Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Gorzów i dziennikarze "Wyborczej" bliżej Ciebie - znajdź nas na Facebooku i gorzow.wyborcza.pl!

Wcześniej na najważniejszych sportowych kartach historii złotymi zgłoskami zapisał się wioślarz AZS AWF Gorzów Tomasz Kucharski, który wygrywał igrzyska w Sydney i Atenach. On także przyszedł witać Karolinę Naję w naszym mieście, gratulował ogromnego sukcesu. Kto jak nie Kucharski wie najlepiej, co to znaczy potwierdzać swoją wartość w dwóch kolejnych olimpijskich występach, nie dać się po czterech latach zepchnąć z podium.

Ireneusz Klimczak: Pierwsze spojrzenie na medale z Londynu i Rio? Jakie są?

Karolina Naja, kajakarka AZS AWF Gorzów: Oba są okrągłe i brązowe. Za każdym razem zdobyte na dystansie 500 metrów w dwójce z Beatą Mikołajczyk z Bydgoszczy. Medal z Brazylii jest jeszcze cięższy jak ten z Londynu, a tamten ważył już z pół kilo, oba naprawdę bardzo ładne i wyjątkowo cenne.

Niby ten sam dystans, ta sama partnerka w osadzie, a jednak dwie zupełnie inne historie.

- Nie da się porównać tych medali, sposobu ich zdobycia. Wtedy 100 dni przed Londynem wsiadłam do łódki z Beatą i przewaga na mecie między nami, a czwartą dwójką Chin była znacznie mniejsza [136 tysięcznych!], teraz znów brązowy medal zdobyłyśmy zdecydowanie, wyprzedziłyśmy osadę Ukrainy o ponad sześć dziesiątych sekundy.

Pewnie obejrzałaś już ten finał dwójek z Rio na spokojnie. Jaki to był wyścig?

- Był taki moment, gdzie już wszyscy myśleli, że lecimy po jeszcze więcej, nawet po złoto. Ostatecznie Węgierki i Niemki mocniej finiszowały, w tym dniu były lepsze od nas. Mimo to oceniam, że to był nasz najlepszy start w całej karierze. Bardzo dobrze płynęłyśmy też dzień wcześniej w przedbiegu, gdzie kwalifikowała się dalej tylko jedna osada i nie rozdawali tam medali. W środku dystansu wręcz bawiłyśmy się z rywalkami z Węgier, czyli z późniejszymi mistrzyniami olimpijskimi. Widziałam, że miały niezłego stracha, musiały się nieźle spiąć, aby z pierwszego miejsca wejść bezpośrednio do finału. Pod koniec dystansu podjęłam decyzję, że nie będziemy cisnąć do końca. Przegrana nawet o centymetry byłaby mimo wszystko przegraną, a ubytek sił mógłby być znaczący godzinę później w półfinale, gdzie byłyśmy najlepsze i spokojnie sobie poradziłyśmy. Wiedziałam jedno: nasza dwójka ma moc i finał może się pięknie dla nas skończyć. Tak było.

Mimo wszystko wasza strata do dwóch najlepszych dwójek była dość spora, choć mówiłyście, że do Rio lecicie w najlepszej formie w historii.

- Spójrzmy na całą reprezentację niemiecką i węgierską. To są kajakowe machiny, od lat perfekcyjnie działające systemy. Wciąż udoskonalane, wzmacniane różnymi nowinkami. Polska przywozi z igrzysk tylko, a może aż dwa medale i sięgają po nie kobiety, bo w jedynce na 200 m srebro dołożyła Marta Walczykiewicz. Postęp jest, bo w Londynie był jeden medal brązowy naszej dwójki. Trener kadry kobiet Tomasz Kryk stworzył i wdrażał strategię, my przez cztery ostatnie lata starałyśmy się ją jak najlepiej zrealizować. To jest jednak dopiero początek. Wiem, że nasza praca dała efekty i byłoby tylko z korzyścią dla naszej dyscypliny, gdyby takie długofalowe, a nie doraźne plany działania były realizowane w innych grupach. Selekcja, konkurencja, całe siły skierowane na imprezę czterolecia, czyli igrzyska. W ubiegłym roku nie miałyśmy medalu mistrzostw świata, ale nie to było najważniejsze. Miałyśmy zaatakować w Rio de Janeiro. Byłyśmy spokojne, bo wiedziałyśmy jaką dobrą robotę wykonałyśmy i na jaki poziom sportowy nas to zaprowadziło. Do Niemek czy Węgierek cały czas chcemy się zbliżać i mam nadzieję, że w następnych latach ten dystans będzie się skracał.

