Tekst był opublikowany 4 marca 2011 r.

Z młodszym braciukiem swoim wybralisie na ten jarmark. Dobrze miasta nie znali, bo mieszkali na jednym końcu, a Kaziuki byli na drugom. Ojciec z okna zobaczył, że dwa karenty idą jeden za drugim i przyprowadził. Taki żal mieli do ojca, że nam nie pozwolił na Kaziuka pójść - wspomina Ryszard Sągajłło. 

I miały "karenty" czego żałować. Do dziś wilnianie wspominają obrazy z prawdziwych Kaziuków. I smak pierników czy smorgońskich obwarzanków. - Nigdzie dziś takich obwarzanek ni kupisie, jak wtedy. W ustach to si rozpływało. A Kaziuki to był wielki uroczysty dzień, nikt na Kaziuka do szkoły nie szedł. Rodzicie samych si bali dzieci wypuszczać, rynek nie był taki aligancki, pełno błota było. Przychudzili potem takie wymurzane, i matka musiała oczyścić, żeby na drugi dzień przyzwoicie do szkoły być udzianym - opowiada pan Ryszard.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej