Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rafał miał 32 lata. Przyjechał do rodzinnego Gorzowa tylko na kilka dni. Był kierowcą ciężarówki, jeździł po Europie samochodami niemieckiej firmy. Feralnej nocy z 11 na 12 września ub. r. bawił się razem ze znajomym w dyskotece Studio w dawnym kinie Słońce w centrum Gorzowa.

Wiemy, że Rafał wyszedł z klubu bez kolegi. Nie ma wątpliwości, że był pijany (w organizmie nie wykryto za to narkotyków). Pewnie szedł na taksówkę. Sześć minut po pierwszej, już w sobotę, dzwonił do młodszego brata, ale ten miał wyciszony telefon, nie odbierał. To ostatni ślad.

Oficjalny komunikat policji (z września): patrol zauważył mężczyznę w okolicach skrzyżowania ulic Hawelańskiej i Jagiełły. Został on ukarany mandatem. Agresję wyładował na radiowozie. Policjanci podjęli interwencję, chcieli go obezwładnić. W tym momencie mężczyzna stracił przytomność. Policjanci prowadzili reanimację do przyjazdu lekarza i przekazali rannego załodze pogotowia ratunkowego.

Policjanci mogli jednak popełnić błędy podczas interwencji - to wnioski ze wspólnego śledztwa dziennikarzy "Gazety Wyborczej" i Radia Gorzów.

Policja nie mówi wszystkiego

Rafała można się było bać. Potężny facet, za młodu trenował wioślarstwo. 195 cm wzrostu, 120 kg wagi. By go powalić, potrzeba było wielkiej siły.

Wiele wskazuje na to, że interweniujący, 23-letni policjant nie próbował przewrócić agresywnego mężczyzny, nie zbijał mięśni, nie wykręcał mu rąk. Nie użył policyjnej pałki, ani też paralizatora. Na ciele Rafała nie było żadnych śladów, które wskazywałyby na takie próby.

Funkcjonariusz najprawdopodobniej od razu zastosował chwyt obezwładniający polegający na duszeniu. Rafał niemal natychmiast stracił przytomność, przestał oddychać.

Czy ten sam policjant podjął reanimację? Kiedy policjanci zauważyli, że mężczyzna stracił przytomność? Nie jest to jasne. Z naszych informacji wynika, że za ratowanie nieprzytomnego policjanci zabrali się dopiero po przyjeździe drugiego patrolu. Nie wiemy, ile czasu minęło. Gdyby nie lekarze z karetki, 32-latek zmarłby na ulicy.

Telefon zadzwonił o 4.20. Rafał leżał na intensywnej terapii. W śpiączce.

Ireneusz, starszy o cztery lata brat: - Policjanci powiedzieli mamie, że znaleziono go nieprzytomnego na ulicy. Lekarz zauważył, że Rafał miał przy sobie portfel pełny pieniędzy. Początkowo nie rozumiałem, o co chodzi.

O tym, że była jakaś interwencja policji, dowiedzieliśmy się dopiero po kilku dniach, z radia i z gazety. Nikt nam tego nie powiedział wcześniej.

- A przecież mamę przesłuchiwali na komendzie w ten sam dzień. Zadawali pytania o Rafała, chcieli się dowiedzieć jak najwięcej o nim. Pytali, czy był agresywny. Jakby chcieli się wybielić. Bardzo to dziwne. Rafał bez powodu się nie denerwował, musiał zostać poważnie sprowokowany - opowiada "Wyborczej" jego 36-letni brat.

Marcin Maludy, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie: - Policja nie miała obowiązku powiadomienia rodziny o stanie zdrowia i pobycie mężczyzny w szpitalu. Nie ma przepisu prawa, który taki obowiązek na policjantów by nakładał. Natomiast w opisanej sytuacji, działając zgodnie z regulacjami KGP dotyczącymi "Zasad etyki zawodowej policjanta", policjanci zawiadomili osoby najbliższe.

Na pytanie, dlaczego policjanci nie powiedzieli rodzinie wszystkiego, komisarz Maludy już nie odpowiedział.

Dlaczego?

Pod koniec września lekarze wybudzili Rafała ze śpiączki farmakologicznej. - To było niedotlenienie mózgu. Brat miał poważny obrzęk mózgu. Nie oddychał samodzielnie. Nie mógł się poruszać, nie widział, nie mówił. Odczuwał ból, coś słyszał... - Ireneusz zawiesza głos. - Nie wiemy, czy nas rozumiał.

Zmarł 30 grudnia. Osierocił 12-letniego syna Sebastiana.

