Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tekst był opublikowany w gorzowskim wydaniu „Gazety Wyborczej” 28 listopada 2000 r.

Kiedy zaczęła Pani pisać w podziemnej prasie?

Grażyna Pytlak: W latach 70. czytałam dużo książek wydawanych przez paryską „Kulturę". Ale sami nic jeszcze wtedy nie drukowaliśmy. Kiedy w 1980 r. powstała „Solidarność", pojawił się w Gorzowie powielaczowy biuletyn informacyjny. W listopadzie dołączyłam do grupy, która się tym zajmowała. Biuletyn nazywał się „Solidarność Gorzowska" i był pismem całkowicie niezależnym. To znaczy, że nikt nie pytał cenzora, czy coś się nadaje do druku czy nie. W czasach pierwszej „Solidarności" prasa niezależna wybuchła jak bomba zegarowa. Wszystkie regiony coś wydawały: gazety, informatory, książki, poradniki itp. To były setki tytułów. Jednak niepowtarzalny czas wolnego słowa szybko się skończył. Po 13 grudnia 1981 r. jak wielu ludzi „Solidarności" zostałam internowana w Gołdapi. Ale gdy my siedzieliśmy, to w Gorzowie dzieci rozpoczęły wojnę przeciwko stanowi wojennemu. Nazwali się Młodzieżowym Ruchem Oporu i wydali jeden egzemplarz biuletynu, nazywając go niefortunnie „Iskra", czyli tak samo jak pismo rosyjskich bolszewików. Po pierwszym numerze wpadli. Ci kryminaliści, którzy „Iskrą" obalali ustrój, mieli wówczas po 14 lat. I wszyscy pod czułą opieką esbeków wylądowali w Izbie Dziecka, a potem dostali po dwa lata domu poprawczego w zawieszeniu. Większość tego zawieszenia nie wytrzymała i dalej coś tam broiła przeciwko ustrojowi. Wydawali ulotki, pisali po murach.

A jak dorośli działacze podziemia zabrali się do drukowania solidarnościowej bibuły?

- Po powrocie z internowania ciężko chorowałam. Ale gdy tylko się lepiej poczułam, przyszedł do mnie Zbyszek Bełz z kilkoma ludźmi z „Solidarności". Zapytali, czy ja się włączę, bo chcą wydawać pismo, które ma się nazywać „Feniks". Pytanie było czysto formalne. I tak przeżyłam z tym „Feniksem" od pierwszego numeru, aż do legalnych wyborów po 1989 r. Wtedy cały zespół napisał list do Zarządu Regionu, że oddaje podziemne pismo w ręce legalnie działającej „Solidarności".

O czym pisaliście w podziemnym „Feniksie"?

- Wykorzystując mechanizm „przeczytaj i podaj dalej", chcieliśmy dotrzeć do ludzi w całym mieście. Zawiadomić całą Polskę, że tu jest silna organizacja, która z uporem maniaka wydaje swoje pismo. Pisaliśmy o wszystkim. Patetyczny styl był związany z prześladowaniami. Tu w Gorzowie stale ktoś wędrował za kraty, odnotowaliśmy ponad 300 procesów działaczy opozycyjnych. „Feniks" mówił ludziom, że „Solidarność" żyje i organizuje manifestacje. Ta słynna manifestacja z 31 sierpnia 1982 r., która przyniosła kilkadziesiąt procesów i wyroków, była organizowana przez środowisko związane z „Feniksem".

Jak wyglądał cykl wydawniczy? Kto pisał, gdzie się drukowało, jak funkcjonował kolportaż?

- Była grupa osób, która pisała teksty i dostarczała do określonego punktu pod odpowiednim pseudonimem. Tam to wszystko było zbierane, przepisywane na tzw. woskówkę, a z niej drukowało się na ramce albo na sicie. Później produkcja trafiała do głównych punktów kolportażu, a potem do drobniejszych i dopiero potem do poszczególnych osób, zakładów pracy.