W czasie igrzysk, także polską ekipą, wstrząsnęły problemy z dopingiem. Na szczęście w waszej grupie o takich problemach nie słychać.

- Jeśli powiem, że byłyśmy kontrolowane w tym roku 15 razy to na pewno nie pomylę się, a może jeszcze o jednym czy drugim teście zapomniałam. Czasami tydzień po tygodniu. Naprawdę męcząca sprawa, bo zdarzało się, że po ciężkich zajęciach, w czasie wolnym musiałyśmy wracać do hotelu na badania. Budzili nas też o szóstej rano. Chcemy mieć jednak czysty sport, dlatego niech to tak się odbywa, godzę się na to.

Nie uciekasz od porażki czwórki. Sama mówisz, że ten wynik to jest duże rozczarowanie. Marzenia sięgały medalu, nawet złota, a tu taki niewypał. Co się stało?

- Dzień wcześniej byłyśmy na popołudniowym treningu, jeździłyśmy odcinki krótsze niż 500 metrów i prędkość łodzi była osiągana taka, jaka powinna być. To jednak działo się na spokojnej wodzie, a na takiej potrafiłyśmy się najbardziej sprzedać. Na treningach w Portugalii siłą tej osady były też bardzo dobre starty z miejsca. Niestety w Rio, przy dużej fali w czasie eliminacji, nie poradziłyśmy sobie. Przegrałyśmy jako osada, bo ten wynik, czyli dopiero finał B czwórki, trzeba nazywać porażką. Brak nas w rozgrywce o medale? Nie widziałam tego nawet w najczarniejszym śnie, bo przecież zmorą w tej konkurencji były czwarte miejsca na igrzyskach, tuż za podium. Te fatum miałyśmy zdjąć. Niestety wyszło całkiem inaczej.

Niby występy olimpijskie to najwyższy poziom trudności, a ty jeszcze w Rio podkreślałaś, że świetnie takie wymagania znosisz.

- To były już moje drugie igrzyska i teraz mogę powiedzieć, że o dziwo stres tu jest najmniejszy. Dlaczego? Wiem, że jestem najlepiej przygotowana. Przekłada się to na moje nastawienie, na prędkość łódki, na czasy, na jakość pływania. No i wyszedł z tego drugi z rzędu medal. Przysięgam, że do rywalizacji w dwójce stanęłyśmy na starcie na wielkim luzie, co się dawno nie zdarzyło. Gdyby jeszcze był lepszy wynik czwórki... Taki jest jednak sport, rywalizacja na najwyższym poziomie. Dobrze, że nie wszystko można tu przewidzieć.

Zobaczymy Karolinę Naję również w Tokio?

- Wzięłyśmy udział w zakończeniu igrzysk, pożegnaniu z Rio. Piękna, efektowna impreza. Również nawiązanie do Tokio, gdzie tym razem w 2020 roku zjadą się sportowcy z całego świata. Te kilka obrazów zrobiło na mnie ogromne wrażenie, wtedy dotarło do mojej świadomości, że też chcę tam być. Londyn, Rio de Janeiro, Tokio... Wyjątkowe zestawienie i wspomnienia na całe życie. Chciałabym tego doświadczyć, ale czy będzie mi to dane? To kolejne cztery lata naprawdę ciężkiej pracy. Bez tego jednak nie ma żadnych szans, aby przeżyć te jedyne w swoim rodzaju chwile na podium olimpijskim.

Prosto z Brazylii wylądowałyście na mistrzostwach Polski. Tam były dwa złote medale w dwójce. Tym razem wywalczone z koleżanką klubową.

- Od sześciu lat, gdy kadrę kobiet przejął trener Kryk, nie było takiej dziewczyny młodszej ode mnie, która zrobiłaby na mnie tak wielkie wrażenie. Ania Puławska ma dopiero 20 lat, a już jest bardzo dojrzała emocjonalnie, jako sportowiec bardzo szybko chwyta wszystkie niuanse, nie boi się pytać. Jest po prostu normalna. Ma talent i poukładane w głowie. Najważniejsze, że również nie trzeba jej zachęcać do pracy. Idzie do przodu, świetnie nam się razem trenowało w marcu, kwietniu czy maju. Jestem pewna, że to właśnie ona zaraz wspomoże te najważniejsze, polskie osady. Zresztą cały czas czekamy na młode, które będą nas mocno naciskać. O to chodzi. Konkurencja i rywalizacja budują wielkie wyniki. Im większa, mocna grupa, tym lepiej.

Jeśli będzie start w Tokio to tam popłynie polska dwójka Naja - Mikołajczyk, czy może już klubowa osada AZS AWF Gorzów Naja - Puławska? "Jeszcze nie odpowiem co dalej, muszę porozmawiać z trenerem, lekarzem i sama z sobą" - to słowa pani Beaty.

- To na dziś jest bardzo trudne pytanie. Beata Mikołajczyk nie złożyła jeszcze żadnej deklaracji, co dalej. Ma 31 lat, gdy ja byłam gówniarą, dopiero uczyłam się pływać na kajaku, ona już była w ciężkim treningu. Dla porównania, przeszła już więcej sezonów w tak wymagającym, mocnym reżimie niż na przykład Justyna Kowalczyk w narciarstwie. To o czymś świadczy. Nigdy się nie obijała. Taka nasza idolka całych polskich kobiecych kajaków i na dziś ma prawo do każdej decyzji, każda jej dalsza droga zostanie przez wszystkich w pełni uszanowana. Ma w kolekcji trzy medale olimpijskie. Życzę każdemu sportowcowi, aby spróbował coś takiego powtórzyć.

Aparat masz pełny selfie z legendami sportu?

- Jakoś nie mam parcia na proszenie o takie zdjęcia. Zresztą znalazłyśmy się w wiosce olimpijskiej na sam koniec, gdzie większości sportowców już nie było. Może dlatego nie zrobiło to na mnie tak dużego wrażenia, a może dlatego, że to były już moje drugie igrzyska? Oczywiście towarzyszy ci świetne uczucie, że jesteś tu i teraz, wśród najlepszych, można powiedzieć wybranych. Na pewno jednak klimat tych miejsc jest powielany. Udało nam się dostać na mecz polskich piłkarzy ręcznych o brązowy medal. Strasznie żałowałyśmy, że ostatecznie nie udało im się wspiąć na podium. I zdziwił mnie brak kolejek do McDonald'sa [śmiech], gdzie czasami podobno stało się nawet po półtorej godziny. Nie mówię, że totalnie nigdy tam nie jadłam, ale na pewno nie w czasie tak ważnego momentu w karierze. A jednak w wiosce olimpijskiej amatorów takiego jedzenia było bardzo wielu. To był na pewno dla mnie mały szok.

Przed tobą zasłużony odpoczynek, ale i pewnie odrabianie zaległości na uczelni.

- Łącząc kajakarstwo na najwyższym poziomie z nauką, jestem na finiszu studiów po siedmiu latach. To chyba nie jest najgorszy wynik. Mam jeszcze kilka zaliczeń, przede wszystkim muszę napisać pracę, chciałabym się wkrótce obronić. Z Gorzowem na pewno się nie rozstaję, tu mam wsparcie, naprawdę je czuję i dziękuję za te wszystkie lata. Walczymy dalej. Młodzież niech naciska, a my te starsze w kadrze Polski spróbujemy nasze miejsca w osadach obronić. To wszystko z korzyścią dla jak najlepszych wyników na najbliższych mistrzostwach świata, a potem, jeśli zdrowie pozwoli i będzie forma, dla sukcesów w Tokio.

Rio 2016. Nasi olimpijczycy spotkali się z kibicami. "Jak będzie zdrowie to płyniemy do Tokio" [ZDJĘCIA]


Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.