Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Andrzej Stafa od 20 lat prowadzi firmę transportowo-budowlaną. Pasjonuje się militariami. Na imprezę do nadmorskiego Darłówka pojechał razem z kolegami, którzy kilka tygodni później organizowali zlot w Gorzowie. Zabrał ze sobą rodzinę. Miała być dobra zabawa... Doszło do dramatycznego wypadku, którego skutki 40-latek odczuwa do dziś.

Wszystko działo się 3 lipca 2015 r. - Przyjechaliśmy w nocy, przespaliśmy się. Od rana zaczęła się zabawa, były przejażdżki wozami wojskowymi. Piwko się też wypiło z innymi pasjonatami militariów. Dużo rozmawialiśmy, zapraszaliśmy na zlot do Gorzowa - zaczyna swą opowieść Andrzej Stafa.

Pechowa przejażdżka

Jeszcze przed południem wsiadł do "czołgu" prowadzonego przez Radosława K. Przedsiębiorca ze Skwierzyny ma dużo takiego sprzętu, jeden z pojazdów woził żużlowców Stali Gorzów po zwycięstwie w finale ligi w 2014 r. Przez lata K. organizował zlot militarny w Skwierzynie. Ale w ub. roku impreza była w Gorzowie.

Andrzej Stafa: - Atmosfera była gęsta, częstowaliśmy się wzajemnie docinkami. Ale on wyciągnął do nas rękę, zaprosił na przejażdżkę. Zgodziliśmy się, bo przecież ile można się droczyć. W końcu przyjechaliśmy tam, aby się bawić...

40-latek wspomina, że od początku "miał mokro w majtkach". - Siedzieliśmy na pancerzu, nogi mieliśmy we włazie. Tak się wszystkich wozi, nawet dzieci, tylko cztery razy wolniej. A to był koszmar. Wszystko trwało krótko, tempo było szalone. Skupiałem się tylko na tym, żeby się trzymać i nie wypaść. Wjechaliśmy w błoto, później był slalom - wzdycha Andrzej.

fot. Jacek S / youtube.com

Na ostrym zakręcie Stafa wypadł z "czołgu". Głową uderzył w pancerz. Stracił przytomność. Miał uraz kręgosłupa, trzeba było "spawać" żuchwę. Ze szpitala w Koszalinie wyszedł dopiero pod dwóch tygodniach. Leczy się zresztą do dziś. Gąsienica zwichrowała mu lewą rękę (wieloodłamowe otwarte złamanie obu kości przedramienia). Operację zespolenia kości miał w styczniu w klinice w Lublinie.

Moment wypadku został nagrany przez pana Jacka. W serwisie YouTube umieścił ponad 10-minutowy film ze zlotu. Sam wypadek można zobaczyć tutaj.



Jak policja sprawę badała

Świadkowie zdarzenia mówią, że patrol policji przyjechał na miejsce wypadku po godzinie. Kierującego pojazdem nie zbadano alkomatem. Nie wszczęto nawet postępowania w sprawie wypadku, choć policjanci powinni to zrobić "z urzędu" (poszkodowany odniósł obrażenia, których leczenie trwa ponad siedem dni).

- Czekałem. Myślałem, że policja sama się do mnie zgłosi. Po miesiącu poszedłem w końcu do prokuratury w Gorzowie. Tam mi pomogli. Po ponad godzinie udało się cokolwiek ustalić. Okazało się, że nie było śladu takiego zdarzenia, żadnych dokumentów w komisariacie w Darłowie - zaznacza Andrzej Stafa.

Dopiero po telefonach z prokuratury policjanci wszczęli postępowanie (6 sierpnia). Prowadzili je pod kątem wypadku w ruchu lądowym (art. 177 Kodeksu karnego). Policjanci badali też wątek narażenia człowieka na bezpośrednie ryzyko utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu poprzez niebezpieczną jazdę pojazdem militarnym (art. 160 KK). Śledztwo prowadzono w sprawie, nikomu nie postawiono zarzutów. Czynności nadzorowała Prokuratura Rejonowa w Koszalinie.

Na miejscu wypadku zorganizowano wizję lokalną. Uczestniczyli w niej jednak jedynie organizatorzy zlotu. Wiedzieli, że wypadek się wydarzył, ale go nie widzieli... Przekonywali policjantów, że takie imprezy są bezpieczne. - Od 20 lat nie było u nas żadnego wypadku - mówił jeden z nich.

Świadkowie: "Kierowca jechał brawurowo", "Prosiłem, by zwolnił"

Razem z Andrzejem w feralnym przejeździe uczestniczyli dwaj jego znajomi z Gorzowa: Łukasz i Jacek (mają po 36 lat). To oni rok temu organizowali gorzowski zlot militarny. Zeznawali w gorzowskiej komendzie w charakterze świadków - Łukasz we wrześniu, Jacek w listopadzie.

Łukasz: - Podczas jazdy byłem przerażony. Cały czas krzyczałem, żeby kierowca zwolnił, ale on nie reagował. Bałem się, że sam wypadnę. Kierowca jechał z pełną świadomością, że stwarza niebezpieczeństwo.

Jacek: - Jazda była bardzo brawurowa. Dwa razy prosiłem kierowcę, by zwolnił. Samego momentu wypadku nie widziałem, siedziałem za kierowcą. Andrzej był z tyłu.

W sprawie zeznawał też 28-letni Radosław, który poznał Andrzeja godzinę przed wypadkiem i razem z kolegami z Gorzowa uczestniczył w tym pechowym przejeździe. - Kiedy jechaliśmy czołgiem z dużą prędkością, kierujący wykonał nagły manewr skrętu w lewo i wyprostował. Wtedy Andrzej wypadł - zeznawał Radosław.

Kierujący pojazdem Radosław K. zeznawał w charakterze świadka. - Dopiero po przyjeździe na górę dowiedziałem się, że ktoś wypadł z pojazdu. Myślałem, że oni żartują. Było tyle osób, ile zabrałem. Później się okazało, że pod moją nieuwagę dosiadł się jakiś mężczyzna. Świadkowie mi później powiedzieli, że ten mężczyzna, który wypadł, wcześniej puścił ręce, uniósł je do góry. A ja mówiłem, że mają przypiąć się i trzymać. Kierując BWP byłem trzeźwy, ja zresztą w ogóle nie spożywam alkoholu - opowiadał Radosław K. podczas przesłuchania w komisariacie w Skwierzynie.

Co napisał biegły

Pod koniec listopada sprawę umorzono. Argumentacja: "Czyn nie zawierał znamion czynu zabronionego". Podstawą była opinia Mieczysława Świerczyńskiego, biegłego ds. wypadków i techniki pojazdowej. Analizował on głównie nagranie z wypadku zamieszczone w internecie. Oto kilka cytatów z opinii.

"Zachowanie tych osób nie wskazuje na przerażenie sposobem jazdy, ale na radość z takiej jazdy".

"Po rozpoczęciu jazdy kierujący nie miał żadnej możliwości kontroli zachowania się pasażerów i reagowania na niewłaściwe zachowanie. Nie można stwierdzić, że kierujący przyczynił się do wypadku".

"Przyczyną wypadku było to, że Andrzej Stafa siedział na wierzchu pancerza, a nie wewnątrz pojazdu na siedzeniu, nie trzymał się w sposób właściwy uchwytu i był mocno nietrzeźwy".

"W świetle regulaminu zlotu odpowiedzialność za wypadek ponosi poszkodowany".

Andrzej Stafa jest zniesmaczony. - Dziecko z przedszkola opisuje czołg. Inaczej się tego nie da porównać. Taka jest ta opinia - mówi Stafa. Złożył zażalenie na postanowienie o umorzeniu postępowania. Sąd Rejonowy w Koszalinie zajął się sprawą w poniedziałek, pokrzywdzony został przesłuchany. Decyzja (o prawomocnym umorzeniu bądź podjęciu śledztwa przez prokuraturę) zapadnie w piątek.

Polub stronę na Facebooku!



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.