Skąd mieliście pieniądze na wydawanie podziemnej gazety?

- Było trochę osób w Gorzowie, o których wszyscy wiedzieli, łącznie z bezpieką, że pracują w podziemiu. Ludzie przekazywali nam wpłaty na hasło, które było potwierdzane w „Feniksie". Jeśli dostałam pieniążki na hasło „pegaz", to w najbliższym wydaniu „Feniksa" była adnotacja „pegaz" - 100 zł. Ludzie mieli do nas pełne zaufanie. Podchodzili na ulicy i podawali nam pieniądze z hasłem. Papier organizowaliśmy we własnym zakresie.

To znaczy jak?

- Kradliśmy.

Skąd?

- Z biur, z zakładów pracy. Pamiętam, że byli tacy, którzy chcieli kupować w sklepie papierniczym. Od razu wpadli. Te sklepy były mocno inwigilowane. Klient, który kupował ryzę papieru, od razu był podejrzany o konspirację. Dlatego bezpieczniej było niepostrzeżenie wynosić po parę kartek z zakładów pracy, z biur. Większe problemy były z siatkami do ramek i emulsjami światłoczułymi. Te rzeczy były przemycane z zagranicy. Np. emulsje trzeba było zawsze sprytnie ukryć w puszce po groszku bądź w butelce po szamponie. A kiedy przywoziliśmy z zagranicy siatki do ramek, to przyozdabialiśmy je jakimiś haftami, żeby wyglądały jak firanki.

Ilu ludzi było zaangażowanych w pisanie do „Feniksa"?

- Stale pisało kilka osób, a nieregularnie z pewnością kilkanaście. Po raz pierwszy na kolegiach redakcyjnych – już bez wielkiej konspiracji – zaczęliśmy się spotykać w 1987 r. Przestaliśmy się bać. Przyzwyczailiśmy się. Bo cóż mogli nam zrobić, zgarnąć na przesłuchanie? I co z tego?

Jak długo można knuć w podziemiu? Czy nie ogarniało was zniechęcenie? W drugiej połowie lat 80. do podziemia wkradała się apatia. Wydawało się, że robota podziemna nie ma praktycznego sensu. Coraz mniej młodych ludzi garnęło się do „Solidarności".

- W Gorzowie było zupełnie inaczej. Tutaj zawsze była świetna młodzieżówka. Waldek, Marek Rusakiewicz. Było wielu zaangażowanych licealistów. Oni mieli dużo pomysłów na psocenie komunie. Malowali mury, wydawali „Szańca" albo jakieś zeszyty samokształceniowe. A to znów bronili Międzyrzecza przed zagrożeniem odpadami radioaktywnymi. Gorzowskie podziemie nie narzekało na brak młodej krwi. W latach 1987-88 czuliśmy, że komuna wygasa. W pewnym momencie już całą paką szliśmy na zebrania „Feniksa", prawie pod okiem esbecji.

Czy oficjalne gorzowskie gazety pisały o „podziemnej konkurencji"?

- Bardzo często. Ale pisały okropnie. Stale obwieszczały koniec „Feniksa". Pisały, że już jesteśmy złapani, zapudłowani i koniec podziemia. A tu tego samego dnia świeżutki „Feniks" krążył po mieście.

Gorzowski drugi obieg to nie tylko „Feniks".

- Z biegiem lat pojawiły się też inne czasopisma. Młodzieżówka wydawała „Szaniec", oświata niezależna „Pokolenie". A poza tym krążyły tony krajowej bibuły, nie tylko czasopism. Mieliśmy do czynienia z masowym przerzutem książek z miast do miasteczek i na wieś. Od sąsiada do sąsiada, od kolegi do kolegi. Tylko wtajemniczeni znali drogi rozchodzenia się bibuły. Do dziś mam w pamięci warszawskie adresy tajnych punktów, skąd przywoziłam bagaże pełne książek.

