015 r. nie uzyskała nominacji do Brazylii. W pewnym momencie wydawało się, że to już koniec tej osady. Przejął ją jednak Włoch Giuseppe de Capua i wkrótce nastąpiło przełamanie, przekonanie grupy do trochę innej, bardzo ciężkiej pracy i w efekcie kwalifikacja ostatniej szansy w Lucernie.

- Pamiętam nasze pierwsze złoto olimpijskie. Też po kłopotach, gdy dopiero w roku olimpijskim zrobiliśmy kwalifikację - opowiadał Kucharski. - Niech dla Zbyszka i jego kolegów to będzie dobry omen.

Karabin się nasłucha

34-letnia Sylwia Bogacka z Gwardii Zielona Góra. Przed czterema laty w Londynie wystrzelała srebro w konkurencji karabinu pneumatycznego, zaś w swoim ulubionym konkursie karabinu sportowego trzy postawy po 20 strzałów zajęła miejsce tuż za podium.

Już wcześniej uchodziła za zawodniczkę światowego formatu. Niemniej Londyn to był przełom w jej karierze. Uzasadniła to tak: - W moim najbliższym otoczeniu zaczęły umierać bardzo młode osoby i to mnie obudziło. Pomyślałam, że wszystko się może wydarzyć, a skoro tak, to nie ma sensu odkładać marzeń. Postanowiłam zmienić podejście do treningów i startów, a przede wszystkim do życia.

Z takim nastawieniem Bogacka została nie tylko medalistką olimpijską w strzelectwie, ale też zaczęła uprawiać kitesurfing.

Gdy walczyła w finale o pierwszy medal, w Zielonej Górze jej klubowy trener Ryszard Taysner powtarzał sobie w duchu: "Jak już chwyciłaś, to trzymaj byka za rogi". A serce waliło mu tak, jakby chciało gardłem wyskoczyć.

Kilka dni później Sylwia mogła dołożyć do srebra kolejny medal. Ale skończyła tuż za podium.

- Często ludzie pytają, czy czwarte miejsce mnie nie denerwuje, a ja mówię, że nie. Bo skoro jestem czwarta na tej naszej kuli ziemskiej, to jestem niezła.

Że jest niezła, potwierdziły też kolejne starty i sezony. Ciężko na to pracowała, spędzając wiele godzin na strzelnicach Gwardii przy ul. Strzeleckiej w Zielonej Górze, gdzie nie tylko trenuje, ale także mieszka. Szybko wywalczyła przepustkę do Rio. Przed igrzyskami zmieniła karabin. Testy i przygotowania przebiegły OK, zatem... Jakkolwiek pójdzie to mogą być ostatnie wielkie zawody w jej karierze. Strzelanie wypełnia jej życie już od ponad 20 lat. Karabin, chociaż nie ma imienia, bywa powiernikiem. - Rozmawiam z nim. Gdy nam nie wychodzi, mówię do niego: Przecież umiemy to robić, spróbujmy jeszcze raz.

Woda zabiera, szpada oddaje

Początek sezonu był trudny. Przetrenowanie. Ale im bliżej Rio, tym forma idzie w górę. Co daje więcej spokoju, dobrego humoru i pozwala marzyć.

Olimpijskie stroje z 4F od kilku tygodni leżą i czekają, a 29-letni pięcioboista Szymon Staśkiewicz z ZKS Drzonków szykuje się do drugiego w życiu startu na igrzyskach. W Londynie zajął 24. miejsce W Rio? - Stać mnie na więcej - zapewnia.

- Słyszałeś, że pięciobój to sport dla inteligentnych awanturników? - pytamy.

- Cha-cha-ch. Nie do końca się z tym zgadzam. I na pewno nie jestem awanturnikiem - mówi. - Temperament np. do szermierki jest potrzebny. Ale ten sam temperament może później przeszkadzać na strzelnicy. Dlatego powiedziałbym, że pięciobój jest przede wszystkim dla ludzi cierpliwych, pracowitych i systematycznych. Trudno znaleźć kogoś, kto będzie miał talent do wszystkich pięciobojowych specjalności. Nad słabszymi stronami trzeba pracować - opowiada.

Staśkiewicz też ma piętę achillesową, to pływanie. Większość pięcioboistów ze światowej czołówki wywodzi się z pływania. Staśkiewicz stanowi wyjątek, bo zaczął pięciobój od... pięcioboju. Przez to w pływackim wyścigu na 200 m traci do najlepszych po kilka sekund. Stara się to nadrobić w turnieju szermierczym. Tu uchodzi za asa. Lubi bezpośrednią rywalizację, strategię. Cały udany sezon 2015 i olimpijską kwalifikację zbudował ze szpadą w dłoni.

W Rio wszystko, co dla zielonogórskiego pięcioboisty najważniejsze, zacznie się właśnie od szermierki.

- W piątek [19 sierpnia - red.] mamy ważny i długi turniej eliminacyjny. Tu zamierzam powojować! Resztę konkurencji oraz szermierkę, ale już taką skróconą i chyba tylko na potrzeby telewizji rozegramy w niedzielę [21 sierpnia - red.] - opowiada inżynier mechaniki i budowy maszyn po Uniwersytecie Zielonogórskim.

Kierunek studiów nie wziął się z przypadku. Technika i mechanika to pozasportowe pasje Szymona. Gdy po Rio zakończy sezon, może przyjdzie czas na to, by kupić motor i pojeździć. Jeden już miał, ale stał w garażu i się kurzył, bo Staśkiewicz mnóstwo czasu poświęca treningom i startom. Przeprowadził się z Zielonej Góry do ośrodka w Drzonkowie, by najlepszą na świecie bazę treningową mieć tuż za oknem.

Jako pięcioboista bywał już w Rio. Nie boi się opowieści o bałaganie w wiosce olimpijskiej czy superbakteriach. - Jesteśmy zaszczepieni i przeszkoleni.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej