Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Gorzów i dziennikarze "Wyborczej" bliżej Ciebie - znajdź nas na Facebooku i gorzow.wyborcza.pl!

Pojedynek był ważny w kontekście utrzymania w lidze, ale nie wzbudzał sensacji wśród fanów drużyn, które walczą w tym roku o tytuł Drużynowego Mistrza Polski. Szybko temperatura oraz poziom atrakcyjności tego spotkania skoczyła do wysokiego poziomu. W pierwszym wyścigu bowiem w barwach Rybnika zaprezentował się awaryjnie powołany do składu "Rekinów" Rafał Szombierski, który zastąpił kontuzjowanego lidera gospodarzy - Andreasa Jonssona

Wychowanek śląskiego klubu, ku uciesze niezbyt licznie zgromadzonych kibiców, w swoim tegorocznym debiucie pokonał indywidualnego mistrza świata - Taia Woffindena. Dalej nie było gorzej. Trzy indywidualne, bezdyskusyjne zwycięstwa i dziewięć punktów w pięciu startach Szombierskiego przypieczętowało pewne zwycięstwo rybniczan nad Wrocławiem. Po raz kolejny "Szumina" wrócił ze sportowego niebytu i niespodziewanie wywalczył sobie miejsce w składzie ekstraligowej drużyny.

Takie wydarzenia nakręcają fanów czarnego sportu i sprawiają, że na żużel po prostu chce się chodzić. Szombierski mimo swoich trzydziestu czterech wiosen na karku jest uważany za wielki, niespełniony śląski talent. Zapowiadał się na wielkiego zawodnika, w wieku młodzieżowca znajdował się w ścisłej czołówce polskich juniorów. Doskonale wychowany technicznie, szczególnie na swoim rybnickim, domowym torze pokazywał plecy zawodnikom z Grand Prix niemal seryjnie. Wspólnie z Romanem Chromikiem miał być nadzieją i częścią odradzającego się wielkiego żużla w Rybniku. Niestety z czasem "Szumina" popadał w przeciętność, cierpiał na braki sprzętowe i coraz bardziej oddalał się od żużlowego piedestału. W 2008 roku po raz pierwszy odszedł z Rybnika i po nieudanych startach w barwach drugoligowego zespołu z Równego na chwilę zawiesił kewlar na kołku. Był zmęczony żużlem i zaczął utrzymywać się z pracy własnych rąk.

Kibice na Śląsku wiedzieli, że marnuje się wielki talent, dlatego za namową wielu pomocną dłoń do Szombierskiego wyciągnął ówczesny prezes klubu z Częstochowy - Marian Maślanka. Wtedy w 2010 roku Szombierski wystrzelił po raz kolejny. Dosprzętowiony wygrywał wyścigi na torze w Częstochowie na zawołanie. Po przerwie wrócił piekielnie zmotywowany i skuteczny. Wielu kibiców przecierało oczy ze zdumienia, że chłopak, który z trudem zdobywał niedawno punktu w drugiej lidze wygrywa wyścigi w ekstraligowych pojedynkach. Szombierski jeździł koncertowo w Częstochowie, a słabiej na wyjazdach, lecz w klubie Maślanki utrzymał się cztery lata. Później wrócił do Rybnika, gdzie wynikami niestety nawiązał do swoich najsłabszych lat. Wydawało się, że Szombierski stracił zainteresowanie żużlem na dobre.

Niespodziewanie, na wypadek kontuzji, podpisał jednak umowę na nowy sezon ze swoim macierzystym klubem, w którego barwach ponownie eksplodował w arcyważnym meczu. Po spotkaniu szczerze opowiadał, że korzysta ze swoich starych, kilkuletnich osiołków, które są szybsze niż nowe motocykle. Trener Piotr Żyto z rozbrajającą szczerością przyznał, iż wyciągnął Szombierskiego na mecz z Wrocławiem niemal wprost z lasu. Teraz, niespodziewanie znowu na barkach Szombierskiego spoczywać będzie odpowiedzialność za wynik Rybnika, który marzy o utrzymaniu w najsilniejszej lidze świata i po wygranej z Wrocławiem za 3 pkt jest tego znacznie bliżej. Czy mu się uda?

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.