Pamięta pani hity czytelnicze tamtego okresu?

- Popularny był Miłosz, wydawnictwa o Katyniu. Wstrząsające wrażenie robiły także wydane w podziemiu „Zapiski Więzienne" prymasa Wyszyńskiego. Z wypiekami czytaliśmy Sołżenicyna „Archipelag Gułag", a także „Na nieludzkiej ziemi" Czapskiego czy „Inny świat" Grudzińskiego. Mnóstwo wtedy czytaliśmy. Te książki otwierały nam oczy.

Robotnicy z wykształceniem zawodowym zaczytywali się w Miłoszu?

- A co pan myśli. Cała sieć drugiego obiegu to był potężny uniwersytet. Ludzie, którzy normalnie by gazety do ręki nie wzięli albo tylko przyglądaliby się stronom sportowym, mieli nagle jakieś inne potrzeby czytelnicze. Myślę, że w latach 80. w głębi duszy wszyscy poszukiwaliśmy swojej tożsamości. Robotnik w „Stilonie" czytał książki paryskiej „Kultury". Tak było.

W prosty sposób tę masową eksplozję czytelnictwa można wytłumaczyć wyświechtanym frazesem, że zakazany owoc lepiej smakuje?

- Jestem przekonana, że było coś więcej. Ludzie się zagubili. Nie wiedzieli, skąd pochodzą, kim są? Przecież za komuny mówiło się, że nikt nie był na Syberii, że nikt nie ginął w ubeckich więzieniach, że nikt nie był wyrzucany z pracy. W PRL-u, w oficjalnej podręcznikowej historii, takich zdarzeń po prostu nie było. W literaturze drugiego obiegu ludzie odnajdywali swoje losy. Przecież w Gorzowie Związek Sybiraków mógł powstać dopiero w 1989 r. Czas drugiego obiegu to był czas intensywnego zainteresowania Polską.

Mocno utkwił mi w pamięci jeden kadr z filmu „Robotnicy 80". Kobieta przed bramą stoczni mówi tak: „Oni myślą, że nam chodzi tylko o chleb i kiełbasę".

- Tak. Ta kobieta była szczerze oburzona, bo jej chodziło o wolność. Drugi obieg otworzył ludziom oczy. Zaryzykowali, wzięli do ręki podziemną książkę, przeczytali o swojej prawdziwej historii i wysoko tę książkę cenili. Do dziś przechowuję niektóre wydawnictwa niczym relikwie. I nie mogę zapomnieć, jak to wybitni poloniści z bezpieki zabrali mi wydane w NOW-ej (Niezależna Oficyna Wydawnicza) dzieła Miłosza. Mam do nich wielki żal, bo nigdy mi tego nie oddali. Zabrali Miłosza, bo dbali, abym siłą nie wywróciła ustroju.

A gdyby nie było drugiego obiegu? Czy mielibyśmy teraz inną Polskę?

- Niektórzy mówią, że komuna i tak by się wywróciła, bo waliły się ekonomiczne podstawy. Niezależnie od tego, czy była bibuła i „Solidarność". Trudno się z tym nie zgodzić. Ale gdy dzisiaj czytam kazania ks. Jerzego Popiełuszki, to jeszcze raz się pytam, dlaczego oni tego człowieka zamordowali? On pokazywał ludziom nieobecny w normalnym obiegu świat wartości.

Wyobraźmy sobie, że w latach 80. istnieje tylko reżimowa telewizja, betonowe partyjne pisemka oraz lekko kontestująca PRL w dozwolonych przez cenzurę granicach „Polityka". Jakich ludzi ukształtowałaby taka prasa, gdyby nie było drugiego obiegu?

