Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Gorzów i dziennikarze "Wyborczej" bliżej Ciebie - znajdź nas na Facebooku i gorzow.wyborcza.pl!

Środowisko żużlowe dawno nie było zaskoczone bardziej po zmianie na trenerskim stołku. Baron od wielu lat dowodził teamem z Wrocławia, który nie szastał pieniędzmi. Zamiast głośnych transferów i wielkich nazwisk miał do dyspozycji zawodników przeciętnych jak Jędrzejak, Milik, Morris czy Woźniak, z których wyciskał sportowo wszystko co można było. Znowu z budżetem na poziomie około 5 milionów złotych wjechał do rundy finałowej, gdzie chciał bić się o medale. Trudny okres banicji na poznańskim torze dokończy jako menadżer aktualny kierownik drużyny. Nowy sportowy rozdział na wyremontowanym Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu napisze już ktoś inny.

Dobrze, że Wrocław wraca w przyszłym sezonie na swój obiekt, bo mariaż z Poznaniem był trudnym eksperymentem. Byłem w tym sezonie na Golęcinie dwukrotnie i dwukrotnie przenosiłem się w czasie. Żużel w stolicy Wielkopolski zatrzymał się w latach dziewięćdziesiątych. Betonowy tor, gdzie o wszystkim decyduje start, dwóch przekrzykujących się spikerów zamiast podgrzewającej emocje muzyki, sprzęt do kosmetyki toru, czy wreszcie trochę odmalowany w ostatnim czasie stadion nawiązują do ubiegłego wieku, a nie do nowoczesnego produktu PGE Ekstraligi. Nic dziwnego, że w tym roku rekordowo mało było meczów Sparty w telewizji. Myślę, że niestety Poznania na żużlowej mapie Polski długo nie będzie.

Bez żalu z obiektem na Golęcinie żegnali się kibice Stali Gorzów, którzy w niedzielę stanowili większość publiki. Pozbawieni przez ochronę możliwości wniesienia na obiekt barw klubowych (za wyjątkiem sektora gości, który nie pomieścił wszystkich przyjezdnych), oglądali mecz zdenerwowani, w zdekompletowanej odzieży. Takie niedogodności zrekompensowali nam nasi żużlowcy, którzy pojechali najlepsze zawody w tym roku. Mój dobry znajomy, poważny przedsiębiorca Jacek Maciąg, który pozbawiony został klubowej koszulki przy wejściu na stadion i musiał oglądać spotkanie z nagim torsem, podczas powrotu do Gorzowa niedzielny występ Stal skwitował z uśmiechem krótko: Zmarzlik i spółka zemścili się na torze za zabierane nam barwy klubowe. Teraz pora tylko na przypieczętowanie awansu do finału ligi w niedzielę na torze w Gorzowie.

Zgoła trudniejsze zadanie jest przed Falubazem Zielone Góra, który aby wejść do mistrzowskiego finału, gdzie czeka już Stal Gorzów, musi odrobić dziesięć punktów na torze przy Wrocławskiej 69. Myślę, że zadecyduje pierwszych sześć, siedem wyścigów. Jeśli Hancock, Vaculik, Holder i Przedpełski będą wtedy indywidualnie wygrywać, Falubazowi o finał będzie niezwykle ciężko. Tylko mocne uderzenie od początku spotkania i podwójnie wygrane biegi mogą dać Zielonej Górze lubuski finał. Wszystko jest możliwe, a o końcowym rezultacie może zadecydować jeden nieudany wyścig, upadek, wykluczenie czy defekt. Emocje sięgają więc zenitu, sportową ucztę czas zaczynać!

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.