Rodzina zmarłego ma żal do policji. - Policjant powinien użyć chwytu obezwładniającego, a nie pozbawiającego życia. Nieważne, czy ktoś jest pijany, czy agresywny. Gdy antyterroryści zatrzymują przestępców, nie robią im przy tym praktycznie żadnej krzywdy. A zwykłego obywatela się zabija na ulicy. Nie jestem w stanie tego pojąć - mówi Ireneusz.

Rozmawiam z byłym policjantem, który w Gorzowie działał na "pierwszej linii frontu" oraz w wydziale kryminalnym, pracował też w Komendzie Głównej Policji w Warszawie. - Każda interwencja jest inna. To naprawdę ciężki kawałek chleba - zaznacza ostrożnie.

Opowiadam mu o interwencji z września ub. roku. - Podejrzewam, że u tego policjanta zagrały emocje. Nie zdołał ich chyba wyłączyć. A to się od razu przekłada na profesjonalizm. Był w trudnej sytuacji, jestem w stanie to sobie wyobrazić. Teoria jest taka, że powinno się używać technik obezwładniających wywołujących jak najmniejszą szkodę. Obezwładnia się w zasadzie tylko po to, by zakuć kogoś w kajdanki - podkreśla były policjant. Nie chce występować pod nazwiskiem, bo go "środowisko zje".

W oczekiwaniu na umorzenie

Sprawę bada Prokuratura Rejonowa w Strzelcach Krajeńskich. Jest taki zwyczaj, że śledztwa nie może prowadzić prokuratura bezpośrednio nadzorująca jednostkę, w której pracują policjanci, których dotyczy sprawa. Wiemy też, że "czynności zlecone przez gospodarza postępowania" wykonywało w tej sprawie także Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji.

Prokuratura prowadzi postępowanie w sprawie przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków przez policjantów podczas interwencji w Gorzowie. Taki jest kierunek śledztwa. Ale nikomu nie postawiono jeszcze zarzutów.

Policjanci z gorzowskiej komendy, z którymi rozmawiamy nieoficjalnie, są przekonani: to sprawa do umorzenia.

- Kwity zostały "uszyte" jak trzeba. W dokumentach są takie zapisy, żeby policjantowi krzywda się nie stała - mówi jeden z nich.

- A tak w ogóle to najspokojniejszy policjant, jakiego znam - słyszę też.

Wiemy nieoficjalnie, że w grudniu śledczy chcieli już zakończyć postępowanie. Skłaniali się właśnie ku umorzeniu, ewentualnie zawieszeniu śledztwa. - W sprawie wykonano już szereg czynności procesowych, przesłuchano policjantów, którzy interweniowali i tych, którzy również pojawili się na miejscu zdarzenia. W sprawie nie ma innych, bezpośrednich świadków zdarzenia - mówi "Wyborczej" prokurator Jacek Wasilewski, zastępca prokuratora rejonowego w Strzelcach Krajeńskich.

Nowe otwarcie

Śmierć Rafała, formalnie nazywana "nowymi okolicznościami w sprawie", sporo może zmienić. - W styczniu przeprowadzono sekcję zwłok mężczyzny. Zleciliśmy opinię biegłego z dziedziny patomorfologii. Może ona wykazać, w jaki sposób powstały konkretne obrażenia i co dokładnie mogło przyczynić się do śmierci 32-latka. Wydaje się naturalne, że jest związek przyczynowo-skutkowy między zgonem mężczyzny a działaniem innego człowieka. Po otrzymaniu opinii zdecyduję, co dalej ze śledztwem - zaznacza prowadzący sprawę prokurator Wasilewski.

Gorzowski adwokat Maciej Szcześniak, pełnomocnik rodziny zmarłego, zapowiada swoje wnioski dowodowe. Niezależnie od decyzji, jaką podejmie prokuratura. - Te wnioski będą miały na celu ewentualną weryfikację poczynionych ustaleń i nakreślenie pełnego obrazu stanu faktycznego sprawy. Jako niezbędne jawi się tutaj przeprowadzenie opinii zespołu biegłych lekarzy specjalistów. Ustalenia muszą zmierzać do wykrycia, czy stan, w jakim znalazł się pokrzywdzony, ma związek z interwencją policji i jakie okoliczności miały wpływ na tak drastyczną zmianę stanu zdrowia mężczyzny - mówi "Wyborczej" mecenas Szcześniak.

Brat zmarłego: - Mocno wierzę, że sprawa nie zostanie zamieciona pod dywan i że znajdzie finał w sądzie. Jestem święcie przekonany o tym, że Rafała zabił policjant.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.