- No cóż, takie pisma ukształtowałyby człowieka zdolnego do każdej ugody, do każdego świństwa. Czy dało się pisać w normalnym obiegu w zgodzie z własnym sumieniem? Nie sądzę. Jeżeli to sumienie było przefiltrowane przez sumienie cenzora, to są już dwa sumienia naraz. Mnie by było ciężko z tym żyć. Dla mnie to było uwłaczające, żeby jakiś polityczny cenzor miał mi coś puścić. Kiedy byłam internowana, przyjechał do Gołdapi ubek z Gorzowa o inicjałach Z. M. i powiedział: „Pani jest taka zdolna. Moglibyśmy załatwić pani pracę w gazecie, tylko musi pani nam tu coś podpisać ". Natychmiast wyrzuciłam go za drzwi. Normalne życie to ja miałam w drugim obiegu.

„Niedługo znów usiądziemy przy wigilijnym stole. Do naszych domów i serc zawita Dobra Nowina, a wraz z nią nadzieja na życie godne Europejczyka u zarania XXI wieku". Te słowa pochodzą z podziemnego pisma „Feniks", który ukazał się w grudniu 1984 r. Pani pisała te życzenia?

- Chyba tak. Dzisiaj już zachowujemy się jak Europejczycy, nie mamy kompleksów, prawda? Zawsze mówiliśmy, że spośród wszystkich demoludów nasz barak najweselszy, ale na szczęście dzisiaj już w takich kategoriach naszego kraju nie opisujemy. Jesteśmy u progu XXI w. Życzenia się spełniły.

Słownik drugiego obiegu

Sito - jedna z technik drukarskich. Znana wprawdzie już w starożytnych w Chinach i Japonii, lecz jej prawdziwy rozkwit przypada na lata 80. w Polsce. Onegdaj sitodruk stosowano do malowania kimon, przez pewien czas opozycja wykorzystywała go do drukowania prasy, ba, nawet całych książek. Teraz tę zasłużoną technikę znów używa się do druku na koszulkach, kubkach i tym podobnych apolitycznych przedmiotach. Sito składało się z prostokątnej ramy, najczęściej drewnianej, na którą naciągnięta była nylonowa siatka o odpowiedniej gęstości. Siatkę powlekało się emulsją światłoczułą, a następnie naświetlało przyłożoną matrycą negatywową. Nienaświetlone miejsca spłukiwało się wodą.

Pasta komfort - ogólnie dostępny środek drukarski. Zwykłym śmiertelnikom służył do mycia i prania, lecz podziemnym drukarzom jako baza do sporządzania farby. Z dodatkiem czarnego barwnika pasta tworzyła gęstą farbę do drukowania na sicie. Niektórzy ubecy byli szczególnie wyczuleni na charakterystyczny smrodek tej pasty.

Rakla - gruby pasek gumowy w drewnianej oprawce. Przeciągając raklą po sicie, drukowało się na podłożonej pod ramką kartce papieru.

Bibuła - końcowy efekt wysiłku podziemnych drukarzy, czyli po prostu ulotki, gazetki, książki itp. Oczywiście, aby zasłużyć na miano bibuły, publikacja musiała ukazać się poza cenzurą.

Cenzura - kontrola treści publikacji dokonywana w PRL-u przez urząd cenzorski w latach 1946-1990. W latach 80. władza zezwoliła w oficjalnych wydawnictwach na umieszczanie w tekście informacji o ingerencji cenzora. Od tego czasu najbardziej pasjonujące było np. w „Tygodniku Powszechnym" przeglądanie pojawiających się co chwila w tekstach adnotacji [Ustawa o Kontroli Publikacji i Widowisk....]

CV

* Grażyna Pytlak, inżynier, w latach 80. redaktorka „Feniksa" – podziemnego pisma gorzowskiej „Solidarności"; od 1989 r. do 1993 r. redaktor naczelna diecezjalnego pisma „Aspekty". Od lipca 1994 do 1999 r. dziennikarka lokalnego gorzowskiego Radia Go.

W 2000 r. otrzymała odznakę „Zasłużony działacz kultury" - symboliczny wyraz podziękowania Państwa Polskiego za wkład w tworzenie kultury niezależnej.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.